Obudziłam się cała zesztywniała, bolał mnie każdy, nawet najmniejszy kawałek ciała. Wiedziałam, że to były właśnie skutki wczorajszego lotu i tego, że położyłam się spać w przemoczonych ubraniach. Z cichym jękiem podniosłam się z posłania i z wielkim ociąganiem powlokłam się do łazienki.
Ciepła woda rozluźniła nieco napięte mięśnie i zmyła ze mnie resztki porannego złego humoru. Z nowymi pokładami energii ruszyłam w kierunku kuchni w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. Nie chciałam jeść ze wszystkimi, dlatego po prostu chwyciłam pierwsze z brzegu jabłko i udałam się do ogrodu na tyłach twierdzy.
"Ogród" był niewielkim skrawkiem wolnej przestrzeni nieodgrodzonym jeszcze od budynku wysokim płotem. Jedyne co tu rosło to trawa, drzewa i jakieś chwasty. Gdzieniegdzie stały stare, porośnięte mchem posągi przedstawiające jakiś ludzi. Nie było to miejsce miłe ani przyjazne dla gości, ale ja jednak je lubiłam. Praktycznie zawsze miałam tu spokój i ciszę, bo mało kto zagłębiał się w te okolice. Przyniosłam tu nawet kiedyś jakieś deski, z których robiłam sobie prowizoryczną ławeczkę.
Siedziałam właśnie na częściowo zawalonym murku i rozkoszowałam się ciepłym promieniami porannego słońca, gdy usłyszałam czyjeś kroki i szepty. Szybko ukryłam się za stertą gruzu i zaczęłam obserwować przybyszy. Niby nie było jasnego zakazu przebywania tu, ale wolałam, żeby nikt mnie nie zauważył. Dopiero po chwili dostrzegłam wyłaniającego się za rogu wysokiego blondyna i trochę niższego bruneta... Lucyfer i Mefisto. Bruneta?! Wydawało mi się, że Mefisto był ciemnym blondynem, co najwyżej szatynem... Pokręciłam głową. Przecież, kiedy pierwszy raz go zobaczyłam, było ciemno. Postanowiłam przestać o tym myśleć i wytężyłam słuch, żeby usłyszeć o czym mówią.
- Przy zachodniej granicy patrole widziały wrogie oddziały - powiedział brunet tak cicho, że ledwo wyłapałam poszczególne słowa.
- Nie rozumiem, co w tym takiego dziwnego - wzruszył ramionami Pan Piekła. - Przecież oni też mają prawo - prychnął. - Obowiązek pilnowania tamtych terenów.
- Tak, ale... - głośno wciągnął powietrze. - To nie byli ludzie Adrienne - dodał szybko.
Adrienne - przywódczyni Upadłych Aniołów, którzy nie chcieli żyć pod całkowitą władzą Lucyfera. Tych samych, którzy uwięzili wtedy mnie, Raziela i Marcello. Ledwo powstrzymałam się, aby nie splunąć na ziemię.
Władca Ciemności zatrzymał się gwałtownie i po raz pierwszy w czasie tej rozmowy jego wzrok powędrował ku towarzyszowi. Jego szafirowe tęczówki błyszczały z zaciekawienia. Nie było w nich ani grama niepokoju.
- Więc, kto to był? - patrzył na niego wyczekująco.
- Nie wiemy jeszcze, ale postaramy się szybko tego dowiedzieć - odparł natychmiast, a jego szmaragdowe kocie oczy pozostały zimne jak stal.
- W takim razie będę czekał - ruszył w kierunku budynku, zostawiając Mefisto samego. - Do zobaczenia później! - rzucił już cieplej.
Chciałam dyskretnie się oddalić, ale coś, a raczej ktoś, mnie powstrzymał. Poczułam czyjąś dłoń na ramieniu i uniosłam zdumiona wzrok. Mefisto uśmiechał się przyjaźnie. Przeklęłam w duchu jego zwinność i bezszelestne poruszanie się. Wyprostowałam się, ale zaraz pochyliłam skruszona głowę. Lubiłam Mefisto i nie chciałam, aby miał o mnie złe zdanie.
Usłyszałam jego śmiech, ale nie był to śmiech pełen kpiny czy politowania, był radosny i szczery.
- Masz trochę tynku we włosach, Lucio - delikatnie zaczął go strzepywać, a ja momentalnie spłonęłam rumieńcem. Jednak czułam się w środku miło doceniona. W końcu zapamiętał moje imię, prawda?
- Ja... - zaczęłam speszona.
- Nic się nie stało - przerwał za co w duchu mu dziękowałam, bo nie miałam pojęcia, co mówić. - Nie mu nie powiem, jasne? - podniosłam ku niemu fiołkowe oczy i natychmiast znowu się zaczerwieniłam, gdyż patrzył prosto na mnie.
Zachichotał.
