Z dziką furią w fiołkowych oczach wpatrywałam się w Marcello, który stał sobie, jak gdyby nic i mierzył nas kpiącym wzrokiem. Zapragnęłam zetrzeć mu ten arogancki uśmieszek z twarzy raz na zawsze. Spojrzałam na mojego towarzysza. Mefisto także wyglądał jakby zaraz miał się rzucić na mojego Przewodnika. Wiedziałam jednak, że na pewno tak nie zrobi. To nie było w jego stylu. Wziął kilka głębokich oddechów i zapytał spokojnym już głosem.
- Czy coś się stało, że niepokoisz nas o tej porze?
- Lucek wzywa - odparł i nagle stracił całe zainteresowanie rozmówcą. Najwyraźniej znudziła mu się już ta konwersacja.
Mefisto rzucił mi pytające spojrzenie. Wzruszyłam ramionami.
- Idziecie, czy będziemy tu stali cały dzień? - zwrócił głowę ku czerwonego słońcu chowającemu się za widnokręgiem. - A raczej koniec dnia - poprawił.
Prychnęłam z irytacją.
- Ty... - zaczęłam, ale zielonooki powstrzymał mnie ruchem ręki.
- Nie tęp języka, Lucio. Na takich jak on nie warto.
- Oj, jakże mi przykro to słyszeć - udał smutek, lecz zaraz roześmiał się prześmiewczo.
- Chodźmy już, bo Lucyfer się wścieknie - westchnęłam zrezygnowana.
- Wreszcie mówisz coś z sensem, skarbie!- rozpromienił się Marcello. - A teraz szybko.
Chwyciłam bruneta za rękę i pociągnęłam w stronę mojego nauczyciela. Zobaczyłam, że Mefisto kręci głową.
- Przecież nic mu nie mogę zrobić - wyjaśniłam, chociaż nikt mi nie kazał.
***
Byliśmy już w holu, gdy Mefisto zatrzymał się gwałtownie.
- A tak właściwie to czego chce od nas Lucyfer? - zapytał.
- A skąd mam wiedzieć? - Marcello spojrzał na niego jak na idiotę. - Może mam ci to wyczytać z fusów od herbaty, co?
Rozchyliłam usta ze zdziwienia.
- Czyli ciągniesz nas aż tu, a nawet nie masz pojęcia w jakim celu?!
- Oczywiście, słońce - otworzył drzwi do jadalni. - Bo niby czemu nie?
W pomieszczeniu znajdowało się zaledwie kilka osób... Czyli to nie wiadomość dla każdego. Nagle ogarnęło mnie przeczucie, że jestem tu tylko dlatego, że byłam z Mefisto. Gdybym to popołudnie spędziła z Kimiko i Lucą, zapewne nawet by on mnie nie pomyślano...
Omiotłam wzrokiem salę. Rispie dyskutował o czymś zażarcie z Agnes, a Marcello odsunął krzesło od stołu i zaczął się na nim bujać. Nie przeszkadzało mu to jednak w zabawie sztyletem. Pana Piekieł jeszcze nie było. Przysunęłam się bliżej Mefisto, czułam się nieswojo.
Nagle wrota otworzyły się, a do pokoju wszedł Lucyfer i Raziel. Miny mieli nietęgie, dlatego mój niepokój stał się jeszcze większy.
- Wprowadzić więźnia - rozkazał blondyn.
Dwóch postawnych strażników wkroczyło do środka, ciągnąc za sobą Anioła, jakby był workiem ziemniaków, a nie żywą istotą. Zostawili ją w centrum jadalni, a zrobili to z takim obrzydzeniem, jakby była kimś gorszym. Owszem, to Anioł, nasz wróg, ale to my byliśmy potępieni, nie ona.
- Wstań.
Dziewczyna posłusznie wykonała polecenie. Wciągnęłam powietrze z głośnym świstem. Mary Alice wyglądała okropnie. Była bardzo wymizerniała. Już z daleko widziałam, że straszliwie schudła. Jej śliczną twarzyczkę pokrywały liczne rozcięcia i siniaki, dawne rumieńce zniknęły, a jasne oczy straciły blask. Wydawała się cieniem starej siebie.
Łzy zapiekły mnie pod powiekami. To moja wina. Wiedziałam, że straże jakimś cudem odkryły, że ktoś ją odwiedził, ale nie mieli pojęcia, że to ja. Nie zostałam, więc ukarana, ale ona najwidoczniej tak. Nie miałam żadnych wieści o niej aż do dzisiaj... I może wolałabym dalej żyć w tej błogiej nieświadomości i nadziei, że nie skrzywdzą dziecka... Ale to zrobili.
- A teraz powtórz to, co powiedziałaś mi wcześniej.
Nastąpił moment ciszy, który przerwał w końcu czyjś słaby głosik.
- Macie wśród was zdrajcę - zaczęła. - Nie wszystko jest takie, jakim się wydaje, ale wy musicie już wiedzieć, jak to rozróżnić.
- I tyle? - Rispie odezwał się. - Nic innego nie powiedziała?
- Nawet najpiękniejsza róża ma kolce, pamiętajcie o tym... - zamilkła.
- Nie mówi nic więcej od kilku dni - westchnął ciężko Lucyfer. - Ciągle tylko powtarza o tej róży, cokolwiek by znaczyło.
- Tylko dlatego nas wezwałeś? - spytała naiwnie Agnes.
- Nie - uniósł głowę pierwszy raz odkąd tu przyszedł. W szafirowych oczach krył się lód. - Anioły wypowiedziały nam wojnę.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Przepraszam za tak długą nieobecność, ale nie było mnie w Polsce przez jakiś czas, ale już jestem i znów zabieram się za pisanie pełną parą. :)
Rozdział może wydać się trochę nudny i krótki, ale jak już wiadomo jest tylko wstępem do czegoś dużo ciekawszego. :D
Dziękuję bardzo wszystkim, którzy wytrwali ze mną i jeszcze to czytają. :) Nie wiem, co bym bez was zrobiła.
Pozdrawiam i zapraszam do wzięcia udziału w nowej ankiecie, Alexandra.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz