Do twierdzy dotarliśmy w przeciągu kilku minut. W korytarzach panował ogromny harmider, każdy chciał dowiedzieć się czegokolwiek na temat szpiega. Ci, którzy ponoć widzieli, opisywali go jako postawnego mężczyznę udającego strażnika, był w takim też stroju. Plotki mnożyły się w zastraszającym tempie. Wątpiłam, czy w ogóle miały w sobie, choć ziarnko prawdy.
Mimo tego, że w przesłuchaniu nie wolno było uczestniczyć nikomu, oprócz Lucyfera, Rispiego, Raziela, Clementiny, która nie przyszła i oczywiście samego więźnia, to Marcello i tak znalazł sposób, aby brać w nim udział, a ja razem z nim. Mianowicie - ten chłopak znał więcej tajemnych przejść i pomieszczeń niż sami projektanci tego budynku. Nie miałam pojęcia jak, gdyż z tego co wiedziałam, nie przebywał tu za często.
Z naszej kryjówki mieliśmy idealny podgląd na całą sytuację. Konfidenta jeszcze nie wprowadzono, ale oczekiwanie nie trwało długo. Po niecałym kwadransie dwóch wartowników zaciągnęło chudą, jakby wymizerniałą postać na środek pokoju, a potem brutalnie posadziło ją na dębowym, lekko przypalonym krześle. Odziany był w coś, co przypominało asasyńskie szaty, a szczupłą, bladą twarz skrywał szeroki pas materiału tak samo obsydianowoczarnego jak reszta ubioru. Nie odznaczał się zbyt szczególnie wysokim wzrostem ani wielką posturą - zwyczajny kilkunastolatek.
- Jak się nazywasz? - spytał Pan Piekieł głosem zimnym jak lód.
Odpowiedziała mu cisza.
- Jak się nazywasz? - ponowił pytanie.
Głuche milczenie znów zapanowało w jadalni.
- Wiesz z kim masz do czynienia? - blondyn zachował zimną krew.
Nadal nic.
- Odcięto ci język, bezczelny szpiclu?! - Rispie postanowił się wtrącić. Wydać się mogło, że jego rysy były jeszcze ostrzejsze, niż zwykle.
Żywiłam cichą nadzieję, że wkrótce coś się wydarzy, bo przebywanie we dwójkę w klitce tak małej, że nawet jedna osoba miałaby tam bardzo ograniczoną swobodę ruchów, nie należało do rzeczy najprzyjemniejszych. Marcello w ogóle to nie zwracał na to uwagi, gdyż wpatrywał się w szpiega od dłuższego czasu, jakby w ten sposób mógł przeniknąć wzrokiem przez czarną jak węgiel tkaninę i ujrzeć jego prawdziwe oblicze.
- Mam dla ciebie radę - zaczął Raziel spokojnym i miłym tonem. Cały czas stał do zebranych tyłem, ale ja dobrze widziałam jego buzię. - Wyjaw wszystko teraz, bo im dłużej zwlekasz, tym bardziej będziesz potem cierpieć. A wtedy nie obronię cię ani ja, ani nikt inny - ciągle się uśmiechał, ale był to uśmiech, który nie wróżył niczego dobrego. - Ale teraz mogę, chociaż spróbować.
Tajemnicza postać prychnęła. Widać wypowiedź Upadłego Anioła nie wywarła na niej porządanego efektu. Spojrzałam na mojego towarzysza. Przez chwilę był nieobecny i marszył z zastanowieniem czoło. Nagle otwarł szeroko atramentowe oczy, jakby doznał olśniania. Zaśmiał się cicho pod nosem.
- Naprawdę nas nie doceniasz - Raziel odwrócił się do więźnia przodem, a ten z sykiem wciągnął powietrze. "Przyozdobione" trzema bliznami lico chłopaka mogło przerazić nawet dorosłego mężczyznę. - O co chodzi? - spytał, choć dobrze wiedział. - Ach! O to - dotknął dłonią szram. - To zasługa mojego kochanego braciszka. Zapewne za niedługo go poznasz, gdyż jest bardzo wścibski. Przemiły jegomość - ironia była bardziej, niż dostrzegalna.
Przez twarz Marcello przemknął cień zadowolenia, jakby był dumny ze swojej niezbyt pochlebnej opinii. Pokręciłam głową i bezgłośnie westchęłam.
- Więc - zaczął Książę Ciemności. - Może teraz się przedstawisz?
Konfident pokręcił jedynie przecząco głową.
- Rispie - Lucyfer przywołał go gestem ręki.
- Yhm - mruknął, ale natychmiast odżył, słysząc polecenie.
- Zdejmij mu maskę - rozkazał.
- Ja sobie życzysz - odparł z widoczną satysfakcją.
Źrenice szpiega rozszerzyły gwałtownie, gdy mój brat pozbawił go jedynej rzeczy, która pozwalała mu ukryć swą tożsamość. W sali zapanowało milczenie, gdyż okazało się, że zagrożeniem dla nich była... Drobna, młoda dziewczyna.
~~~~~~~~~~~~~~~~~
Przepraszam, że nie było nowych rozdziałów, ale nie miałam, kiedy się za to wziąć. :) Pozdrawiam, Alexandra.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz