wtorek, 21 kwietnia 2015

Rozdział 39

        Szybko rozwarłam powieki, ale natychmiast tego pożałowałam, gdyż oślepiająco jasne światło dzienne zaraz zrobiło swoje. Po chwili powtórzyłam próbę, ale tym razem powoli. Okropnie bolała mnie głowa. Dopiero wtedy zauważyłam, że jestem przywiązana grubym sznurem do jakieś drzewa, a obok mnie siedzi rodzeństwo Santangelo. Raziel był nadal nieprzytomny, a wąska już smużka krwi spyływała szkarłatnym zygzakiem po bladym jak papier policzku i zatrzymywała się na przesiąkniętej już od niej koszuli. W okolicy skroni miał paskudną ranę i to zapewne ona była przyczyną jego stanu. Marcello natomiast miał atramentowoczarne oczy szeroko otwarte i wpatrywał się niewidzącym wzrokiem w przestrzeń. Wydawało się, że obserwuje bacznie okolicę, ale tak naprawdę nie dostrzegał nikogo i niczego.

- O! - zawołał postawny mężczyzna, ten sam, który wcześniej nazwał mnie zadziorną fiołkowooką. - Dwoje już się obudziło. Jak się czujecie? - kpił.

         Mój Przedwodnik milczał i nie zwrócił najmniejszej uwagi na nowoprzybyłego, a ja nie czułam się upoważniona do udzielania jakichkolwiek odpowiedzi, więc uczyniłam to samo co on. Podszedł do nas jakiś młody chłopak o kasztanowych, delikatnie rudych włosach i kucnął naprzeciwko nas.

- Chyba nie jesteście skorzy do rozmów, więc ja zacznę - oznajmił. - Nazywam się Xavier, a wy?

- Lucia - szepnęłam mimowolnie.

- Piękne imię - uśmiechnął się. - A twoi koledzy to...?

           Spojrzałam pytająco na postać obok. Nie potwierdził, ale też nie zaprzeczył, więc uznałam, że mi wolno.

- Marcello i Raziel - mruknęłam i dodałam. - Co my wam takiego zrobiliśmy, że nas tak traktujecie?

           Wyraz twarzy Xaviera zmienił się. Była to mieszanka wstydu i złości na samego siebie, jakby nie zgadzał się z tym, jaki sprawa przybrała obrót. Możliwe, że rzeczywiście tak było... Wstał i odwrócił się do mnie tyłem.

- Muszę już iść - rzucił przez ramię i ruszył w kierunku namiotu rozbitego na środku sporej polany.

           Raziel jęknął cicho. Miałam nadzieję, że się za niedługo obudzi. Był najstarszy i to na niego najbardziej liczyłam, że wymyśli jakiś sposób na wydostanie się z opresji, ale nieprzytomny nic nie zdziała... Mój nauczyciel prychnął. Nie wiedziałam o co mu chodzi, lecz wtedy dostrzegłam kilka osób zmierzających w naszym kierunku. Ich dowodzący, jakaś ciemnowłosa kobieta o surowych rysach i paru innych. Nie byli raczej przyjazno nastawiani... Wyglądali na rozgniewanych.

- Nie wolno wam było tu przychodzić, sługusy Lucyfera... - zaczęła dziewczyna, ale Marcello jej przerwał.

- Nie żebym się czepiał, ale my przylecieliśmy... - zaznaczył ostatnie słowo.

            Akurat wtedy musiał odzyskać mowę?!

- Milcz - syknęła.

- Nie sądzę, abym zastosował się do twoich rozkazów - jego oczy znów błyszczały szaleńczo.

- Myślałam, że to tego drugiego mocniej uderzyli w głowę...

            Jego nastrój natychmiastowo uległ drastycznej zmianie. W tym feralnym momencie, wręcz kipiał ze złości.

- Zostaw mojego brata w spokoju - wycedził przez zaciśniętę z wściekłości zęby.

- Braciszek, tak? - zrobiła zatroskaną minę. - Bardzo mi przykro, że spotkało go coś złego...

            Nie dokończyła, gdyż silna dłoń Marcellego niespodziewanie zacisnęła się na jej chudej szyi tak mocno, że aż mu pobielały knykcie. Jej twarz momentalnie stała się czerwona jak burak. Jej towarzysze patrzyli się na to z rozwartymi ze zdziwienia ustami. Nikt nie wiedział, kiedy mój Przewodnik zdążył oswobodzić rękę. Dopiero po chwili udało im się otrząsnąć z szoku i pomóc koleżance. Kobieta z trudem łapała powietrze i z lekkim przestrachem wpatrywała się w swojego niedoszłego zabójcę.

- To dopiero początek - uśmiechnął się przerażająco, a oni, jakby w obawie przed tym do czego może być jeszcze zdolny, po raz kolejny pozbawili go przytomności.

- Obyś zdechł, psie Lucyfera! - krzyknęła roztrzęsiona jeszcze brunetka i szybko się stąd oddaliła, a jej koledzy wkrótce uczynili to samo.

- Obyś zdechł, psie Lucyfera... - cicho powtórzyłam jej pełne pogardy słowa.

            Długo się nad nimi zastanawiałam, ale nadal ich nie pojmowałam. Jak można tak mówić do swojego pobratymca?! To nieludzkie... Nagle zrozumiałam coś przerażającego. Przecież ona już nie była człowiekiem...

           Tak samo jak ja.


                                                          ~~~~~~~~~~~~~~~~~~


Bardzo przepraszam, że nie dotrzymałam obietnicy, ale szkoła zabiera mi naprawdę dużo czasu. Mam nadzieję, że nie jesteście źli. ;) Jutro na 99% będzie notka. :)
Pozdrawiam, Alexandra.

2 komentarze:

  1. Hej, hej, hej! To znów ja, przepraszam, że nie czytałam, ale wyjechałam i trochę się zapomniałam :c Co do rozdziału: super. Najbardziej mi się podobał tekst "Braciszek, tak? - zrobiła zatroskaną minę. - Bardzo mi przykro, że spotkało go coś złego..." xD Normalnie padłam, kocham Marcellego (wiem, jestem bardzo oryginalna :v)

    Pzdr,
    Darkblood

    Ps. Przyzwyczaj się do tego konta, nawet nie mogę wybrać czegokolwiek do zmiany ;-;

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło, że Ci się podoba. :)
      Ja też uwielbiam Marcellego, no bo jak go nie kochać? ;)
      Pozdrawiam, Alexandra.

      Usuń