piątek, 3 kwietnia 2015

Rozdział 34

       Z rozdziawioną buzią wpatrywałam się w drobną postać, która zdawała się wtedy jeszcze mniejsza. Blada, chuda... Wyglądała jak dziecko, którym zapewne była. Jej niewinne szaro-niebieskie oczy ukryte były za zasłoną włosów tak jasnych, że prawie białych. Zebrani milczeli, a Pan Piekieł wpatrywał się w nią, jakby właśnie ujrzał starego znajomego i nie był z tego powodu zbyt rad. Dziewczyna ze wszelkich sił starała się umknąć jego wzroku.

       Poczułam, że ktoś szarpie mnie za ramię. Z wyrzutem spojrzałam na Marcellego. Co to, to nie! Wiedziałam, że zostanę tam, a on nie miał prawa mi tego zakazać. Mój Przewodnik pokręcił jedynie głową i odpuścił. Zdziwiło mnie to, ale postanowiłam skorzystać z sytuacji i wróciłam do obserwacji.

       Dalej panowała grobowa cisza, jakby każdy bał się ją przerwać. W końcu uczynił to Władca Ciemności.

- Witaj, Mary Alice - zaczął spokojnym głosem. - Dawno się nie widzieliśmy... Ile to? Trzysta lat?

- Czterysta - poprawiła go cicho.

- Naprawdę? - ze zdziwieniem uniósł brwi. - Jak ten czas leci... Już straciłem rachubę.

- Nie dziwię się - uśmiechnęła się słabo. - Cztery wieki to dużo, a ty pewnie miałeś ważniejsze rzeczy na głowie niż rozmyślanie o byłych przyjaciołach.

- Zgadłaś.

         Choć ich relacje nie były takie jak dawniej, to te słowa mimo wszystko musiały ją bardzo zranić. Nie byłam pewna, czy było to celowe, ale i tak to okrutne. Czegoś takiego nie chciałoby się usłyszeć od wroga, a co dopiero od kogoś, kto kiedyś był ci bliski. Bardziej lub mniej, ale bliski.

- I ty byłeś aniołem?! - prychnęła zgorszona, a jej ledwo co odzykany humor prysnął jak mydlana bańka.

- A ty nadal jesteś i co z tego?

           Anioł?! Taki z nieba, który pilnuje ludzi, dba, aby nie byli źli?

- To, że ja jestem dobra, a ty nie - zaczęła. - To, że mnie podaje się jako przykład do naśladowania, a tobą straszy się niegrzeczne dzieci. To, że...

- Dosyć! - krzyknął wściekły blondyn, a jego szafirowe oczy pociemniały. - Zabrać ją skąd -  rozkazał i wyszedł z pomieszczenia głośno trzaskając drzwiami.

         Chwilę nikt nic nie mówił, ale w końcu dwaj strażnicy podeszli powoli do więźnia i wyprowadzili ją. Rispie również opuścił pomieszczenie pod pretekstem dopilnowania, żeby Mary Alice trafiła do odpowiedniej celi. Został tylko Raziel.

- Miło z twojej strony, że przedstawiłeś jej z grubsza moją sylwetkę, braciszku - Marcello znikąd pojawił się obok chłopaka.

         Odruchowo rozejrzałam się po małym pokoiku, w którym się znajdowałam. Sama. Nawet nie zauważyłam, kiedy zniknął. Jakby wyparował... Raziel jednak nie wydawał się tym zaskoczony. Najwidoczniej już do tego przywykł.

- Skąd wiedziałem, że będziesz podsłuchiwał?

- Po prostu mnie znasz - wyszczerzył białe jak śnieg zęby.

- Twoja podopieczna - ta wkurzająca małolata - też tu jest?

         Wkurzająca małolata?! Wypraszam sobie! Co on sobie myślał?! Byłam tak oburzona, że ze złości kopnęłam w ścianę przede mną, co spowodowało jedynie dużo hałasu i ból. Usłyszałam ich niezbyt miły śmiech.

- Tak... Chyba będę musiał po nią pójść, bo w końcu coś zniszczy - odparł, po czym zwrócił się do mnie. - Nic ci się nie stało, skarbie? - spytał z udawaną troską.

- Uważaj, żeby ci się nic nie stało - wysyczałam.

- Jaka bezczelna - zauważył Raziel. - Będzie z niej dobra Upadła Anielica.

            Nie byłam zbyt wdzięczna za taki komplement. Chciałam tylko jak najszybciej się stamtąd wydostać i udać się do swojego pokoju. Nie miałam najmniejszej ochoty przebywać, z którymś z tego przerażającego rodzeństwa ani sekundy dłużej. Czy jedynie Clementina była choć trochę normalna?!

- Zabierz mnie skąd - zażądałam. Mój głos zabrzmiał jak zduszony szloch.

- Niby czemu, kochanie? - Marcello spojrzał na mnie z wyższością.

- Zrób to, o co prosi, bo zaraz się jeszcze popłacze - kpił jego brat.

- Zgoda - westchnął. - Zaraz będę z powrotem.

                                                                          ***

           Jego czarne oczy błyszczały w przytłumionym świetle korytarza. Wędrowaliśmy już jakiś czas, a on nie odezwał się nawet słowem. To nie była to ta sama droga co przedtem.

- Gdzie idziemy? - nie wytrzymałam.

- Dama musi być cierpliwa, słońce - powiedział. - Ale ty też możesz spróbować.

           Prychnęłam zszokowana. Jeszcze jedna taka odzywka, a dostałby w twarz. W sumie to od każdej innej dziewczyny już dawno by dostał.

           Nagle zatrzymał się przed małymi prostokątnymi drzwiczkami. Powoli zaczął je otwierać, a ja poczułam zimne powietrze wdzierające się do środka. Gestem ręki nakazał mi przez nie wyjść. Po chwili zastanowienia zrobiłam to. Znalazłam się na dachu. Odwróciłam się w jego kierunku i spojrzałam na niego zdziwiona.

- Skąd już chyba trafisz do swojej sypialni - uśmiechnął się wrednie i zatrzasnął wrota.

          Na początku próbowałam je otworzyć, ale moje starania były płonne. Zamknął je na klucz. Z resztą i tak bym się tam jedynie zgubiła. Z westchnieniem wykształciłam krucze skrzydła i zleciałam na sam dół, a stamtąd ruszyłam prosto do pokoju. Nie raczyłam nawet odpowiedzieć na pytanie Jacka, którego spotkałam w holu.

          Gdy wreszcie dotarłam na miejsce, rzuciłam się na łóżko i natychmiast zasnęłam.


                                                     ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~


W końcu dodaję notkę! :D Nawet nie wiecie jak za tym tęskniłam. Od dzisiaj rozdziały znów będą codziennie. :) Co prawda na blogu pojawiać będą się wieczorem, ale wcześniej się nie wyrobię... Mam nadzieję, że nie przeszkadza Wam to za bardzo. Pozdrawiam, Alexandra.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz