środa, 8 kwietnia 2015

Rozdział 37

        Było po ósmej i wreszcie mogłam spokojnie wyjść z pokoju, bo wszyscy już wstali. Pod makijażem próbowałam ukryć skutki zarwanej nocy, ale moje wysiłki okazały się płonne, gdyż wyglądałam dokładnie tak samo źle jak wcześniej. Miałam tylko nadzieję, że nikt nie będzie chciał wiedzieć, co robiłam w czasie, gdy nie spałam...

        Cały ranek unikałam spotkania z kimkolwiek. Udawało mi się to, ale kilka razy w ostatniej chwili chowałam się w cień lub wciskałam się w lukę między meblem a ścianą. Najbardziej bałam się, że Lucyfer dowiedział się o tym, że podsłuchiwałam go albo, że ktoś zobaczył jak wychodziłam z celi Mary Alice. Właśnie wyglądałam ostrożnie za róg, gdy ktoś chwycił mnie za ramię. Odskoczyłam jak opatrzona i pisnęłam ze strachu.

- Wybacz, nie chciałem cię przestraszyć - Mefisto uśmiechnął się przepraszająco.

- Ci się nie stało - mruknęłam zawstydzona swoją reakcją. - Co tu robisz?

- To, że zwykle się tu nie pojawiam za widoku, nie oznacza, że mi tego nie wolno - zaśmiał się.

- No tak... - po raz kolejny oblałam się szkarłatem. Zaburczało mi w brzuchu.

- Może pójdziemy coś zjeść? - zaproponował.

- Bardzo chętnie - zgodziłam się.

         W tymczasowej jadalni już prawie nikogo nie było - jedynie służba kręciła się tu i ówdzie. Szybkim ruchem ręki zabrałam ze stołu jakiś owoc i wgryzłam się w niego. Po chwili poczułam jak słodki sok zbiera mi się w ustach. Nie obchodziło mnie co to, ważne, że było smaczne. Naprawdę zgłodniałam...

- Kogo ja widzę, skarbie? - wszędzie rozpoznam jego głos. - Postanowiłaś wyjść ze swojej kryjówki?

- Dzięki za zostawienie mnie samej na dachu - zignorowałam jego wcześniejszą wypowiedź.

- Nie ma za co - w jego atramentowych oczach dostrzegłam iskierki rozbawienia. - Przedstawisz mi swojego kolegę?

          Westchnęłam.

- Marcello to jest Mefisto. Mefisto to jest Marcello.

- Przecież wiem, słońce - odparł mój Przewodnik. - Po co mi to mówisz?

          Szmaragdowooki dziwnie na niego spoglądał. Widać, że nie zna jeszcze dobrze Marcello... Dopiero wtedy dostrzegłam, że włosy mojego nowego znajomego wydawały się ciemniejsze niż wczoraj. Może to była tylko zasługa oświetlenia? Nie byłam pewna.

- Jutro trening - poinformował mnie mój nauczyciel. - Skoro świt - dodał ze słabo ukrywaną satysfakcją.

- Przecież widzisz, że ledwo trzyma się ze zmęczenia na nogach, więc jak ma robić cokolwiek w takim stanie? - oburzył się szatyn.

- Nie mam pojęcia, ale to już nie mój problem - zlekceważył to.

- A właśnie, że twój! - bronił mnie. - To twoja podopieczna i jesteś za nią odpowiedzialny.

- On nie jest odpowiedzialny nawet za siebie... - zauważyłam.

- Więc jakim cudem ma ucznia?! - Mefisto zupełnie tego nie pojmował.

- Błąd w papierach - przyznał Marcello z rozbrajającą szczerością i wyszedł zadowolony z  pomieszczenia.

            Mój towarzysz pokręcił głową. Było mi miło, że stanął po mojej stronie, ale na niektórych nie ma rady i tyle. Trzeba się z tym pogodzić, a on zapewne za niedługo to zrobi.  Ruszył powoli w kierunku drzwi i zatrzymał się przy nich. Chwilę milczał, aż wreszcie odezwał się.

- Do zobaczenia wkrótce - opuścił pokój. Już drugi raz tego dnia ktoś tak do mnie powiedział...

- Tak - wyszeptałam, chociaż i tak nikt mnie już nie słyszał.


                                                      ~~~~~~~~~~~~~~~~~


Dzisiaj notka trochę szybciej niż zwykle. :) Nie ma to jak odrobić część zadań domowych w szkole, prawda? :D Pozdrawiam, Alexandra.

           

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz