sobota, 17 października 2015

Rozdział 46

       W sali zapadła grobowa cisza nie zmącona nawet najlżejszym dźwiękiem. Wszystko zamarło. Wydawało mi się, że ten stan utrzymywał się przez kilka godzin, choć w rzeczywistości minęło zaledwie kilkanaście sekund nim ktoś wreszcie odważył się odezwać.

- Co...? - zaczął Rispie, a jego głos wydał się słaby, wręcz ledwo słyszalny. Przerwał i odchrząknął. - Co takiego zrobiły? - spytał nadal niepewnie, ale już odrobinę głośniej.

- To, co powiedziałem - westchnął ciężko Lucyfer. - Wypowiedziały nam wojnę.

       Nagle usłyszałam huk i szybko skierowałam wzrok w stronę, z której pochodził hałas. Marcello wstał gwałtownie z krzesła, przewracając je przy okazji, ale w ogóle go to nie obeszło. Nie widziałam jego twarzy, ponieważ była zasłonięta przez czarne jak noc włosy. Chłopak wyszedł pośpiesznie z jadalni bez słowa z głową nadal pochyloną i spojrzeniem wbitym w podłogę. Zdezorientowana spojrzałam na Mefisto, lecz on tylko wzruszył ramionami.

- Przepraszam - rzuciłam w jego stronę i prędko ruszyłam za moim Przewodnikiem.

***
   
      Znalazłam go dopiero po kilkunastu minutach na dachu. W duchu skarciłam się, że nie zajrzałam tu najpierw. Siedział pochylony praktycznie na krawędzi, czego w pierwszej chwili nie zauważyłam. Serce zabiło mi gwałtowniej ze strachu. Wspomnienia wróciły, a czarne przerażenie ogarnęło mnie całą. Zupełnie zapomniałam, że przecież ma skrzydła i na pewno nic sobie nie zrobi.

- Marcello! - krzyknęłam głośno.

      To był błąd. Chłopak obrócił się i... Stracił równowagę. Tylko na moment, ale ten moment starczył. Wszystko działo tak szybko. W jednej chwili widziałam jak znika za krawędzią dachu, a w drugiej rzucałam się już za nim. Zrobiłam to instynktownie. On jednak instynktownie wykształcił skrzydła, a ja nie. Strach mnie sparaliżował. Jedyne, co czułam, to szybkość z jaką pędziłam ku ziemi, huk wiatru i to, że powoli, acz nieubłaganie tracę przytomność. Czarna, gęsta mgła zasłoniła mi już całkowicie widok, gdy nagle czyjeś silne ramiona oplotły mnie w talii. W jednej chwili znów zaczęłam piąć się ku górze, na dach. Zemdlałam,

***

       Obudziłam się w swoim pokoju. Znajomy widok czerwonych ścian uspokoił mnie - to wszystko było tylko złym snem. Już chciałam obrócić się na drugi bok i dalej spać, gdy dostrzegłam ciemną postać na krześle w kącie pomieszczenia. Ubrany zawsze w najgłębszą czerń, z włosami jak atrament i bladą, wręcz białą cerą wyglądał jak niesamowicie. Mroczny i piękny. Śmierć o twarzy anioła.

       Nagle uświadomiłam sobie, że dzisiejsze wydarzenia to nie wymysł mojej wyobraźni, lecz rzeczywistość. Poczułam, że po poliku spływa mi pojedyncza łza.

- Czemu to zrobiłaś? - usłyszałam cichy głos Marcello. Nie był zły, ale lekko zdezorientowany.

       Głośno przełknęłam ślinę.

- Przepraszam... - miałam już łzy w oczach. - Ale chodzi pewne sprawy z przeszłości... Gdy zobaczyłam cię tam, przy krawędzi... Moja matka, ona... - płakałam, nienawidziłam wspominać jej samobójczej śmierci.

       Przytulił mnie.

- To było t-tak dawno temu, ale wciąż cholernie b-boli - łkałam jak dziecko. Nie chciałam pokazywać przy nim słabości, jednak nie potrafiłam dalej dusić w sobie emocji.

      Staliśmy tak, wtuleni w siebie przez kilka, aż w końcu się uspokoiłam i przestałam beczeć. Odsunął mnie na długość ramienia.

- Wiesz, że jutro nie dam ci żyć, prawda, skarbie? - w jego czarne jak smoła oczach nie była ani grama wesołości, lecz mimo to roześmiałam się.

- Tak, wiem - poczułam się lżej na duchu.

- Czego się cieszysz? - uniósł ciemne brwi w geście zdziwienia. - Ja tu mówię, że ten trening to będzie istna katorga, a ty szczerzysz mordkę, jakbym powiedział, że przefarbowałem Lucusiowi włosy na różowo, gdy spał - pokręcił głową.- A nie zrobiłem tego - wyjaśnił, po czym dodał. - Jeszcze.

- Nie odważyłbyś się - podpuszczałam go.

- Czyżby? - spytał. - Dobra, idź spać, skarbie - rozkazał i ruszył w stronę drzwi.

        Nie przesunęłam się ani o milimetr, więc dodał.

- Mówię serio - powiedział. -  Jeśli uważasz, że dotychczas było ciężko, to wyobraź sobie to wszystko razem i pomnóż razy dziesięć.

       Był już prawie w korytarzu, gdy odwrócił się jeszcze na moment.

- Może sobie jeszcze tego nie uświadomiłaś, ale mamy wojnę, skarbie.



  ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~



Hej!
Strasznie przepraszam, ale z pewnych powodów osobistych nie mogłam ostatnio zbyt dużo uwagi poświęcić blogowi, lecz NAPRAWDĘ powinno już być ok. Rozdziały będą pojawiać się w miarę możliwości. :)
Przy okazji bardzo bym prosiła o komentarze, specjalnie umożliwiłam komentowanie anonimowe. :) Niesamowicie motywują mnie do działania każde Wasze opinie.
Pozdrawiam wszystkich czytających, Alexandra.
PS, Dziękuję z całego serduszka za ponad 3000 tyś. wyświetleń! Jesteście cudowni! <3


Ogłoszenie

     Przepraszam, że cały czas nie ma nowej notki, ale mam teraz trochę rzeczy na głowie i najpierw muszę je skończyć. :( Od razu zapowiadam, że rozdział 46 pojawi się najpóźniej jutro wieczorem. :)
Pozdrawiam i mam nadzieję, że ktoś to jeszcze czyta, Alexandra.

wtorek, 6 października 2015

Rozdział 45

         Z dziką furią w fiołkowych oczach wpatrywałam się w Marcello, który stał sobie, jak gdyby nic i mierzył nas kpiącym wzrokiem. Zapragnęłam zetrzeć mu ten arogancki uśmieszek z twarzy raz na zawsze. Spojrzałam na mojego towarzysza. Mefisto także wyglądał jakby zaraz miał się rzucić na mojego Przewodnika. Wiedziałam jednak, że na pewno tak nie zrobi. To nie było w jego stylu. Wziął kilka głębokich oddechów i zapytał spokojnym już głosem.

- Czy coś się stało, że niepokoisz nas o tej porze?

- Lucek wzywa - odparł i nagle stracił całe zainteresowanie rozmówcą. Najwyraźniej znudziła mu się już ta konwersacja.

        Mefisto rzucił mi pytające spojrzenie. Wzruszyłam ramionami.

- Idziecie, czy będziemy tu stali cały dzień? - zwrócił głowę ku czerwonego słońcu chowającemu się za widnokręgiem. - A raczej koniec dnia - poprawił.

        Prychnęłam z irytacją.

- Ty... - zaczęłam, ale zielonooki powstrzymał mnie ruchem ręki.

- Nie tęp języka, Lucio. Na takich jak on nie warto.

- Oj, jakże mi przykro to słyszeć - udał smutek, lecz zaraz roześmiał się prześmiewczo.

- Chodźmy już, bo Lucyfer się wścieknie - westchnęłam zrezygnowana.

- Wreszcie mówisz coś z sensem, skarbie!- rozpromienił się Marcello. - A teraz szybko.

         Chwyciłam bruneta za rękę i pociągnęłam w stronę mojego nauczyciela. Zobaczyłam, że Mefisto kręci głową.

- Przecież nic mu nie mogę zrobić - wyjaśniłam, chociaż nikt mi nie kazał.

***

          Byliśmy już w holu, gdy Mefisto zatrzymał się gwałtownie.

- A tak właściwie to czego chce od nas Lucyfer? - zapytał.

- A skąd mam wiedzieć? - Marcello spojrzał na niego jak na idiotę. - Może mam ci to wyczytać z fusów od herbaty, co?

           Rozchyliłam usta ze zdziwienia.

- Czyli ciągniesz nas aż tu, a nawet nie masz pojęcia w jakim celu?!

- Oczywiście, słońce - otworzył drzwi do jadalni. - Bo niby czemu nie?

          W pomieszczeniu znajdowało się zaledwie kilka osób... Czyli to nie wiadomość dla każdego. Nagle ogarnęło mnie przeczucie, że jestem tu tylko dlatego, że byłam z Mefisto. Gdybym to popołudnie spędziła z Kimiko i Lucą, zapewne nawet by on mnie nie pomyślano...

          Omiotłam wzrokiem salę. Rispie dyskutował o czymś zażarcie z Agnes, a  Marcello odsunął krzesło od stołu i zaczął się na nim bujać. Nie przeszkadzało mu to jednak w zabawie sztyletem. Pana Piekieł jeszcze nie było. Przysunęłam się bliżej Mefisto, czułam się nieswojo.

          Nagle wrota otworzyły się, a do pokoju wszedł Lucyfer i Raziel. Miny mieli nietęgie, dlatego mój niepokój stał się jeszcze większy.

- Wprowadzić więźnia - rozkazał blondyn.

          Dwóch postawnych strażników wkroczyło do środka, ciągnąc za sobą Anioła, jakby był workiem ziemniaków, a nie żywą istotą. Zostawili ją w centrum jadalni, a zrobili to z takim obrzydzeniem, jakby była kimś gorszym. Owszem, to Anioł, nasz wróg, ale to my byliśmy potępieni, nie ona.

- Wstań.

           Dziewczyna posłusznie wykonała polecenie. Wciągnęłam powietrze z głośnym świstem. Mary Alice wyglądała okropnie. Była bardzo wymizerniała. Już z daleko widziałam, że straszliwie schudła. Jej śliczną twarzyczkę pokrywały liczne rozcięcia i siniaki, dawne rumieńce zniknęły, a jasne oczy straciły blask. Wydawała się cieniem starej siebie.

           Łzy zapiekły mnie pod powiekami. To moja wina. Wiedziałam, że straże jakimś cudem odkryły, że ktoś ją odwiedził, ale nie mieli pojęcia, że to ja. Nie zostałam, więc ukarana, ale ona najwidoczniej  tak. Nie miałam żadnych wieści o niej aż do dzisiaj... I może wolałabym dalej żyć w tej błogiej nieświadomości i nadziei, że nie skrzywdzą dziecka... Ale to zrobili.

- A teraz powtórz to, co powiedziałaś mi wcześniej.

           Nastąpił moment ciszy, który przerwał w końcu czyjś słaby głosik.

- Macie wśród was zdrajcę - zaczęła. - Nie wszystko jest takie, jakim się wydaje, ale wy musicie już wiedzieć, jak to rozróżnić.

- I tyle? - Rispie odezwał się. - Nic innego nie powiedziała?

- Nawet najpiękniejsza róża ma kolce, pamiętajcie o tym... - zamilkła.

- Nie mówi nic więcej od kilku dni - westchnął ciężko Lucyfer. - Ciągle tylko powtarza o tej róży, cokolwiek by znaczyło.

- Tylko dlatego nas wezwałeś? - spytała naiwnie Agnes.

- Nie - uniósł głowę pierwszy raz odkąd tu przyszedł. W szafirowych oczach krył się lód. - Anioły wypowiedziały nam wojnę.


~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~


Przepraszam za tak długą nieobecność, ale nie było mnie w Polsce przez jakiś czas, ale już jestem i znów zabieram się za pisanie pełną parą. :)
Rozdział może wydać się trochę nudny i krótki, ale jak już wiadomo jest tylko wstępem do czegoś dużo ciekawszego. :D
Dziękuję bardzo wszystkim, którzy wytrwali ze mną i jeszcze to czytają. :) Nie wiem, co bym bez was zrobiła.
Pozdrawiam i zapraszam do wzięcia udziału w nowej ankiecie, Alexandra.


sobota, 29 sierpnia 2015

Rozdział 44

          Nie spałam już, ale nie miałam siły wstać, więc po prostu leżałam z twarzą ukrytą w miękkiej poduszce. Nagle usłyszałam donośne pukanie do drzwi, co tylko spotęgowało już i tak okropny ból głowy. Jęknęłam niezadowolona.

- Proszę - mruknęłam cicho w materiał, który praktyczne całkowicie stłumił wszelki dźwięk, więc powtórzyłam głośniej. - Proszę!

          Nie zmieniłam swojej żałosnej pozycji nawet wtedy, gdy ten ktoś wszedł do mojego pokoju. Byłam zbyt obolała. Łaskawie przewróciłam się na plecy i uniosłam leciutko na łokciach dopiero wtedy, gdy mój gość usiadł w nogach łóżka. W trakcie tej czynności wszystkie krucze włosy spadły mi na twarz i całkowicie przesłoniły widok na świat. Czyjaś zimna dłoń odgarnęła mi je za uszy tak delikatnie, jakby bała się, że pod wpływem gwałtowniejszego ruchu mogę rozpaść się na malusieńkie kawałeczki.

- Cześć - wydusiłam i uśmiechnęłam się słabo.

- Co on ci zrobił? - wyszeptał zdumiony Mefisto i pokręcił załamany głową.

- Zwykły trening - odparłam wymijająco.

- Rozumiem, że mam nie drążyć tematu? - cały czas bacznie mi się przyglądał.

- Dokładnie - przytaknęłam, a on tylko westchnął ciężko.

- Rozumiem też, że mam przyjść później?

- Daj mi godzinę - poprosiłam, a on wciągnął głęboko powietrze i powoli je wypuścił.

- Równo za sześćdziesiąt minut będę - ostrzegł mnie i wyszedł z pomieszczenia.

         Jeszcze przez moment wpatrywałam się w szkarłatne ściany. Nagle zerwałam się z pościeli jak oparzona, uświadamiając sobie jak mało mam czasu. Nie wiedziałam, gdzie pójdziemy, więc nie miałam pojęcia co ubrać. W końcu zdecydowałam się na czarne rurki i cienki sweter tego samego koloru. W sumie nie miałam zbyt dużego wyboru, ponieważ w mojej szafie były ubrania w samych żałobnym odcieniach. Najwyraźniej Upadłym Aniołom nie wypada wdziewać radośniejszych barw.

        Jeszcze nie uczesałam nawet włosów, które były wtedy w opłakanym stanie, gdy ponownie usłyszałam pukanie do drzwi. Zdziwiona spojrzałam na zegarek. Zostało mi jeszcze dobre piętnaście minut...

        Zaciekawiona, kto mógł wtedy czegoś ode mnie chcieć, poszłam otworzyć, kończąc układać fryzurę. Uchyliłam lekko i aż odskoczyłam z cichym piskiem.

        Marcello z czystym szaleństwem w atramentowych oczach i rozbawieniem błąkającym się na czerwonym ustach.

        Czerwonych od krwi.

- Co ci się stało? - pisnęłam przerażona.

- Zdenerwowałem Rispiego w stopniu wystarczającym, żeby pragnął mnie teraz zabić, skarbie - odparł z niewzruszonym spokojem i nie czekając na pozwolenie, wszedł do pomieszczenia.

- Czyli tak jak zwykle? - zamknęłam na wszelki wypadek wrota na klucz.

       Nie chciałam, żeby mój porywczy braciszek wpadł ku jak burza i na miejscu zabił mojego nauczyciela. Nie chodziło tu oto, że nagle zaczęłam się strasznie martwić o Marcello, ale wolałam, aby swoje porachunki rozstrzygnęli gdzie indziej.

- Tak, słońce - przyznał owijając w bawełnę, czego nie robił nigdy. Zawsze był szczery do bólu.

- A co ci się stało... Tu? - spytałam, zakreślając dłonią obszar wokół swoich ust.

- No cóż... - zaczął. - Możesz pogratulować bratu dobrego uderzenia, kotku.

       Dopiero wtedy dostrzegłam rozcięcie nad górną wargą. Pokręciłam zrezygnowana głową.

- Zabijesz się kiedyś przez swoją głupotę - jęknęłam. - Albo cię zabiją...

       Nie zdążył odpowiedzieć, bo przerwało mu trzecie już dzisiaj pukanie do drzwi. Spojrzał na mnie z niemym pytaniem w czarnym jak noc oczach i uniósł lekko jedną brew.

       Oczekujesz kogoś?

- To Mefisto - wyjaśniłam, a on aż zagwizdał cichutko.

- No nieźle, kochanie - powiedział z (?) podziwem. - Naprawdę nieźle - prychnął i znów na jego lico wkroczył zwykły dla niego arogancki półuśmieszek.

        Bez słowa wpuściłam Mefisto do pokoju, a on, ku mojego ogólnemu zdziwieniu, wybuchnął szczerym śmiechem.

- Więc już wiem dlaczego Rispie chodzi cały podminowany - spojrzał na mojego Przewodnika i posłał mu współczujące spojrzenie zielonych jak trawa oczu . - Radzę ci nie pokazywać mu się do końca dnia, bo nawet ty możesz nie wyjść z tego cało.

        Marcello posłał mu oburzone spojrzenie.

- Już z nie takich kłopotów wychodziłem cało - fuknął.

- Cało? -  starszy brodą wskazał krwawiącą wargę.

- To jedynie element zabawy - przyjrzał mu się krytycznym wzrokiem, jakby nie rozumiejąc jak ten wcześniej tego nie zauważył. Przecież to było takie oczywistego... Dla niego.

- Ja nie widzę w tym nic miłego...

- Więc jesteś ślepy - przerwał mu bezczelnie młodszy chłopak, co wprawiło tylko bruneta w jeszcze większe rozbawienie. Czarnowłosy bez słowa zaczął obracać w dłoni swój ukochany sztylet, a ja zastanawiałam się skąd on go wyjął.

- Idziemy, Lucio? - zwrócił się do mnie po raz pierwszy odkąd tu wszedł Mefisto.

- O- oczywiście - odparłam pośpiesznie i spojrzałam na Marcello, którego rzecz jasna tam nie było.

         Zniknął. Znowu.

- Nie cierpię, kiedy to robi - wyznałam i już chciałam wyjść, gdy mój towarzysz powstrzymał mnie ruchem ręki.

        Spojrzałam na niego zdziwiona.

- Weź to - powiedział, podając mi ciemnofioletowy płaszczyk sięgający do połowy uda. - Może być chłodno - wyjaśnił, po czym dodał z uśmiechem. - Poza tym pasuje do twoich ślicznych oczu.

        Zarumieniłam się cała i odebrałam od niego ubranie. Zaśmiał się ciepło i chwycił mnie za rękę.

- Co powiesz na mały spacer? - spytał, gdy szliśmy przez korytarz.

- Z miłą chęcią - odpowiedziałam, nie zwracając uwagi na zaciekawione spojrzenia mijających nas Upadłych Aniołów. Kimiko pokazała mi dwa kciuki w górę, a towarzyszący jej Luca uniósł zdziwiony brwi, widząc nasze splecione dłonie.

        Zaśmiałam się pod nosem z reakcji przyjaciół, których nie miałam ostatnio okazji zbyt często widywać.

- O co chodzi? - brunet po mojej lewej poszedł za moim wzrokiem i zmarszczył brwi.

- O nic - nadal się uśmiechałam i dodałam. - Ale potem będę musiała się mocno tłumaczyć tym tu dwóm wścibskim paplom - pokazałam im język i po raz kolejny nie mogłam powstrzymać wesołości, ale tym razem Mefisto dołączył się do mnie.

- No nie powiem - zaczął, gdy wyszliśmy już z budynku. - Niezwykłymi osobami się otaczasz.

- Siebie też wliczasz? - zainteresowałam się i popatrzyłam na sporo wyższego ode mnie chłopaka.

- Być może - posłał mi jeden z tych swoich uśmiechów, które całkowicie mnie rozbrajają.

***

        Spacerowaliśmy po lesie, rozmawiając o głupotach i śmiejąc się bez przerwy. Wydawało mi się to chwilą, a okazało się, że zaraz zapadnie zmierzch. Nie zauważyłam nawet, kiedy minęło te kilka godzin.

        Usiedliśmy na powalonym pniu starego drzewa i zamilkliśmy pierwszy odkąd wyszliśmy z zamku. Zatrzęsłam się mimo woli. Zrobiło się naprawdę chłodno, a cienki płaszczyk nie chronił dobrze przed zimnem. Mefisto objął mnie bez słowa ramieniem i przysunął do siebie. Wtuliłam się w jego ciepły tors i dalej obserwowaliśmy piękny zachód słońca.

        Nagle Mefisto skierował twarz w moją stronę. Wystarczyło jedno spojrzenie szmaragdowych oczu, abym odczytała z nich jego intencje jak z otwartej księgi. Nic nie zrobiłam nawet wtedy, gdy zaczął powoli zmniejszać dystans między nami. Chciałam tego tak samo jak on. Przymknęłam lekko powieki, czekając na to co miało się zaraz wydarzyć. Już niemal czułam dotyk jego ust na moich wargach, jego ciepły oddech tuż przy mojej twarzy...

- Przeszkadzam w czymś? - doszedł do nas czyjś rozbawiony głos, a ja w tej chwili zapragnęłam zabić Marcello gołymi rękami.



       ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~



Hej, to znowu ja! :)
Przepraszam, że w zeszłym tygodniu nie było notki, ale miałam do zrobienia pewne sprawy rodzinne niecierpiące zwłoki. :/ Ale już wszystko wreszcie załatwione. :D
Oficjalnie oświadczam, że nowy rozdział będzie ukazywał się co sobotę i mam nadzieję, że wytrwam w tym postanowieniu. :)
Pozdrawiam każdego, który jeszcze to czyta, Alexandra.


wtorek, 4 sierpnia 2015

Rozdział 43

      Obudziłam się cała zesztywniała, bolał mnie każdy, nawet najmniejszy kawałek ciała. Wiedziałam, że to były właśnie skutki wczorajszego lotu i tego, że położyłam się spać w przemoczonych ubraniach. Z cichym jękiem podniosłam się z posłania i z wielkim ociąganiem powlokłam się do łazienki.

      Ciepła woda rozluźniła nieco napięte mięśnie i zmyła ze mnie resztki porannego złego humoru. Z nowymi pokładami energii ruszyłam w kierunku kuchni w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. Nie chciałam jeść ze wszystkimi, dlatego po prostu chwyciłam pierwsze z brzegu jabłko i udałam się do ogrodu na tyłach twierdzy.

      "Ogród" był niewielkim skrawkiem wolnej przestrzeni nieodgrodzonym jeszcze od budynku wysokim płotem. Jedyne co tu rosło to trawa, drzewa i jakieś chwasty. Gdzieniegdzie stały stare, porośnięte mchem posągi przedstawiające jakiś ludzi. Nie było to miejsce miłe ani przyjazne dla gości, ale ja jednak je lubiłam. Praktycznie zawsze miałam tu spokój i ciszę, bo mało kto zagłębiał się w te okolice. Przyniosłam tu nawet kiedyś jakieś deski, z których robiłam sobie prowizoryczną ławeczkę.

      Siedziałam właśnie na częściowo zawalonym murku i rozkoszowałam się ciepłym promieniami porannego słońca, gdy usłyszałam czyjeś kroki i szepty. Szybko ukryłam się za stertą gruzu i zaczęłam obserwować przybyszy. Niby nie było jasnego zakazu przebywania tu, ale wolałam, żeby nikt mnie nie zauważył. Dopiero po chwili dostrzegłam wyłaniającego się za rogu wysokiego blondyna i trochę niższego bruneta... Lucyfer i Mefisto. Bruneta?! Wydawało mi się, że Mefisto był ciemnym blondynem, co najwyżej szatynem... Pokręciłam głową. Przecież, kiedy pierwszy raz go zobaczyłam, było ciemno. Postanowiłam przestać o tym myśleć i wytężyłam słuch, żeby usłyszeć o czym mówią.

- Przy zachodniej granicy patrole widziały wrogie oddziały - powiedział brunet tak cicho, że ledwo wyłapałam poszczególne słowa.

- Nie rozumiem, co w tym takiego dziwnego - wzruszył ramionami Pan Piekła. - Przecież oni też mają prawo - prychnął. - Obowiązek pilnowania tamtych terenów.

- Tak, ale... - głośno wciągnął powietrze. - To nie byli ludzie Adrienne - dodał szybko.

         Adrienne - przywódczyni Upadłych Aniołów, którzy nie chcieli żyć pod całkowitą władzą Lucyfera. Tych samych, którzy uwięzili wtedy mnie, Raziela i Marcello. Ledwo powstrzymałam się, aby nie splunąć na ziemię.

        Władca Ciemności zatrzymał się gwałtownie i po raz pierwszy w czasie tej rozmowy jego wzrok powędrował ku towarzyszowi. Jego szafirowe tęczówki błyszczały z zaciekawienia. Nie było w nich ani grama niepokoju.

- Więc, kto to był? - patrzył na niego wyczekująco.

- Nie wiemy jeszcze, ale postaramy się szybko tego dowiedzieć - odparł natychmiast, a jego szmaragdowe kocie oczy pozostały zimne jak stal.

- W takim razie będę czekał - ruszył w kierunku budynku, zostawiając Mefisto samego. - Do zobaczenia później! - rzucił już cieplej.

         Chciałam dyskretnie się oddalić, ale coś, a raczej ktoś, mnie powstrzymał. Poczułam czyjąś dłoń na ramieniu i uniosłam zdumiona wzrok. Mefisto uśmiechał się przyjaźnie. Przeklęłam w duchu jego zwinność i bezszelestne poruszanie się. Wyprostowałam się, ale zaraz pochyliłam skruszona głowę. Lubiłam Mefisto i nie chciałam, aby miał o mnie złe zdanie.

         Usłyszałam jego śmiech, ale nie był to śmiech pełen kpiny czy politowania, był radosny i szczery.

- Masz trochę tynku we włosach, Lucio - delikatnie zaczął go strzepywać, a ja momentalnie spłonęłam rumieńcem. Jednak  czułam się w środku miło doceniona. W końcu zapamiętał moje imię, prawda?

- Ja... - zaczęłam speszona.

- Nic się nie stało - przerwał za co w duchu mu dziękowałam, bo nie miałam pojęcia, co mówić. - Nie mu nie powiem, jasne? - podniosłam ku niemu fiołkowe oczy i natychmiast znowu się zaczerwieniłam, gdyż patrzył prosto na mnie.

          Zachichotał.

- Uroczo wyglądasz, wiesz? - moja twarz już chyba nie mogła być bardziej szkarłatna. - Ej - dźgnął nie lekko w bok. - Obiecuję, nie pisnę nawet słówka - bardziej ukryłam się za czarnymi włosami. - No rozchmurz się wreszcie - dźgnął mnie po raz kolejny i już nie byłam w stanie powstrzymać śmiechu. Na ten dźwięk uśmiechnął się szeroko. - Słodko się śmiejesz.

- Wcale nie - wykrztusiłam, ale mimo to nie przestałam tego robić. - Brzmię jak ranny delfin - dla polepszenia efektu, udałam owego ssaka.

- Ale naprawdę przeuroczy ranny delfin - uznał, co wywołało u nas obojga kolejny atak wesołości.

          Uderzyłam go leciutko w ramię. Zrobił minę jakby miał zaraz się rozpłakać, ale ja dobrze wiedziałam, że udaje. Kiedy zrozumiał, że to na mnie nie działa, westchnął zrezygnowany.

- Na Lucyfera to zwykle działało - wyznał, lecz zaraz dodał. - No, ale mieliśmy wtedy po cztery lata i byliśmy jeszcze ''tymi dobrymi" aniołami - ostanie słowa wypowiedział z nader widoczną kpiną, zakreślając w powietrzu cudzysłów.

          Wiedziałam, że Lucyfer i Mefisto znali się już wcześniej, ale nigdy nie sądziłam, że już od dziecka... Nie chciałam wtedy o tym myśleć, więc tylko uśmiechnęłam się promiennie.

- A tak nie z tematu - zaczął chłopak. - Nie powinnaś mieć teraz treningu z Marcello? - zainteresował się.

- W sumie tak, ale nie mam pojęcia, czy on w końcu nadal jest moim Przewodnikiem, czy nie - wyznałam.

- Nikt tego nie wie, skarbie - doszedł do nas dobrze mi znany arogancki ton głosu.

- Ja wiem - wtrącił się Mefisto.

- Zamknij się - rzucił Marcello szybko, nadal się uśmiechając. - Nie odchodzi mnie to - dodał. - Masz oczywiście trening, kochanie, bo mam naprawdę paskudny humor i muszę go jakoś rozładować - najlepiej dając ci niezły wycisk na ćwiczeniach - ciągnął dalej. - Więc pożegnaj się ze swoim nowym koleżką i chodź już wreszcie, słoneczko - wycedził przez naciśnięte zęby, wyraźnie już zirytowany i pociągnął mnie za rękę.

            Mefisto już chciał mi pomóc, ale powstrzymałam go gestem ręki. Posłałam mu przepraszające spojrzenie i pobiegłam za moim jakże denerwującym nauczycielem.

- Zobaczymy się później? - zawołał za mną brunet.

- Jasne! - rzuciłam przez ramię i omal nie potknęłam się o wystający z ziemi kamień.

- Uważaj, kotku, bo coś sobie jeszcze zrobisz, a tego byśmy nie chcieli, prawda? - wyszczerzył się przerażająco mój nauczyciel, a w jego czarnych jak smoła oczach pojawiły się szaleńcze błyski. Jeszcze jedna rzecz zwróciła moją uwagę.

- Masz nową fryzurę? - pytanie ni z gruszki ni z pietruszki, ale jednak naprawdę mnie to zainteresowało. Atramentowe włosy Marcello zwykle w nieładzie i opadające na twarz, wtedy były zaczesane do góry i ogólnie jakby dopracowane.

- Po prostu je ułożyłem - westchnął ciężko, jakby załamany moim nieprofesjonalnym zachowaniem. - Odkąd tu jesteś nie mam jakoś szczególnie dużo czasu na takie przyziemne rzeczy, wiedziałaś, skarbie? Wybacz, że tego nie robiłem, będąc przywiązanym do drzewa lub walcząc z obrażonym Książątkiem Piekła.

            Postanowiłam nie odpowiadać. Już i tak wystarczająco go wkurzyłam.
           
***

           Marcello jak to Marcello postanowił wyładować całą swoją złość i frustrację na mnie. Pod koniec treningu była już tak zmęczona, że ledwo stałam na nogach. Jedynym moim marzeniem był sen. Po szybkim prysznicu po prostu rzuciłam się na łóżko i wpadłam w objęcia Morfeusza.



     ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~



Cześć, hello, hola, ciao, guten Tag, bonjour i jeszcze jakikolwiek język byście chcieli! :D Wróciłam! Z nowym zapałem, z nową energią i nowymi pomysłami. :) Strasznie, strasznie przepraszam! Miałam taki brak weny, że głowa mała. :/ Ale już mi przeszło i oby na stałe! :D Od razu uprzedzam, że mimo, iż znowu zabieram się za pisanie pełną parą, nowa notka będzie się pojawiać raz, czasem dwa razy w tygodniu. :( Chociaż są wakacje, nie zawsze mam czas albo po prostu chęci. No, ale już nie marudzę. :)
Pozdrawiam i życzę miłych wakacji, Alexandra.
Ps. Na dworze 30 ileś stopni w cieniu, a ja siedzę w nagrzanym, dusznym pokoju, więc wybaczcie ewentualne błędy, lecz już wszystko mi się plącze. :D
         

wtorek, 30 czerwca 2015

Przerwa

     W związku z moim wyjazdem nowy rozdział ukaże się dopiero 21.07. :( Nie będę miała raczej możliwości wrzucenia czegoś wcześniej, gdyż najprawdopodobniej nie uda mi się połączyć z internetem. :( Chciałam wszystkich, którzy jeszcze czytają tego bloga bardzo przeprosić, ale tym razem nie mogę nic zrobić. Przecież nie wezmę internetu do wiadra, prawda? :) Jeżeli ktoś nie przeczytał jeszcze rozdziału 42, to serdecznie do tego zachęcam, tak samo jak do odpowiedzenia na zadane pod nim pytanie. :) Pozdrawiam i życzę przemiłych wakacji, Alexandra.  

Rozdział 42

       Z przerażeniem wpatrywałam się w bladą, praktycznie białą twarz Clementiny. Martwą twarz. Wąska smużka szkarłatnej krwi wypływała z prawego kącika jej sinych ust i znikała w gąszczu śnieżnobiałych włosów okalających jej głowę jak aureola, barwiąc je na bladoróżowo. Jej karminowe oczy, niegdyś radosne i pełne życia, gasły. Nie chciałam na to patrzeć, ale jakaś siła nie pozwalała mi odwrócić głowy. Jej lekka, jasna koszula nocna była gdzieniegdzie mokra od wody, która wylała się z rozbitej szklanki.

       Agnès położyła dłoń na ramieniu Marcello. Chłopak nie poruszył się nawet o cal. Jego bezruch i milczenie było przerażające. Wyglądał jak jedna z figur, które stały w ogrodzie za zamkiem, na zawsze zatrzymana w czasie, bez możliwości odwrócenia swego nieszczęsnego losu... Ale on nią nie był.

       Usłyszałam zdenerwowane głosy dobiegające z głębi głównego korytarza, a już wkrótce wyłonił się z niego Lucyfer, Mefisto i Raziel. Dwaj pierwsi siłą powstrzymywali trzeciego przed wyrwaniem się. Chciał jak najszybciej zobaczyć siostrę, ale kiedy wreszcie ją ujrzał, nie mógł zrobić nawet kroku. Jak Marcello. Jeśli jakaś ostatnia iskierka nadziei, że to kłamstwo, tliła się w nim jeszcze, to wtedy zgasła bezpowrotnie. Upadły Anioł osunął się na kolana, mimo, że jego towarzysze próbowali go podtrzymać. Nie płakał, jak brat.

- Clementina... - szepnął tylko, ale natychmiast umilkł.

       To był najgorszy moment w moim życiu.

***

       Śmierć Clementiny widocznie wpłynęła na obu braci Santangelo, jakby to ona utrzymywała w nich tę odrobinę dobroci. Raziel stał się bardziej opryskliwy i nieuprzejmy, a Marcello... On stracił tę najbardziej ludzką część siebie, jak gdyby śmierć siostry zabiła też coś w środku jego. Dopiero wtedy mógł całkowicie szczerze nazwać się Upadłym Aniołem - nie człowiekiem. Może nie było to tak widocznie, ale osoby, które znały go choć trochę dłużej, wiedziały jak bardzo się zmienił.

       Większość rzeczy zostało tego dnia odwołane, także moje treningi, gdyż w samo południe miał się odbyć pogrzeb. Dotychczas nawet nie wiedziałam, że Mroczne Anioły również mają zwyczaj grzebania zmarłych, zawsze wydawał mi się on zarezerwowany dla ludzi, tylko i wyłącznie dla nich.

       Nie chciałam brać udziału w ceremonii. Oczywiście zamierzałam ją obserwować, ale z dachu zamku. Nieśpiesznie zaczęłam wspinać się po starych rozbujanych schodach pożarowych. Zostało jeszcze trochę czasu, a ja nie czułam potrzeby siedzieć zbyt długo sama na wysokości kilkudziesięciu metrów nad ziemią. Na grubej warstwie kurzu, która pokrywała stopnie, nie znaczyły się żadne ślady, więc byłam pewna, że nie będę miała jakiegokolwiek towarzystwa.

      Myliłam się jednak. Ledwie otworzyłam właz prowadzący na dach, a już dostrzegłam zarys jakiejś ciemniej postaci. Krzyknęła cicho ze strachu i odruchowo zrobiłam krok w tył. Maleńki kroczek, lecz wystarczający, abym straciła grunt pod nogach. Wiedziałam, że lecę w dół. Zamknęłam oczy i oczekiwałam pierwszej fali bólu, która zaraz miała nadejść. Ale tak się nie stało. Poczułam, że czyjeś silne ramiona chwytają mnie w talii, w ostatniej chwili ratując przed zgubnym upadkiem. Instynktownie przytuliłam się mocniej do mojego wybawiciela, obawiając się, że gdy go puszczę, polecę znowu. Mój oddech był szybki i urywany.

- Wystarczy nam dzisiaj jeden pogrzeb, więc uważaj trochę bardziej, skarbie - Marcello usiłował żartować, ale po samym tonie jego głosu można było wywnioskować w jak głębokiej rozpaczy był pogrążony.

- Dz- dziękuję - nadal cała trzęsłam się ze strachu.

- Chodź, zaraz wszystko się zacznie - odsunął mnie delikatnie od siebie i spojrzał mi w prosto w fiołkowe oczy. - Bo po to tu przyszłaś, tak?

         Przez chwilę wpatrywałam się w niego w milczeniu.

- Tak, oczywiście - odparłam pośpiesznie, jakby obudzona z jakiegoś transu.

         Uważnie zmierzył  mnie wzrokiem, ale nie odezwał się ani słowem, tylko szerzej otworzył wejście.

- Panie przodem.
 
         Ostrożnie przeszłam przez właz i usiadłam na śliskich dachówkach. Marcello ruszył w moje ślady. Nagle coś sobie przypomniałam.

- Jakim cudem nie zauważyłam twoich odcisków butów w kurzu?

- Są dwie możliwości, słońce - zaczął. - Albo jesteś ślepa, albo po prostu tu wleciałem i tym razem nie chodzi o to pierwsze.

          Prychnęłam ze złością. Już chciałam coś odpowiedzieć, ale natychmiast porzuciłam ten pomysł. Zaczęło się.

          Pogrzeby w tym świecie bardzo różniły się od tych w ludzkim. Nie było tu wielkiego smutku, a tym bardziej łez. Nie żegnali się ze sobą, gdyż wiedzieli, że w każdej chwili może im przyjść podzielić swój los. Nikt nie wiedział, kiedy śmierć zawita u ich drzwi, ale nie bali się jej, bo już raz ją przeżyli. Nie wspominali zmarłego, mówili co jeszcze razem zrobią, gdy znów się zobaczą. To nie było pożegnanie, tylko chwilowa rozłąka - krótsza lub dłuższa.

- Będziesz za nią tęsknił? - spytałam, gdy cała ceremonia dobiegła końca, ale natychmiast pożałowałam swych słów. Spodziewałam się wybuchu gniewu, lecz on nie nadszedł.

- A ty tęskniłaś na Rispiem? - nie odpowiedział na moje pytanie.

- No przecież... - odparłam cicho zmieszana.

- Ale wtedy byłaś tylko człowiekiem, nie wiedziałaś, że znów go spotkasz - zauważył. - To chyba jasne, że będę tęsknił za Clementiną, ale to będzie raczej tęsknota typu, gdy ktoś wyjeżdża na bardzo długo. Jeszcze ją spotkam, kochanie.

           Nie miałam pojęcia co odpowiedzieć, więc jedynie wpatrywałam się w przestrzeń.

- Ale wiesz, skarbie, że moja słabość jest tylko tymczasowa i jutro na treningu nie dam ci żyć, prawda? - powiedział to jak najbardziej oczywistą rzecz na świecie.

- A mogło być inaczej?  - westchnęłam ciężko.

- Oczywiście, że nie - odparł.

           Pokręciłam głową i miałam coś odpowiedzieć, ale go już tu nie było. Nie cierpiałam, gdy tak znikał. Bez większej nadziei szarpnęłam za klamkę drzwi prowadzących do środka. Jak można się było spodziewać, okazały się być zamknięte na trzy spusty. Pierwsze ciężkie krople deszczu spadły na moje ręce. Genialnie. Zapowiadał się przemiły lot.

***

           Zanim dałam radę wykształcić skrzydła i dolecieć do domu, byłam już cała przemoczona. Nie zwracałam większej uwagi na zaciekawione spojrzenia posyłane w moim kierunku. Byłam zbyt zmęczona, aby zawracać sobie głowę takimi błahostkami.

           Po dotarciu do pokoju, nie przebierając nawet mokrych ubrań, rzuciłam się obolała na łóżko i prawie natychmiast zapadłam w płytki i niespokojny sen.


                                                        ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~  


Jestem! Nawet nie wiecie, ile razy zabierałam się za napisanie tego rozdziału. :) Nadal nie do końca mi się podoba, ale musiałam w końcu coś dodać. Zaraz wyjeżdżam i chciałam jeszcze wrzucić nową notkę. Szczegóły dotyczące przerwy dodam jako osobną wpis. Tak poza tym mam do Was jedno pytanie - którego bohatera lubicie najbardziej, a którego najmniej? Może macie kilku? Jestem ciekawa, kto zdobył waszą największą sympatię. :)
Pozdrawiam, Alexandra.

     

niedziela, 14 czerwca 2015

Rozdział 41

        Pustym wzrokiem wpatrywałam się w przestrzeń. Obok mnie siedział milczący Raziel,  któremu kilka minut temu opatrzyłam ranę na głowie kawełkiem jego szarego T-shirtu. Nie mogłam uwierzyć, że Marcello porzucił nas na pastwę losu. Bałam się jak nigdy, bo wiedziałam, że nie mamy szans uciec. Gdyby Raziel nie był ranny, może jeszcze mielibyśmy jakąś nadzieję... Ale ona umarła. Byłam pewna, że długo już tu nas nie będą trzymać, w jakiś sposób się nas pozbędą.

- Znaleźliście go? - spytała jedna z dowodzących.

         Wróciły Anioły, które miały odnaleźć Marcellego. Odpowiedź była oczywista, gdyż nie było z nimi żadnej dodatkowej osoby.

- Przeszukaliśmy całą okolicę. Nigdzie go nie ma. Jakby rozpłynął się w powietrzu - wyznał ze strachem młody chłopak, w którym rozpoznałam Xaviera.

- To przeszukajcie jeszcze raz! - zdenerwowała się brunetka. - Zajrzyjcie pod każdy kamień,  pod każdą szyszkę, wywróćcie ten las do góry nogami, ale macie go znaleźć! - krzyczała. - Nie pozwolę by jakiś sługus Lucyfera bezkarnie pałętał się po naszym terytorium!

- O-oczywiście - wyjąkał przerażony Xavier.

- I nie ważcie się wracać bez niego, jasne? - jej spojrzenie było tak ostre, że mogłaby przeciąć nim granitową płytę.

- Tak - wydusił zrezygnowany nastolatek.

          ***

          Zbliżał się zachód słońca. W obozie zostało bardzo mało Aniołów, gdyż wszyscy   znaleźli jakieś zajęcia,  które wymagały opuszczenia go. Głównie były one związane z Marcello. Oprócz mnie i Raziela zostało około siedmiu osób, w tym dwoje dzieci. Grupa z Xavierem na czele rzecz jasna nie wróciła jeszcze do domu. Chwilami było mi ich nawet szkoda, ale potem przychodził gniew za to, co nam zrobili i żal wyparowywał jak kropla wody rzucona na rozgrzane węgle. Raziel czuł się lepiej, ale nadal był trochę zdezorientowany. Nagle usłyszałam, że ktoś mówi nasze imiona i nastawiłam uszu.

- To rozkaz Adrienne - tłumaczył drugiemu jeden ze strażników. Adrienne - najwyraźniej tak nazywała się ciemnowłosa dowodząca. - Więźniowie mają umrzeć jutro z rana.

          Poczułam się, jakby ktoś z całej siły mnie uderzył. Zrozpaczona oparłam się o zimną i brudną korę drzewa,  do którego byliśmy przywiązani.

- Nie, nie, nie... - szeptałam na wpół łkając. - Nie!

         Nie chciałam umierać. Nie w taki sposób, nie wtedy... Gorące łzy spływały po moich policzkach, żłobiąc korytarze w cienkiej warstwie kurzu, która pokrywała moją bladą twarz. Gdyby on tu był, wiedziałby jak wyjść z tej opresji.

- Marcello! - krzyknęłam w ostatnim geście rozpaczy.

         Nagle coś zaszeleściło w pobliskich krzakach. Dwóch strażników ruszyło w tamtym kierunku. Mnie to jednak nie obchodziło, nic mnie nie obchodziło. To pewnie było tylko jakieś leśne zwierzę, które nierozsądnie zapuściło się w te okolice.  Ale oni nie wracali. Pozostali wstali ostrożnie i unieśli broń.

- Pokaż się i poddaj się! - zawołał mężczyzna, który miał nas pilnować. W jego głosie było słychać nutę niepewności.

         Usłyszałam tylko gwizd i coś błyszczącego przecięło powietrze jak strzała i przyszpiliło wykształcone już skrzydła jednego z wartowników do pobliskiego drzewa. Ten zawył z bólu jak zranione zwierzę. Pozostali dwaj cofnęli się wystrzaszeni.

- Pokazać się mogę, ale poddać...? - wszędzie rozpoznałabym ten kpiący ton głosu. Moje serce zabiło szybciej. - Nigdy w życiu.

          Z pomiędzy zielonej zasłony liści wyłonił się jak zawsze dumny i arogancki Marcello wraz z... Mefisto. Uśmiech mimowolnie wpełzł na moją twarz. Nie znałam dobrze Mefisto, ale i tak go lubiłam. Jego kocie szmaragdowe oczy nadawawać mu mogły trochę nieufny wygląd, ale mi to nie przeszkadzało. Wiedziałam, że był najbardziej godną zaufania osobą jaką dotąd poznałam w tej pokręconej krainie.

- To co? - mój nauczyciel zwrócił się do towarzysza. - Ja jednego, ty jednego?

         Odpowiedź nadeszła sama, gdyż po chwili wyższy ze strażników stanął w płomieniach koloru oczu osoby, która je przywołała. Mefisto naprawdę był potężny... Nie tak jak Lucyfer, ale niedużo odchodził od niego umiejętnościami. Przynajmniej tak mi się wydawało. Marcello zrobił nadąsaną minę i jakby od niechcenia rzucił sztyletem w stronę ostatniego wrogiego Upadłego Anioła, który już po chwili leżał martwy na trawie, a jego bordowa krew powoli wsiąkała w ziemię jak woda w gąbkę.

- Psujesz całą zabawę - narzekał mój Przewodnik. Jakby niewzruszony tym, co właśnie uczynił, pozbierał swoje sztylety porozrzucane po całej polanie. Jego atramentowe oczy były puste. - Uwolnijmy ich, bo zaraz wróci reszta. Te dwa dzieciaki,  które były schowane w namiocie pewnie są już w połowie drogi do nich.

         Dopiero wtedy zrozumiałam geniusz planu Marcello. On nas nie porzucił, tylko chciał odwrócić uwagę i wrócić po nas, kiedy obóz będzie najsłabiej chroniony. Zrobiło mi się głupio,  gdy przypomniałam sobie, co chwilami o nim myślałam. Z rozmyślań wyrwał mnie czyjś zniecierpliwiony głos.

- Ruszaj się, skarbie, nie mamy całego dnia - część podziwu dla Marcello zniknęła bezpowrotnie.

         Więzy krepujące ruchy zelżały, aż wreszcie mogłam spokojnie spróbować się podnieść. Byłam zmuszona oprzeć się o drzewo, gdyż kolana miałam miękkie przez te dwa dni prawie kompletnego bezruchu. Po krótkiej chwili mogłam już samodzielnie stać i chodzić. Marcello musiał podtrzymywać Raziela, który straciwszy dużo krwi przez tą paskudną ranę, nie był w stanie sam ustać, a co dopiero latać.

- Lećcie sami - powiedział mój nauczyciel. - Ja wrócę z bratem pieszo.

- Nie - odparł Mefisto. - Będziecie bezbronni. Idziemy wszyscy razem.

        Droga do domu trwała długo, ale na szczęście nie było żadnych nieprzyjemnych sytuacji.

        ***

        W twierdzy ucieszono się na nasz widok. Przynajmniej większość. Rispiego nigdzie nie widziałam, a Lucyfer milczał, ale zachował spokój. Dopiero przy kolacji nie wytrzymał już.

- Jak mogłeś złamać jedną z najważniejszych zasad?! - złość kryła się w szafirowych oczach Władcy Piekieł. - Nikomu z nas nie wolno tak po prostu wlatywać sobie na wrogie terytorium! Twój brat jest ranny, a to samo mogło też spotkać twoją podopieczną...

- To mi ją odbierz - rzucił beztrosko mój Przewodnik, bawiąc się sztyletem. - Nie będę płakał.

- A wiesz, że tak zrobię?! - nie podobało mi się to, że traktowano mnie jak przedmiot, ale nie odezwałam się ani słowem. - Odbieram ci ją!

- I całe szczęście - jego bezczelność wytrącała z równowagi Pana Ciemności coraz bardziej. Clementina postanowiła zareagować.

- Uspokójcie się! - krzyknęła. - Obaj!

         Marcello bez słowa wstał i wyszedł. Clementina ruszyła za nim, a ja poszłam w jej ślady, gdyż atmosfera w jadalni było nadal napięta jak struna.

         Chłopak stał spokojnie w holu ze szklanką zwykłej wody w ręce. Zawsze pił ją przed snem, a służący wiedzieli już,  że po kolacji mają mu ją dać. Pił tylko wodę ze źródła, które znajdowało się w lesie. Tylko on tak robił. Kolejne jego małe dziwactwo,  do którego wszyscy już się przyzwyczaili.

- Braciszku... - zaczęła, ale uciążliwy kaszel nie pozwolił jej dokończyć. Nastolatek spojrzał na nią z troską.

- Masz - podał jej naczynie. - Napij się, powinno pomóc.

- Dzięki - powiedziała, biorąc je od niego i upijając spory łyk chłodnego napoju. - Idź już spać.

- Wiem - ruszył w kierunku swojego pokoju i rzucił przez ramię. - Ty też!

           ***

          Z głębokiego snu wyrwał mnie czyjś pełen rozpaczy krzyk. Szybko zarzuciłam coś na ręce i zaniepokojona pobiegłam tam, skąd pochodził. W holu zebrało się już sporo osób, ale jakoś udało mi się dopchać do początku tego zgromawiska.

         Gdy to ujrzałam, zamarłam z przerażenia. Na podłodze klęczał Marcello i trzymał w ramionach Clementinę.

          Martwą.


                                                     ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~


Żyję, żyję! Przepraszam za tak długą nieobecność, ale miałam kryzys twórczy i w ogóle. Ale wracam i to z dłuższym niż zwykle rozdziałem. :) Postaram się, żeby teraz takie już były. Nowa notka powinna być jutro lub pojutrze. Będę pisać po nocach, ale takie przerwy już nie mają prawa być. :D Zwłaszcza, że zaraz koniec roku szkolnego.
Pozdrawiam wszystkich, którzy tu jeszcze zaglądają, Alexandra.



       
 

wtorek, 28 kwietnia 2015

Rozdział 40

       Powieki miałam szczelnie zamknięte, ale i tak wiedziałam, że był środek nocy, bo ze wszystkich stron dochodziły do mnie odgłosy lasu,  który dopiero o tej porze budził się całkowicie do życia. Tak, uwielbiałam noc i jej tajemnice starannie ukrywanie przez gęste odmęty mroku. Nigdy nie bałam się ciemności, nawet jako bardzo małe dziecko, gdyż dawała mi ona wręcz poczucie bezpieczeństwa, jakby zło czekające na mnie, nie zdołało się przebić przez jej żelazną czarną zasłonę, chroniła mnie.

       Coś było jednak nie w porządku... To na czym opierałam głowę nie było zimną brudną korą drzewa, lecz unosiło się miarowo. Leniwie otworzyłam oczy i dopiero po dłuższej chwili, potrzebnej, aby wzrok zupełnie przyzwyczaił się do nowych warunków, spostrzegłam co to było i siłą woli powstrzymałam się, aby nie krzyknąć przerażona. Próbowałam odskoczyć, ale sparaliżowana strachem, nie mogłam. Gorączkowo myślałam nad tym co uczyniłam. Leżałam na klatce piersiowej Marcellego! Chciałam szybko się odsunąć i udawać, że nic się nie stało, ale coś mnie powstrzymało. Wtedy zobaczyłam to, co wcześniej jakimś cudem pominęłam - chłopak przez sen niechcący objął mnie ramieniem. Ponowiłam próbę,  lecz uścik się wzmocnił. Zdziwiona uniosłam wzrok.

- Śpij, skarbie, jeszcze kilka godzin do świtu - mruknął niewyraźnie.

       Oczy miał zamknięte, a obsydianowe włosy bezwładnie opadały mu na oświetlaną księżycowym blaskiem twarz. Spał. Czyli to też powiedział nieświadomie, pomyślałam z niezrozumiałym dla mnie lekkim ukłuciem żalu. Wiedziałam, że nie mogłam tak zostać,  ale zanim zdążyłam zrobić cokolwiek, wpadłam w objęcia Morfeusza.

***

- Jakie to urocze! - kpił ktoś, ale ja wtedy jeszcze balansowałam między rzeczywistością a senną marą, więc nie mogłam nic uczynić. - Wyglądacie tak słodko. Zakochane aniołki!

        Ostatnie słowa dobudziły mnie zupełnie. I nie tylko mnie. Ja i Marcello odsunęliśmy się od siebie jak oparzeni, przez co omal nie wpadłam na nadal nieprzytomnego Raziela. Mój Przewodnik mierzył mnie z nienawiścią w atramentowych tęczówkach.

- To ja zostawię was samych, gołąbeczki - oznajmiła ciemnowłosa kobieta,  w której rozpoznałam tą, którą on wczoraj dusił. Odeszła, śmiejąc się nieprzyjemnie,  jakby domyślała się co mnie wtedy czekało.

        Chłopak wpatrywał się we mnie przez kilka sekund ciągnących się w nieskończoność. Gdyby wzrok mógł zabić, już dawno leżałabym bez tchu na ziemi. W końcu raczył się odezwać.

- Jak śmiałaś mnie dotknąć?! - wysyczał.

         Milczałam.

- Jak. Śmiałaś. Mnie. Dotknąć?! - powtorzył, zaznaczając każde słowo.

         Nagle strach wyparował jak kropla wody rzucona na rozgrzane kamienie i zastąpiła go  złość.

- Zwracasz się do mnie jakbyś był kimś lepszym, ważniejszym! - krzyczałam, czym tylko przykułam uwagę pozostałych. - Ale tak nie jest!

- Mylisz się - przerwał mi.

- A właśnie, że nie! - nie mogłam się uspokoić. - Jestem taka sama jak ty i pogódź się z tym!

- Jak ty mało wiesz - westchnął, jakbym powiedziała coś głupiego.

        Poczułam drobny ruch po mojej prawej. Raziel się obudził. Natychmiast chciałam mu pomóc. Rzuciłam okiem na Marcello... A raczej na miejsce gdzie jeszcze przed chwilą był. Zdezorientowana rozejrzałam się dookoła. Jak dał radę uciec,  a ja nawet tego nie zauważyłam?! Moje nietypowe zachowanie zainteresowało dwóch strażników, którzy zaraz dostrzegli zniknięcie jednego z więźniów i poinformowali o tym przełożonego. Rozpoczęło poszukiwania zbiega.

        Ciche jęknięcie przepełnione bólem przypomniało mi o Razielu.

- Co ja z wami mam... - mruknęłam pod nosem i zabrałam się do pracy.


                                                    ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~


Bardzo, bardzo przepraszam, że znowu długo nie było notki. Rozdziały powinny znów być codziennie, ale bardziej prawdopodobne, że do wakacji pojawiać się będą co drugi dzień. Mam nadzieję, że ktoś nadal to czyta i  nie zniechęciły go te przerwy. Postaram się poprawić. :)
Pozdrawiam, Alexandra.


wtorek, 21 kwietnia 2015

Rozdział 39

        Szybko rozwarłam powieki, ale natychmiast tego pożałowałam, gdyż oślepiająco jasne światło dzienne zaraz zrobiło swoje. Po chwili powtórzyłam próbę, ale tym razem powoli. Okropnie bolała mnie głowa. Dopiero wtedy zauważyłam, że jestem przywiązana grubym sznurem do jakieś drzewa, a obok mnie siedzi rodzeństwo Santangelo. Raziel był nadal nieprzytomny, a wąska już smużka krwi spyływała szkarłatnym zygzakiem po bladym jak papier policzku i zatrzymywała się na przesiąkniętej już od niej koszuli. W okolicy skroni miał paskudną ranę i to zapewne ona była przyczyną jego stanu. Marcello natomiast miał atramentowoczarne oczy szeroko otwarte i wpatrywał się niewidzącym wzrokiem w przestrzeń. Wydawało się, że obserwuje bacznie okolicę, ale tak naprawdę nie dostrzegał nikogo i niczego.

- O! - zawołał postawny mężczyzna, ten sam, który wcześniej nazwał mnie zadziorną fiołkowooką. - Dwoje już się obudziło. Jak się czujecie? - kpił.

         Mój Przedwodnik milczał i nie zwrócił najmniejszej uwagi na nowoprzybyłego, a ja nie czułam się upoważniona do udzielania jakichkolwiek odpowiedzi, więc uczyniłam to samo co on. Podszedł do nas jakiś młody chłopak o kasztanowych, delikatnie rudych włosach i kucnął naprzeciwko nas.

- Chyba nie jesteście skorzy do rozmów, więc ja zacznę - oznajmił. - Nazywam się Xavier, a wy?

- Lucia - szepnęłam mimowolnie.

- Piękne imię - uśmiechnął się. - A twoi koledzy to...?

           Spojrzałam pytająco na postać obok. Nie potwierdził, ale też nie zaprzeczył, więc uznałam, że mi wolno.

- Marcello i Raziel - mruknęłam i dodałam. - Co my wam takiego zrobiliśmy, że nas tak traktujecie?

           Wyraz twarzy Xaviera zmienił się. Była to mieszanka wstydu i złości na samego siebie, jakby nie zgadzał się z tym, jaki sprawa przybrała obrót. Możliwe, że rzeczywiście tak było... Wstał i odwrócił się do mnie tyłem.

- Muszę już iść - rzucił przez ramię i ruszył w kierunku namiotu rozbitego na środku sporej polany.

           Raziel jęknął cicho. Miałam nadzieję, że się za niedługo obudzi. Był najstarszy i to na niego najbardziej liczyłam, że wymyśli jakiś sposób na wydostanie się z opresji, ale nieprzytomny nic nie zdziała... Mój nauczyciel prychnął. Nie wiedziałam o co mu chodzi, lecz wtedy dostrzegłam kilka osób zmierzających w naszym kierunku. Ich dowodzący, jakaś ciemnowłosa kobieta o surowych rysach i paru innych. Nie byli raczej przyjazno nastawiani... Wyglądali na rozgniewanych.

- Nie wolno wam było tu przychodzić, sługusy Lucyfera... - zaczęła dziewczyna, ale Marcello jej przerwał.

- Nie żebym się czepiał, ale my przylecieliśmy... - zaznaczył ostatnie słowo.

            Akurat wtedy musiał odzyskać mowę?!

- Milcz - syknęła.

- Nie sądzę, abym zastosował się do twoich rozkazów - jego oczy znów błyszczały szaleńczo.

- Myślałam, że to tego drugiego mocniej uderzyli w głowę...

            Jego nastrój natychmiastowo uległ drastycznej zmianie. W tym feralnym momencie, wręcz kipiał ze złości.

- Zostaw mojego brata w spokoju - wycedził przez zaciśniętę z wściekłości zęby.

- Braciszek, tak? - zrobiła zatroskaną minę. - Bardzo mi przykro, że spotkało go coś złego...

            Nie dokończyła, gdyż silna dłoń Marcellego niespodziewanie zacisnęła się na jej chudej szyi tak mocno, że aż mu pobielały knykcie. Jej twarz momentalnie stała się czerwona jak burak. Jej towarzysze patrzyli się na to z rozwartymi ze zdziwienia ustami. Nikt nie wiedział, kiedy mój Przewodnik zdążył oswobodzić rękę. Dopiero po chwili udało im się otrząsnąć z szoku i pomóc koleżance. Kobieta z trudem łapała powietrze i z lekkim przestrachem wpatrywała się w swojego niedoszłego zabójcę.

- To dopiero początek - uśmiechnął się przerażająco, a oni, jakby w obawie przed tym do czego może być jeszcze zdolny, po raz kolejny pozbawili go przytomności.

- Obyś zdechł, psie Lucyfera! - krzyknęła roztrzęsiona jeszcze brunetka i szybko się stąd oddaliła, a jej koledzy wkrótce uczynili to samo.

- Obyś zdechł, psie Lucyfera... - cicho powtórzyłam jej pełne pogardy słowa.

            Długo się nad nimi zastanawiałam, ale nadal ich nie pojmowałam. Jak można tak mówić do swojego pobratymca?! To nieludzkie... Nagle zrozumiałam coś przerażającego. Przecież ona już nie była człowiekiem...

           Tak samo jak ja.


                                                          ~~~~~~~~~~~~~~~~~~


Bardzo przepraszam, że nie dotrzymałam obietnicy, ale szkoła zabiera mi naprawdę dużo czasu. Mam nadzieję, że nie jesteście źli. ;) Jutro na 99% będzie notka. :)
Pozdrawiam, Alexandra.

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Rozdział 38

       Dopiero zaczynało świtać, ale ja już od dawna byłam na nogach. Myślałam, że nie wstanę, ale byłam dziwnie wyspana. W sumie dobrze, bo wolałabym nie usypiać w trakcie treningu z latania. Zaczęłam zmierzać w kierunku miejsca naszego spotkania żwawym krokiem. Już wcześniej zjadłam śniadanie, więc nie byłam głodna. Po chwili czekałam przed drzwiami i rozkoszowałam się porankiem.

        Minęło kilkanaście minut, ale go nadal nie było. Trochę mnie to denerwowało, lecz nic nie mogło zepsuć mi mojego doskonałego nastroju. Wygładziłam liliowy sweter, w który byłam ubrana. Nagle dostrzegłam ciemną postać wyłaniającą się z mroku starego lasu.

- Już jesteś, skarbie - zauważył Marcello, przyglądając mi się badawczo.

- Tak - uśmiechnęłam się.

- Widzę, że masz dobry humor, słońce - powiedział i dodał mniej optymistycznie. - Przybija mnie to, wiesz? Ale przy odrobinie szczęścia uda nam się to zmienić...

- Nam? - zaczęłam podejrzewać, że mój Przewodnik ma rozdwojenie jaźni.

- Tak. Nam - doszedł do mnie głos kogoś za mną.

         Błyskawicznie się odwróciłam i ujrzałam wysokiego mężczyznę z trzema szramami na twarzy. Gdyby nie one, naprawdę można by go pomylić z młodszym bratem... Przynajmniej pod względem wyglądu.

- Wykształć skrzydełka, kochanie - mój nauczyciel i Raziel dawno już to zrobili.

- Okey - nie chciałam się kłócić, więc posłusznie wykonałam polecenie.

         Lekcje minęły spokojnie. Pokazali mi kilka sztuczek i tyle. Bałam się, że szykują coś okropnego, ale równie dobrze mogli dziś mi po prostu trochę odpuścić. Było już dosyć późno, więc postanowiliśmy się zbierać. Szliśmy powoli w kierunku twierdzy, gdy nagle Marcello stanął jak wryty.

- Może byśmy się pościgali, braciszku? - uśmiechnął się przerażająco. - Jak kiedyś.

- Nie zapominaj o Luci - wskazał na mnie.

- Ona też weźmie w tym udział.

         Moje protesty na nic się nie zdały, gdyż oni najwyraźniej zdecydowali za mnie. Nie miałam najmniejszej ochoty na tego typu zabawy, ale nic nie mogłam przeciw temu zrobić. Byłam już zmęczona, ale mimo to nie chciałam tak łatwo dać im wygrać. Mój Przewodnik zaczął objaśniać trasę. Mieliśmy polecieć na południe, do polany, na której się budzimy, gdy po raz pierwszy tu trafiamy i z powrotem. Nie byliśmy co do tego do końca zgodni, bo to bardzo niebezpieczna okolica. Tamte tereny zamieszkuje inna grupa Upadłych Aniołów, która nie była naszej zbyt przyjazna, ale w końcu postanowiliśmy zaryzykować. Wzbiliśmy się w powietrze.

- Na trzy? - zapytałam.

           Kiwnęli twierdząco głowami.

- Raz... Dwa... Trzy! - zaczęło się.

        Marcello od początku był na prowadzeniu, ale Raziel też nie próżnował i prawie go wyprzedził. Ja oczywiście tkwiłam na szarym końcu i nic nie zapowiadało poprawy mojej sytuacji...

       Byliśmy już prawie nad polaną, gdy nagle coś świsnęło mi koło ucha. Moi towarzysze momentalnie się zatrzymali, przez co wpadłam z impetem na Raziela. Otyczyła nas grupa uskrzydlonych mężczyzn. Upadli. Ciemnowłosy, najwyraźniej ich przywódca, zbliżył się do nas. Zmierzył nas krytycznym wzrokiem.

- A gdzie się wam tak śpieszy? - zapytał z wyraźnym obcym akcentem.

- Gdzieś - odparł bezczelnie mój nauczyciel zanim ktokolwiek zdążył go powstrzymać.

- Pupilki Lucyfera? - wydał się rozbawiony.

- Odczep się - fuknęłam zdenerwowana.

- Zadziorna fiołkowooka, bezczelny chłopczyk - zaśmiał się. - A jaki jest wasz koleżka z bliznami?

- Nie twoja sprawa - mruknął.

- Śmieszycie mnie - podsumował. Nagle jego głos stał się zimny jak lód. - Zabrać ich.

          Staraliśmy się im wyrwać, ale to nic nie pomogło. Byli zbyt silni. Niespodziewanie coś ciężkiego uderzyło mnie w potylicę i straciłam przytomność. To ostatnie co pamiętam.


                                                  ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~


Wybaczcie, że nie było notek, ale jednak miałam za mało czasu. Tu projekt, tu praca długoterminowa, tu kolejny projekt, o którym zupełnie zapomniałam... XD Mam nadzieję, że
już więcej nie będzie takich przerw i będę mogła w spokoju pisać. :) Chciałabym jeszcze podziękować przy okazji za wszystkie komentarze i miłe słowa. To bardzo mnie motywuje. :) Pozdrawiam, Alexandra.

środa, 8 kwietnia 2015

Rozdział 37

        Było po ósmej i wreszcie mogłam spokojnie wyjść z pokoju, bo wszyscy już wstali. Pod makijażem próbowałam ukryć skutki zarwanej nocy, ale moje wysiłki okazały się płonne, gdyż wyglądałam dokładnie tak samo źle jak wcześniej. Miałam tylko nadzieję, że nikt nie będzie chciał wiedzieć, co robiłam w czasie, gdy nie spałam...

        Cały ranek unikałam spotkania z kimkolwiek. Udawało mi się to, ale kilka razy w ostatniej chwili chowałam się w cień lub wciskałam się w lukę między meblem a ścianą. Najbardziej bałam się, że Lucyfer dowiedział się o tym, że podsłuchiwałam go albo, że ktoś zobaczył jak wychodziłam z celi Mary Alice. Właśnie wyglądałam ostrożnie za róg, gdy ktoś chwycił mnie za ramię. Odskoczyłam jak opatrzona i pisnęłam ze strachu.

- Wybacz, nie chciałem cię przestraszyć - Mefisto uśmiechnął się przepraszająco.

- Ci się nie stało - mruknęłam zawstydzona swoją reakcją. - Co tu robisz?

- To, że zwykle się tu nie pojawiam za widoku, nie oznacza, że mi tego nie wolno - zaśmiał się.

- No tak... - po raz kolejny oblałam się szkarłatem. Zaburczało mi w brzuchu.

- Może pójdziemy coś zjeść? - zaproponował.

- Bardzo chętnie - zgodziłam się.

         W tymczasowej jadalni już prawie nikogo nie było - jedynie służba kręciła się tu i ówdzie. Szybkim ruchem ręki zabrałam ze stołu jakiś owoc i wgryzłam się w niego. Po chwili poczułam jak słodki sok zbiera mi się w ustach. Nie obchodziło mnie co to, ważne, że było smaczne. Naprawdę zgłodniałam...

- Kogo ja widzę, skarbie? - wszędzie rozpoznam jego głos. - Postanowiłaś wyjść ze swojej kryjówki?

- Dzięki za zostawienie mnie samej na dachu - zignorowałam jego wcześniejszą wypowiedź.

- Nie ma za co - w jego atramentowych oczach dostrzegłam iskierki rozbawienia. - Przedstawisz mi swojego kolegę?

          Westchnęłam.

- Marcello to jest Mefisto. Mefisto to jest Marcello.

- Przecież wiem, słońce - odparł mój Przewodnik. - Po co mi to mówisz?

          Szmaragdowooki dziwnie na niego spoglądał. Widać, że nie zna jeszcze dobrze Marcello... Dopiero wtedy dostrzegłam, że włosy mojego nowego znajomego wydawały się ciemniejsze niż wczoraj. Może to była tylko zasługa oświetlenia? Nie byłam pewna.

- Jutro trening - poinformował mnie mój nauczyciel. - Skoro świt - dodał ze słabo ukrywaną satysfakcją.

- Przecież widzisz, że ledwo trzyma się ze zmęczenia na nogach, więc jak ma robić cokolwiek w takim stanie? - oburzył się szatyn.

- Nie mam pojęcia, ale to już nie mój problem - zlekceważył to.

- A właśnie, że twój! - bronił mnie. - To twoja podopieczna i jesteś za nią odpowiedzialny.

- On nie jest odpowiedzialny nawet za siebie... - zauważyłam.

- Więc jakim cudem ma ucznia?! - Mefisto zupełnie tego nie pojmował.

- Błąd w papierach - przyznał Marcello z rozbrajającą szczerością i wyszedł zadowolony z  pomieszczenia.

            Mój towarzysz pokręcił głową. Było mi miło, że stanął po mojej stronie, ale na niektórych nie ma rady i tyle. Trzeba się z tym pogodzić, a on zapewne za niedługo to zrobi.  Ruszył powoli w kierunku drzwi i zatrzymał się przy nich. Chwilę milczał, aż wreszcie odezwał się.

- Do zobaczenia wkrótce - opuścił pokój. Już drugi raz tego dnia ktoś tak do mnie powiedział...

- Tak - wyszeptałam, chociaż i tak nikt mnie już nie słyszał.


                                                      ~~~~~~~~~~~~~~~~~


Dzisiaj notka trochę szybciej niż zwykle. :) Nie ma to jak odrobić część zadań domowych w szkole, prawda? :D Pozdrawiam, Alexandra.

           

wtorek, 7 kwietnia 2015

Rozdział 36

       Szybkim krokiem oddaliłam się od Mefisto i z westchnieniem oparłam się o zimną ścianę. Miałam nadzieję, że nie powie nic o naszym spotkaniu swojemu przyjacielowi, bo mogłam mieć kłopoty. Mimo wszystko chłopak zdawał się miły... Pokręciłam głową i ruszyłam w kierunku salonu.

       Właśnie siedziałam na sofie, gdy do pomieszczenia, w którym przebywałam, weszła jakaś służąca. Pisnęła cichutko ze strachu, gdyż w pierwszej chwili mnie nie zauważyła.

- Co tu robisz o tej porze, panienko? - była szczerze zdziwiona.

- Nie mogłam spać - oparłam krótko. - Która godzina...?

- Emily, panienko - rudowłosa dziewczyna przedstawiła się. - Gdy opuszczałam kuchnię, było kilka minut po czwartej.

- Dziękuję - zaczęłam wstawać. - Udam się do mojego pokoju.

        Nie czekając na odpowiedź, opuściłam to miejsce. Oczywiście, że nie miałam najmniejszego zamiaru tam iść, ale wolałam dłużej nie rozmawiać z Emily, bo dobrze wiedziałam, że między służbą szybko rozchodzą się wszelkie wieści i plotki, a ja nie chciałam być ich bohaterką. Zamiast tego skręciłam w pierwszą po lewej odnogę głównego korytarza.

        Minął kwadrans zanim natrafiłam na jakieś drzwi, ale były zamknięte. Potem ta sytuacja tylko się powtarzała. Następne wrota to samo i tak w kółko. Żadnych okien. Już miałam stamtąd iść, gdy nagle usłyszałam czyjś szloch. Dochodził on z jednego z tych pomieszczeń, które mijałam. Ostrożnie podeszłam i zaczęłam nasłuchiwać. Płacz stał się wyraźniejszy. Przez przypadek zahaczyłam ręką o drewniany stolik obok mnie, a mały wazonik, który na nim się znajdował, zachwiał się. Z przerażeniem w oczach obserwowałam nieuchronny bieg wydarzeń. Naczynie kołysało się coraz bardziej i bardziej, aż wreszcie z hukiem rozbiło się o podłogę, a ostre kawałki ceramiki rozprysły się na wszystkie strony. W pokoju obok ucichło.

- Kto tam jest?! - pisnął ktoś dziewczęcym głosikiem.

- Nikt kto chciałby cię skrzywdzić - odparłam po chwili namysłu.

        Dobiegły do nas czyjeś wołania. Zapewne usłyszeli hałas... Wiedziałam, że muszę szybko coś wymyślić. Nagle mnie olśniło. Wytworzyłam szpony i zaczęłam majstrować przy zamku od drzwi. W ostatniej chwili wpadłam do celi jak huragan. Jasnowłosa dziewczyna przyglądała mi się dziwnie. Nie rozumiała jak ktoś mógł dobrowolnie wejść do więzienia, którym ten pokój najwyraźniej był. Gdy wszelkie odgłosy z zewnątrz ucichły, uśmiechnęłam się do niej.

- Jestem Lucia - wyciągnęłam w jej stronę dłoń, a ona niepewnie uścisnęła ją. - Mary Alice, prawda?

         Pokiwała twierdząco głową.

- Nie bój się mnie, nic ci nie zrobię - starałam się zabrzmieć miło. - Nie wiem jak traktowali cię moi pobratymcy, ale i tak cię za nich przeproszę, bo wiem jacy są.

- Nie było źle - szepnęła, a gorzkie łzy popłynęły po jej bladych policzkach.

- Więc czemu płaczesz? - było mi jej szkoda, ale w końcu to szpieg...

- Ja... To nic - otarła twarz. - Po co tu przyszłaś o tej porze?

- Zgubiłam się - to chyba moje najczęstsze wytłumaczenie.

- No tak... - spojrzała na mnie z nadzieją. - Wiesz może czy mnie wypuszczą, a jeżeli tak, to kiedy?

- Wybacz,  ale nic mi na ten temat nie wiadomo - przyznałam z żalem.

        Naprawdę było mi przykro, że nie mogłam udzielić jej odpowiedzi. Nie znałam jej praktycznie w ogóle, ale chciałam jej pomóc. Może to była jakaś sztuczka Anioła? Nie miałam pojęcia. Ze smutkiem stwierdziłam, że muszę już iść, jeśli chcę uniknąć spotkania kogoś w towarzystwie więźnia. To raczej by mi tylko zaszkodziło.

- Jak się czegoś dowiem, zaraz cię poinformuję - obiecałam.

- Jesteś inna od swoich braci i sióstr - zwróciła się do mnie. - Masz dobre serce i to cię wyróżnia. Pielęgnuj to dobro w sobie, a zobaczysz, że jeszcze ci pomoże. Zdobędziesz wielu potężnych przyjaciół, ale też wrogów i musisz nauczyć się ich rozróżniać.

- Postaram się - zaczęłam otwierać drzwi. - Pa.

- Do zobaczenia.

            Nie rozumiałam wtedy jej słów, ale już wkrótce na własnej skórze przekonałam się co oznaczają.


                                                          ~~~~~~~~~~~~~~~~~


Przepraszam za wszelkie błędy, ale okropnie mi się wszystko tnie i w ogóle. :) Pozdrawiam, Alexandra.

   




sobota, 4 kwietnia 2015

Rozdział 35

       Obudziłam się kilka dobrych godzin przed świtem. Próbowałam jeszcze zasnąć, ale w końcu wstałam, ubrałam się i zeszłam na dół. Nikogo nie było, więc wzięłam jedno jabłko z misy, która stała na stole i rozejrzałam się wokoło w poszukiwaniu zegarka. Dochodziła trzecia w nocy, czyli miałam sporo czasu zanim ktoś zacznie zakłócać mój spokój. Postanowiłam, że zwiedzę trochę budynek.

        Błąkałam się bez celu po krętych korytarzach i jak można było się spodziewać, wkrótce się zgubiłam. Nagle dostrzegłam przytłumione światło sączące się spod ciężkich, dębowych drzwi jak wieczorna mgła. Powoli podeszłam do nich i ostrożnie zajrzałam do środka przez dziurkę od klucza. Przy starym, ale solidnym biurku stały dwie postacie, które ze sobą rozmawiały. Przyjrzałam im się. W pierwszej rozpoznałam Pana Piekieł, ale jego towarzysza nigdy wcześniej nie widziałam.

         Był mniej więcej wzrostu Księcia Ciemności, może trochę niższy, ale niewiele, włosy miał jasnobrązowe i zielone, kocie oczy. Tłumaczył coś Lucyferowi, więc wytężyłam słuch. W tej chwili nie obchodziły mnie maniery.

- Nikt nie spotkał go od Wygnania - mężczyzna powoli tracił cierpliwość. - Naprawdę wierzysz, że jeszcze żyje? - spytał z politowaniem.

- Tak, Mefisto, wierzę - oparł się o mebel za sobą. - I przestanę póki nie zobaczę go całego i zdrowego albo nie dostarczą mi jego zwłok - głos mu się załamał, gdy wypowiadał ostatnie słowa.

          Mefisto - gdzieś już słyszałam to imię, ale o tej godzinie ledwo pamiętałam własne, więc musiałam zastanowić się nad tym później.

- Stawiam na to drugie... - zaczął szmaragdowooki chłopak, który już po chwili stał przyciśnięty do kamiennej ściany z dłonią Pana Piekieł zaciśniętą na bladej szyi.

- Odwołaj to! - krzyknął blondyn i tylko wzmocnił uścisk.

- Musisz się z tym wreszcie pogodzić - wycharczał.

- Nie! - zawołał Książę Ciemności i puścił go, a ten ciężko dysząc, upadł na podłogę. - Nie.

          Lucyfer usiadł w wielkim, skórzanym fotelu i milczał. Wydawał się taki mały i bezbronny, jak dziecko. Pierwszy raz widziałam go w takim stanie i nie był to miły widok. Zrobiło mi się go szkoda. Nie wiedziałam o kim mówili, ale najwyraźniej był to ktoś dla niego ważny. Brat? Przyjaciel? Nie miałam pojęcia.

          Nagle brązowowłosy zaczął wstawać. Chwiejąc się delikatnie, podszedł do niego i położył mu dłoń na ramieniu. Uśmiechnął się pokrzepiająco, ale to nic nie dało. Westchnął i skierował się do wyjścia.

- Może ja już pójdę - pożegnał się. - Do zobaczenia wkrótce.

           W ostatniej chwili odskoczyłam od drzwi i schowałam się w wąskim pasku cienia rzucanym przez nie. Mefisto rozejrzał się, ale na szczęście mnie nie zauważył. Zostawił lekko uchylone wrota, więc dobrze słyszałam jak Pan Piekieł uderza z wściekłością o blat biurka i syczy jakieś słowa w niezrozumiałym mi języku. Uznałam, że najlepiej będzie, jeżeli jak najszybciej opuszczę to miejsce.

          Mijałam właśnie jadalnię, gdy zderzyłam się z impetem z czymś, a raczej... Z kimś. Wpatrywałam się bez słowa w zielonookiego nieznajomego, który niedawno opuścił gabinet Księcia Ciemności. Bałam się jego gniewu, ale nie wyglądał na kogoś rozłoszczonego. Bardziej rozbawionego.

- Gdzie ci się tak śpieszy? - zaśmiał się. - Tak wcześnie zaczynasz pracę?

- Nie jestem służącą - dopiero wtedy zrozumiałam, że popełniłam duży błąd. Starałam się schować za czarnymi jak noc włosami.

- To kim? - spojrzał na mnie zaciekawiony.

- Upadłym... - zaczęłam cicho.

- Upadłą Anielicą? - dokończył za mnie. - Co tu robisz o tej godzinie? - zdziwił się.

- Nie mogłam spać - wyznałam zgodnie z prawdą. - Muszę już iść.

- Oczywiście, ale zdradź mi tylko swoje imię - poprosił. - Ja nazywam się Mefisto - dodał.

           Co mi szkodzi mu powiedzieć? - pomyślałam. Podniosłam głowę i bąknęła niewyraźnie:

- Lucia.


                                                       ~~~~~~~~~~~~~~~~~


Udało mi się! :D Naprawdę bałam się, że nie wyrobię, ale jednak jest. Jutro też będzie notka, lecz już dzisiaj życzę Wam bogatego zająca, smacznego jajka i mokrego dyngusa. :) Pozdrawiam, Alexandra.
   

piątek, 3 kwietnia 2015

Rozdział 34

       Z rozdziawioną buzią wpatrywałam się w drobną postać, która zdawała się wtedy jeszcze mniejsza. Blada, chuda... Wyglądała jak dziecko, którym zapewne była. Jej niewinne szaro-niebieskie oczy ukryte były za zasłoną włosów tak jasnych, że prawie białych. Zebrani milczeli, a Pan Piekieł wpatrywał się w nią, jakby właśnie ujrzał starego znajomego i nie był z tego powodu zbyt rad. Dziewczyna ze wszelkich sił starała się umknąć jego wzroku.

       Poczułam, że ktoś szarpie mnie za ramię. Z wyrzutem spojrzałam na Marcellego. Co to, to nie! Wiedziałam, że zostanę tam, a on nie miał prawa mi tego zakazać. Mój Przewodnik pokręcił jedynie głową i odpuścił. Zdziwiło mnie to, ale postanowiłam skorzystać z sytuacji i wróciłam do obserwacji.

       Dalej panowała grobowa cisza, jakby każdy bał się ją przerwać. W końcu uczynił to Władca Ciemności.

- Witaj, Mary Alice - zaczął spokojnym głosem. - Dawno się nie widzieliśmy... Ile to? Trzysta lat?

- Czterysta - poprawiła go cicho.

- Naprawdę? - ze zdziwieniem uniósł brwi. - Jak ten czas leci... Już straciłem rachubę.

- Nie dziwię się - uśmiechnęła się słabo. - Cztery wieki to dużo, a ty pewnie miałeś ważniejsze rzeczy na głowie niż rozmyślanie o byłych przyjaciołach.

- Zgadłaś.

         Choć ich relacje nie były takie jak dawniej, to te słowa mimo wszystko musiały ją bardzo zranić. Nie byłam pewna, czy było to celowe, ale i tak to okrutne. Czegoś takiego nie chciałoby się usłyszeć od wroga, a co dopiero od kogoś, kto kiedyś był ci bliski. Bardziej lub mniej, ale bliski.

- I ty byłeś aniołem?! - prychnęła zgorszona, a jej ledwo co odzykany humor prysnął jak mydlana bańka.

- A ty nadal jesteś i co z tego?

           Anioł?! Taki z nieba, który pilnuje ludzi, dba, aby nie byli źli?

- To, że ja jestem dobra, a ty nie - zaczęła. - To, że mnie podaje się jako przykład do naśladowania, a tobą straszy się niegrzeczne dzieci. To, że...

- Dosyć! - krzyknął wściekły blondyn, a jego szafirowe oczy pociemniały. - Zabrać ją skąd -  rozkazał i wyszedł z pomieszczenia głośno trzaskając drzwiami.

         Chwilę nikt nic nie mówił, ale w końcu dwaj strażnicy podeszli powoli do więźnia i wyprowadzili ją. Rispie również opuścił pomieszczenie pod pretekstem dopilnowania, żeby Mary Alice trafiła do odpowiedniej celi. Został tylko Raziel.

- Miło z twojej strony, że przedstawiłeś jej z grubsza moją sylwetkę, braciszku - Marcello znikąd pojawił się obok chłopaka.

         Odruchowo rozejrzałam się po małym pokoiku, w którym się znajdowałam. Sama. Nawet nie zauważyłam, kiedy zniknął. Jakby wyparował... Raziel jednak nie wydawał się tym zaskoczony. Najwidoczniej już do tego przywykł.

- Skąd wiedziałem, że będziesz podsłuchiwał?

- Po prostu mnie znasz - wyszczerzył białe jak śnieg zęby.

- Twoja podopieczna - ta wkurzająca małolata - też tu jest?

         Wkurzająca małolata?! Wypraszam sobie! Co on sobie myślał?! Byłam tak oburzona, że ze złości kopnęłam w ścianę przede mną, co spowodowało jedynie dużo hałasu i ból. Usłyszałam ich niezbyt miły śmiech.

- Tak... Chyba będę musiał po nią pójść, bo w końcu coś zniszczy - odparł, po czym zwrócił się do mnie. - Nic ci się nie stało, skarbie? - spytał z udawaną troską.

- Uważaj, żeby ci się nic nie stało - wysyczałam.

- Jaka bezczelna - zauważył Raziel. - Będzie z niej dobra Upadła Anielica.

            Nie byłam zbyt wdzięczna za taki komplement. Chciałam tylko jak najszybciej się stamtąd wydostać i udać się do swojego pokoju. Nie miałam najmniejszej ochoty przebywać, z którymś z tego przerażającego rodzeństwa ani sekundy dłużej. Czy jedynie Clementina była choć trochę normalna?!

- Zabierz mnie skąd - zażądałam. Mój głos zabrzmiał jak zduszony szloch.

- Niby czemu, kochanie? - Marcello spojrzał na mnie z wyższością.

- Zrób to, o co prosi, bo zaraz się jeszcze popłacze - kpił jego brat.

- Zgoda - westchnął. - Zaraz będę z powrotem.

                                                                          ***

           Jego czarne oczy błyszczały w przytłumionym świetle korytarza. Wędrowaliśmy już jakiś czas, a on nie odezwał się nawet słowem. To nie była to ta sama droga co przedtem.

- Gdzie idziemy? - nie wytrzymałam.

- Dama musi być cierpliwa, słońce - powiedział. - Ale ty też możesz spróbować.

           Prychnęłam zszokowana. Jeszcze jedna taka odzywka, a dostałby w twarz. W sumie to od każdej innej dziewczyny już dawno by dostał.

           Nagle zatrzymał się przed małymi prostokątnymi drzwiczkami. Powoli zaczął je otwierać, a ja poczułam zimne powietrze wdzierające się do środka. Gestem ręki nakazał mi przez nie wyjść. Po chwili zastanowienia zrobiłam to. Znalazłam się na dachu. Odwróciłam się w jego kierunku i spojrzałam na niego zdziwiona.

- Skąd już chyba trafisz do swojej sypialni - uśmiechnął się wrednie i zatrzasnął wrota.

          Na początku próbowałam je otworzyć, ale moje starania były płonne. Zamknął je na klucz. Z resztą i tak bym się tam jedynie zgubiła. Z westchnieniem wykształciłam krucze skrzydła i zleciałam na sam dół, a stamtąd ruszyłam prosto do pokoju. Nie raczyłam nawet odpowiedzieć na pytanie Jacka, którego spotkałam w holu.

          Gdy wreszcie dotarłam na miejsce, rzuciłam się na łóżko i natychmiast zasnęłam.


                                                     ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~


W końcu dodaję notkę! :D Nawet nie wiecie jak za tym tęskniłam. Od dzisiaj rozdziały znów będą codziennie. :) Co prawda na blogu pojawiać będą się wieczorem, ale wcześniej się nie wyrobię... Mam nadzieję, że nie przeszkadza Wam to za bardzo. Pozdrawiam, Alexandra.

czwartek, 26 marca 2015

Ważne!

       :( Bardzo mi przykro, ale następna notka ukaże się dopiero za tydzień, bo po prostu nie mam teraz kiedy jej napisać. :( Jest szansa, że uda mi się coś dodać w weekend, ale nic nie obiecuję. Jeszcze trochę, a rozdziały znów będą regularnie. :) Szkoła to szkoła i muszę się na niej trochę bardziej skupić, lecz już po świętach postaram się tak rozporządzić czasem, że znów codziennie będę coś wstawiać. Pozdrawiam, Alexandra.

poniedziałek, 23 marca 2015

Rozdział 33

       Do twierdzy dotarliśmy w przeciągu kilku minut. W korytarzach panował ogromny harmider, każdy chciał dowiedzieć się czegokolwiek na temat szpiega. Ci, którzy ponoć  widzieli, opisywali go jako postawnego mężczyznę udającego strażnika, był w takim też stroju. Plotki mnożyły się w zastraszającym tempie. Wątpiłam, czy w ogóle miały w sobie, choć ziarnko prawdy.

       Mimo tego, że w przesłuchaniu nie wolno było uczestniczyć nikomu, oprócz Lucyfera, Rispiego, Raziela, Clementiny, która nie przyszła i oczywiście samego więźnia, to Marcello i tak znalazł sposób, aby brać w nim udział, a ja razem z nim. Mianowicie - ten chłopak znał więcej tajemnych przejść i pomieszczeń niż sami projektanci tego budynku. Nie miałam pojęcia jak, gdyż z tego co wiedziałam, nie przebywał tu za często.

       Z naszej kryjówki mieliśmy idealny podgląd na całą sytuację. Konfidenta jeszcze nie wprowadzono, ale oczekiwanie nie trwało długo. Po niecałym kwadransie dwóch wartowników zaciągnęło chudą, jakby wymizerniałą postać na środek pokoju, a potem brutalnie posadziło ją na dębowym, lekko przypalonym krześle. Odziany był w coś, co przypominało asasyńskie szaty, a szczupłą, bladą twarz skrywał szeroki pas materiału tak samo obsydianowoczarnego jak reszta ubioru. Nie odznaczał się zbyt szczególnie wysokim wzrostem ani wielką posturą - zwyczajny kilkunastolatek.

- Jak się nazywasz? - spytał Pan Piekieł głosem zimnym jak lód.

       Odpowiedziała mu cisza.

- Jak się nazywasz? - ponowił pytanie.

       Głuche milczenie znów zapanowało w jadalni.

- Wiesz z kim masz do czynienia? - blondyn zachował zimną krew.

       Nadal nic.

- Odcięto ci język, bezczelny szpiclu?! - Rispie postanowił się wtrącić. Wydać się mogło, że jego rysy były jeszcze ostrzejsze, niż zwykle.

       Żywiłam cichą nadzieję, że wkrótce coś się wydarzy, bo przebywanie we dwójkę w klitce tak małej, że nawet jedna osoba miałaby tam bardzo ograniczoną swobodę ruchów, nie należało do rzeczy najprzyjemniejszych. Marcello w ogóle to nie zwracał na to uwagi, gdyż wpatrywał się w szpiega od dłuższego czasu, jakby w ten sposób mógł przeniknąć wzrokiem przez czarną jak węgiel tkaninę i ujrzeć jego prawdziwe oblicze.

- Mam dla ciebie radę - zaczął Raziel spokojnym i miłym tonem. Cały czas stał do zebranych tyłem, ale ja dobrze widziałam jego buzię.  - Wyjaw wszystko teraz, bo im dłużej zwlekasz, tym bardziej będziesz potem cierpieć. A wtedy nie obronię cię ani ja, ani nikt inny - ciągle się uśmiechał, ale był to uśmiech, który nie wróżył niczego dobrego. - Ale teraz mogę, chociaż spróbować.

        Tajemnicza postać prychnęła. Widać wypowiedź Upadłego Anioła nie wywarła na niej porządanego efektu. Spojrzałam na mojego towarzysza. Przez chwilę był nieobecny i marszył z zastanowieniem czoło. Nagle otwarł szeroko atramentowe oczy, jakby doznał olśniania. Zaśmiał się cicho pod nosem.

- Naprawdę nas nie doceniasz - Raziel odwrócił się do więźnia przodem, a ten z sykiem wciągnął powietrze. "Przyozdobione" trzema bliznami lico chłopaka mogło przerazić nawet dorosłego mężczyznę. - O co chodzi? - spytał, choć dobrze wiedział. - Ach! O to - dotknął dłonią szram. - To zasługa mojego kochanego braciszka. Zapewne za niedługo go poznasz, gdyż jest bardzo wścibski. Przemiły jegomość - ironia była bardziej, niż dostrzegalna.

         Przez twarz Marcello przemknął cień zadowolenia, jakby był dumny ze swojej niezbyt pochlebnej opinii. Pokręciłam głową i bezgłośnie westchęłam.

- Więc - zaczął Książę Ciemności. - Może teraz się przedstawisz?

         Konfident pokręcił jedynie przecząco głową.

- Rispie - Lucyfer przywołał go gestem ręki.

- Yhm - mruknął, ale natychmiast odżył, słysząc polecenie.

- Zdejmij mu maskę - rozkazał.

- Ja sobie życzysz - odparł z widoczną satysfakcją.

           Źrenice szpiega rozszerzyły gwałtownie, gdy mój brat pozbawił go jedynej rzeczy, która pozwalała mu ukryć swą tożsamość. W sali zapanowało milczenie, gdyż okazało się, że zagrożeniem dla nich była... Drobna, młoda dziewczyna.


                                                         ~~~~~~~~~~~~~~~~~


Przepraszam, że nie było nowych rozdziałów, ale nie miałam, kiedy się za to wziąć. :) Pozdrawiam, Alexandra.

piątek, 20 marca 2015

Rozdział 32

       Od trzech dni trwały prace przy odbudowie jadalni. Przyjęto wersję, że to był zwyczajny pożar, ale ja wiedziałam swoje. Lucyfer przychodził tylko wtedy, gdy miał ochotę, ale i tak zachowywał się, jakby zaciągnięto go tu siłą. Marcello, co prawda uczestnił w tym od początku, lecz jak można było się spodziewać, jego "pomoc" polegała na wygłupianiu się. Skończyło się na tym, że pobrudził świeżo pomalowaną ścianę i dostał zakaz wchodzenia tam aż do odwołania. Okazało się, że najmniej zaangażowane w to przedsięwzięcie, były osoby, które zawiniły. Rispie również nie miał zamiaru nic robić w tym kierunku, a Raziel i Clementina znikali na całe dnie. Nie ufałam im... Pojawili się nagle i znikąd, a oni praktycznie od razu im zaufali. Nie wszyscy, ale większość.

        Po kilku godzinach postanowiłam trochę odpocząć i przewietrzyć się. Szłam właśnie koło starego, ogromnego dębu. Gdy byłam młodsza, miałam może dziesięć lub jedenaście lat, uwielbiałam wspinać się po wysokich drzewach, które rosły w lasku za naszym domem. Kiedy chciałam uciec od wspomnień związanych z mamą lub Krispinem, wchodziłam coraz wyżej, jakby to w coś dawało. Chociaż, gdy byłam już na szczycie, adrenalina zwyciężyła i już nie myślałam o nich. Po chwili zastanowienia zaczęłam wdrapywać się na najniższe gałęzie, ale na nich nie poprzestałam. Byłam już prawie na samej górze, gdy usłyszałam czyjś śmiech. Wystraszyłam się i prawie spadłam, ale w ostatniej chwili chwyciłam się rękami konaru. Wiedziałam, że długo się tak nie utrzymam, więc pośpiesznie zaczęłam się podciągać.

- Zamierzasz rozpocząć karierę małpy cyrkowej, skarbie? - spytał, a ja już byłam bezpieczna i ciężko dyszałam.

- Co masz na ubraniu? - nie odpowiedziałam na zadane mi pytanie.

- To tylko białe pióro, słońce - odparł i otrzepał płaszcz. - Nie bój się, nic ci nie zrobi.

- Przecież wiem - zaczerwieniłam się. - Ale skąd ono się wzięło?

- Nie ma pojęcia - wzruszył ramionami. - To należy do Raziela.

         Popatrzyłam na niego ze zdziwieniem.

- On nigdy nie pozwalał mi nawet dotykać swoich rzeczy, więc wykorzystałem okazję i mu ją wziąłem.

         Uznałam, że lepiej nie drążyć tematu i usiadłam wygodniej. Marcellemu zachciało się poćwiczyć rzucanie ostrymi przedmiotami, a za cel wybrał gałąź, na której byłam. Na początku się tym nie przejęłam, bo myślałam, że ma tylko swój sztylet, lecz okazało się, że wziął z kuchni wszystkie noże. Wkrótce obszar wokół mnie wyglądał jak jeż. Ale wreszcie skończyła mu się broń.

- Może byś zeszła, złotko?

- Po co?

- Bo boli mnie już kark od tego, że ciągle muszę zadzierać głowę do góry.

- To tego nie rób i po prostu sobie stąd pójdź - zaproponowałam.

- Powiem to inaczej. Zrób co ci każę albo spowoduję, że stamtąd spadniesz.

          Po chwili znalazłam się na dole. Byłam pewna, że był gotów spełnić swą groźbę, więc wolałam nie ryzykować. Nie miałam najmniejszej ochoty przebywać w jego towarzystwie, ale też nie chciałam wracać jeszcze do koszarów, do osób, które tam były. Wolnym krokiem ruszyłam na północ, choć szczerze, nigdy tam jeszcze nie byłam. Mój Przewodnik udał się za mną.

- Zaraz się zgubisz, kochanie - stwierdził.

- I tak nie zawrócę - burknęłam.

- Potem będziesz żałować... - ostrzegł.

- Zaryzykuję.

             Nagle usłyszeliśmy, że ktoś nas woła po imieniu. Popatrzyliśmy w tamtym kierunku.

- Lucia! Marcello! - wołała Lisa i rozglądała się dookoła. W końcu nas zauważyła. - O! Tu jesteście!

- Co chcesz? - powiedział szorstko chłopak.

- Lucyfer kazał wam wracać - wytłumaczyła się.

- W jakim celu?

- Złapali szpiega.

             Mój nauczyciel przez chwilę stał nieruchomo, ale nagle wykształcił skrzydła i poleciał do twierdzy. Poszłyśmy w jego ślady.


                                                    ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~


Przepraszam za wszelkie błędy, ale pisząc to, bardzo się śpieszyłam, bo jadę właśnie do rodziny na weekend i mam do dyspozycji jedynie tablet, a w każdej chwili może paść mi bateria. :) Pozdrawiam, Alexandra.

czwartek, 19 marca 2015

Rozdział 31

                                                         Z perspektywy Lucyfera.

        Dziewczęta opuściły nas pośpiesznie i zostawiły samych. Clementina zapewnie wiedziała, że nie był to najlepszy pomysł, ale i tak to zrobiła. Rozejrzałem się po pomieszczeniu. Po wspaniałych meblach i gobelinach zostały tylko zgliszcza. Lekko smucił mnie ten widok, gdyż po tylu latach tu spędzonych, przyzwyczaiłem się już do tego miejsca. Najgorsze jest to, że to ja przyczyniłem się do jego zniszczenia... Moje rozmyślania przerwał bezwstydnie Marcello.

- Czyli wszyscy zginiemy, tak? - spytał, jakby z nadzieją z czarnych oczach. - A będzie to bolesna, czy raczej długa śmierć? A może to i to?

- Nikt nie umrze - zapewniłem.

- Szkoda - westchnął.

         Uważnie przyglądałem się atramentowowłosemu chłopakowi. Nigdy nie wiedziałem, czy tylko żartuje, czy naprawdę tego chce. Gdy tu przybył te kilka lat temu, nie zachowywał się tak jeszcze. Co prawda był trochę inny, ale wtedy uznałem to za szok. W końcu nie codziennie dowiadujemy się o istnieniu mistycznych stworzeń i o tym, że byliśmy jedną z nich. Jednak to nie przemijało, a wręcz nasilało się z każdym dniem...

- Jak ty tak możesz mówić?! - Raziel nie wytrzymał.

         Gdy się dziwił, marszczył nos. Robił to tak samo jak Asmodeusz... Z sykiem wciągnąłem powietrze. Nie mogłem wtedy o nim wspominać. Nie widziałem go od wygnania i nawet nie wiedziałem, czy jeszcze żył. Miałem nadzieję, że nic mu nie było... Ale wtedy nie był na to czas, musiałem zająć się ważniejszymi sprawami od niego. Chociaż nie sądziłem, aby takie rzeczy naprawdę były.

- Nie oddam ci sztyletu! - nie słyszałem większości ich rozmowy. - To moja własność, braciszku! Moja! - wyraźnie zaznaczył ostatnie słowo.

          Braciszku... Nagle coś sobie przypomniałem. Odwróciłem się w stronę Rispiego, który o dziwo nic nie mówił. W jednej chwili arogancki i samolubny dwudziestoletni mężczyzna zmienił się w niepewnego swojego losu chłopca. Normalnie by się nie bał, ale wtedy doskonale zdawał sobie sprawę, że nie byłem w nastroju, a on z chwilowo niesprawną ręką nie ma ze mną najmniejszych szans.

- Chyba masz nam coś do powiedzenia - mój głos był zimniejszy od stali. - Dlaczego nas okłamywałeś?!

- J-ja... - jąkał się, a cała jego pewność siebie dawno zniknęła.

- Niespodziewanie zapomniałeś, tak?! - krzynąłem.

- Wreszcie robi się ciekawie! - zawołał radośnie Marcello.

            Podszedłem do niego, a on cofnął się o krok, przy okazji zrzucając jeden z ocalałych wazonów na podłogę, a ten rozbił się. Hałas był dość duży.

- Gadaj!

          Nagle drzwi otworzyły się z hukiem. Stała w nich cała czerwona ze złości Clementina. Było to niezwykłe połączenie z jej białymi jak śnieg włosami i karminowymi oczami. Za nią dało się dostrzec Lucię siedzącą na sofie w korytarzu. Krucze loki zakrywały jej częściowo twarz i nadawały tej drobnej, bladej postaci jeszcze bardziej dziecinny wygląd. Wydawała się taka zagubiona, niewinna... I słaba. Nie pasowała na Upadłego Anioła. Chociaż to mogły być jedynie pozory.

- Mieliście omawiać taktykę obrony, a nie się kłócić! - dała upust swojej złości. - Jeżeli tak będziecie planować, to od razu się poddajcie!

          Jej kazanie trwało prawie kwadrans, ale kiedy wyszła, zapanowała cisza jak makiem zasiał. Słychać było nawet brzęczenie muchy na drugim końcu pomieszczenia. Stan ten utrzymał się jeszcze kilka minut, ale i on musiał się kiedyś skończyć.

- Zbeształa cię moja siostra! - kpił w najlepsze Marcello. - Moja dziewiętnastoletnia siostrzyczka!

- Zamilcz w końcu - jęknąłem. - Czy ty naprawdę potrzebujesz cały czas mówić?!

- Tak - pokiwał głową i zaczął zmierzać do wyjścia z pomieszczenia. - I mam dla ciebie radę. Ciągle się złościsz i zamyślasz, a to bardzo przeszkadza w rządzeniu czymkolwiek, więc zapomnij o nim, bo i tak pewnie nie żyje.

           Na początku nie rozumiałem o co mu chodzi, ale potem mnie olśniło. Przecież czytał mój dziennik i wiedział o Asmodeuszu...

- Odwołaj to! - wybuchnąłem i posłałem w jego stronę kulę ognia, ale on już był po drugiej stronie wrót.

- Nie odwołam tego, Lucusiu! - zawołał.

             Byłem pewien, że coś mu zrobię. Z każdą chwilą irytował mnie coraz bardziej.

- O kim on mówił? - zaciekawił się Raziel, a Rispie wpartywał się wyczekująco.

- Nie wasz interes! - wrzasnąłem i wyszedłem bocznymi drzwiami. - Ani wasz ani nikogo innego - dodałem choć wiedziałem, że już i tak mnie nie słyszą.


                                                       ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~


Następna notka będzie już z perspektywy Luci, ale jeżeli chcecie co jakiś czas tego typu rzeczy, to napiszcie mi w komentarzach. Ważna jest dla mnie Wasza opinia. :)
Pozdrawiam, Alexandra.

       

środa, 18 marca 2015

Rozdział 30

       W milczeniu wpatrywaliśmy się w bladą twarz Clementiny. Jej karminowe oczy były puste i smutne, ale jeżeli dobrze się przyjrzeć, dało się dostrzec też zrozumienie i doświadczenie, którego miała aż za dużo jak na tak młody wiek. Wydawała się miła, musiałam z nią porozmawiać. W drobnej, chudej dłoni mocno ściskała czarny kryształek. Zapomniałam, że w ogóle go wzięła... Spojrzałam na Rispiego. Orle rysy jego twarzy stężały, a ja nie wiedziałam, czy martwi go to, co przed chwilą ułyszał, czy to, że wygadałam nasz sekret. Książę Ciemności przeczesał gęste, jasne włosy szczupłymi palcami i przecząco kiwał głową.

- To nie może być prawda - mruczał pod nosem. - Przecież mieliśmy jeszcze czas...

- Ale o co chodzi? - byłam zdezorientowana.

- Chodź - białowłosa przywołała mnie ruchem ręki. - Chłopcy chyba muszą o czymś ze sobą porozmawiać, a ja ci w tym czasie wszystko wyjaśnię.

       Ledwo zamknęły się za nami drzwi, a już było słychać ich podniesione głosy. Nie chciałbym tam wtedy być. Dziewczyna z westchnieniem usiadła na wzorzystej sofie obitej zielonkawo-niebieskim żakardem, a ja uczyniłam tak samo. Myślałam, że zapadnę się w miękkich jak puch poduszkach, ale ona najwyraźniej była do tego typu rzeczy przyzwyczajona. Po chwili popatrzyła mi prosto w fiołkowe oczy.

- Jakaś Mroczna Istota postanowiła zbuntować się przeciwko władzy Pana Piekieł - wytłumaczyła zanim zdążyłam zadać pytanie. - Nie wszystkim pasuje to, że to on rządzi tą krainą. Według nich, Lucyfer to rozkaprysiony bachor z huśtawką nastrojów, który nie poradzi sobie z taką odpowiedzialnością. Od zawsze spiskowali, ale teraz ktoś postanowił zacząć działać.

- A uda mu się?

- Nie sądzę - uśmiechnęła się wymuszenie. - Oni mają sprzymierzeńców, ale nasi są silniejsi...

       Jej wypowiedź przerwał głośny huk dochodzący z jadalni. Widać, świetnie się tam dogadywali. Mogłam się założyć, że po ich "pokojowych" rozmowach będziemy mieli dużo roboty z zakładaniem szwów i opatrunków. W końcu Clementina zrezygnowana wstała i weszła tam do nich. Usłyszałam tylko jej zdenerwowane wrzaski. Trwało to kilka minut, ale gdy już tu wróciła, była spokojna i rozpromieniona, a w pomieszczeniu obok wreszcie panowała cisza.

- Mogę spytać się o coś nie związanego z tematem? - ukryłam twarz za czarnymi lokami.

        Przytaknęła.

- Skąd Raziel ma te blizny? - wymamrotała bardzo szybko i niezrozumiale. - Jak nie chcesz to nie odpowiadaj.

- Ale niby dlaczego? - zdziwiła się. - Masz prawo wiedzieć. Raziel miał wtedy niecałe osiemnaście lat, ja piętnaście, a młody jedenaście. Zapowiadał się piękny dzień - jej oczy zrobiły się wilgotne.  - Mieliśmy popływać, a w Wenecji o wodę nie trudno, ale Marcello od początku wyrażał niechęć do tego pomysłu. Załamał się po śmierci rodziców, a od niej minęło wtedy niewiele ponad cztery miesiące - po jej policzkach spływały pojedyncze łzy. -  Zaproponował bratu walkę. Oboje myśleliśmy, że będzie ona wyglądała tak, jak zawsze, że potarzają się trochę po ziemi i tyle... Ale nie tym razem. Nie wiedzieliśmy, że umiał już w tak wczesnym wieku wykształcić szpony. Jeszcze nie skrzydła, ale szpony. Wtedy użył ich po raz pierwszy...

- J-ja... Przepraszam. Nie chciałam - byłam wstrząśnięta.

- Nic się nie stało - wytarła buzię w chusteczkę. - Nie chowaliśmy urazy, bo zrobił to przez przypadek. Tylko się bawił...

         Nadal byłam w szoku. Oni chyba naprawdę wierzyli, że Marcello nie uczynił tego specjalnie, ale ja uważałam, że doskonale wiedział co robi. Mógł nawet go zabić! Zniszczył mu życie, bo co ma począć młody mężczyzna, który został tak oszpecony? Przecież w tamtych czasach medycyna była słabo rozwinięta i to cud, że wyszedł z tego jedynie z czymś takim, ale to i tak okropne...

         Nagle wrota sali otworzyły się z łaskotem. Wypadł z nich nie kto inny, tylko Marcello. W ostatniej chwili uchylił się przed kulą czarnego ognia, lecącą w jego kierunku. Błyskawicznie zatrzasnął drzwi i oparł się o nie plecami.

- Nie odwołam tego, Lucusiu! - wrzasnął do Księcia Ciemności będącego po drugiej stronie. - Wszystko idzie, jak należy - zwrócił się do nas, szczerząc białe zęby.

          Przyglądałam mu się z pogardą. Obsydianowe włosy były rozczochrane, lekko kulał, a z lewego kącika ust ciekła mu wąska smużka szkarłatnej krwi.

- Co się stało, skarbie? - poprawił fryzurę. - Prawie się tam dogadaliśmy, słońce - znów doszły do nas krzyki. - Prawie - zaznaczył.


                                                         ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~


Następny rozdział zrobię z perspektywy, któregoś z obecnych podczas kłótni. :) Muszę tak uczynić, bo Luci nie było tam wtedy. Czasem będę zmuszona tak robić, bo inaczej ominę wiele istotnych bardziej lub mniej rzeczy. :) Pozdrawiam, Alexandra.