- Uroczo wyglądasz, wiesz? - moja twarz już chyba nie mogła być bardziej szkarłatna. - Ej - dźgnął nie lekko w bok. - Obiecuję, nie pisnę nawet słówka - bardziej ukryłam się za czarnymi włosami. - No rozchmurz się wreszcie - dźgnął mnie po raz kolejny i już nie byłam w stanie powstrzymać śmiechu. Na ten dźwięk uśmiechnął się szeroko. - Słodko się śmiejesz.
- Wcale nie - wykrztusiłam, ale mimo to nie przestałam tego robić. - Brzmię jak ranny delfin - dla polepszenia efektu, udałam owego ssaka.
- Ale naprawdę przeuroczy ranny delfin - uznał, co wywołało u nas obojga kolejny atak wesołości.
Uderzyłam go leciutko w ramię. Zrobił minę jakby miał zaraz się rozpłakać, ale ja dobrze wiedziałam, że udaje. Kiedy zrozumiał, że to na mnie nie działa, westchnął zrezygnowany.
- Na Lucyfera to zwykle działało - wyznał, lecz zaraz dodał. - No, ale mieliśmy wtedy po cztery lata i byliśmy jeszcze ''tymi dobrymi" aniołami - ostanie słowa wypowiedział z nader widoczną kpiną, zakreślając w powietrzu cudzysłów.
Wiedziałam, że Lucyfer i Mefisto znali się już wcześniej, ale nigdy nie sądziłam, że już od dziecka... Nie chciałam wtedy o tym myśleć, więc tylko uśmiechnęłam się promiennie.
- A tak nie z tematu - zaczął chłopak. - Nie powinnaś mieć teraz treningu z Marcello? - zainteresował się.
- W sumie tak, ale nie mam pojęcia, czy on w końcu nadal jest moim Przewodnikiem, czy nie - wyznałam.
- Nikt tego nie wie, skarbie - doszedł do nas dobrze mi znany arogancki ton głosu.
- Ja wiem - wtrącił się Mefisto.
- Zamknij się - rzucił Marcello szybko, nadal się uśmiechając. - Nie odchodzi mnie to - dodał. - Masz oczywiście trening, kochanie, bo mam naprawdę paskudny humor i muszę go jakoś rozładować - najlepiej dając ci niezły wycisk na ćwiczeniach - ciągnął dalej. - Więc pożegnaj się ze swoim nowym koleżką i chodź już wreszcie, słoneczko - wycedził przez naciśnięte zęby, wyraźnie już zirytowany i pociągnął mnie za rękę.
Mefisto już chciał mi pomóc, ale powstrzymałam go gestem ręki. Posłałam mu przepraszające spojrzenie i pobiegłam za moim jakże denerwującym nauczycielem.
- Zobaczymy się później? - zawołał za mną brunet.
- Jasne! - rzuciłam przez ramię i omal nie potknęłam się o wystający z ziemi kamień.
- Uważaj, kotku, bo coś sobie jeszcze zrobisz, a tego byśmy nie chcieli, prawda? - wyszczerzył się przerażająco mój nauczyciel, a w jego czarnych jak smoła oczach pojawiły się szaleńcze błyski. Jeszcze jedna rzecz zwróciła moją uwagę.
- Masz nową fryzurę? - pytanie ni z gruszki ni z pietruszki, ale jednak naprawdę mnie to zainteresowało. Atramentowe włosy Marcello zwykle w nieładzie i opadające na twarz, wtedy były zaczesane do góry i ogólnie jakby dopracowane.
- Po prostu je ułożyłem - westchnął ciężko, jakby załamany moim nieprofesjonalnym zachowaniem. - Odkąd tu jesteś nie mam jakoś szczególnie dużo czasu na takie przyziemne rzeczy, wiedziałaś, skarbie? Wybacz, że tego nie robiłem, będąc przywiązanym do drzewa lub walcząc z obrażonym Książątkiem Piekła.
Postanowiłam nie odpowiadać. Już i tak wystarczająco go wkurzyłam.
***
Marcello jak to Marcello postanowił wyładować całą swoją złość i frustrację na mnie. Pod koniec treningu była już tak zmęczona, że ledwo stałam na nogach. Jedynym moim marzeniem był sen. Po szybkim prysznicu po prostu rzuciłam się na łóżko i wpadłam w objęcia Morfeusza.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Cześć, hello, hola, ciao, guten Tag, bonjour i jeszcze jakikolwiek język byście chcieli! :D Wróciłam! Z nowym zapałem, z nową energią i nowymi pomysłami. :) Strasznie, strasznie przepraszam! Miałam taki brak weny, że głowa mała. :/ Ale już mi przeszło i oby na stałe! :D Od razu uprzedzam, że mimo, iż znowu zabieram się za pisanie pełną parą, nowa notka będzie się pojawiać raz, czasem dwa razy w tygodniu. :( Chociaż są wakacje, nie zawsze mam czas albo po prostu chęci. No, ale już nie marudzę. :)
Pozdrawiam i życzę miłych wakacji, Alexandra.
Ps. Na dworze 30 ileś stopni w cieniu, a ja siedzę w nagrzanym, dusznym pokoju, więc wybaczcie ewentualne błędy, lecz już wszystko mi się plącze. :D
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz