piątek, 13 marca 2015

Rozdział 27

       Po kilku minutach otoczyła nas spora grupka Upadłych Aniołów. Przekrzykiwali się wzajemnie, każdy chciał dowiedzieć się czegoś o całym zajściu. Tylko Rispie czekał spokojnie, a to jak na niego było niezwykłe. Ja stałam skamieniała, nie słyszałam ich pytań ani nie czułam ich szturchnięć, Pan Piekieł próbował wszystkich uciszyć, a Marcello pustym wzrokiem wpatrywał się w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą znajdowało się jego
rodzeństwo. Nie zwracał uwagi na krew brata, która poplamiła mu koszulę ani na to, że jego ukochany sztylet leżał w trawie. W końcu postanowiłam do niego podejść.

- Hej - zaczęłam. - Jak... Jak się czujesz?

- Mogłem zabić Raziela - stał do mnie tyłem. - Prawie zabiłem Raziela, skarbie.

- Nie martw się - próbowałam go pocieszyć. Zrobiło mi się go szkoda.

- Ja się tylko smucę - położyłam mu dłoń na ramieniu. - Smucę się, że tego nie uczyniłem, słońce.

        Szybko zabrałam rękę. Jak mógł tak powiedzieć?! Przecież to jego rodzina... Chłopak powoli odwrócił się w moją stronę. Na jego twarzy gościł przerażający uśmiech, a szaleńczy błysk w jego czarnych jak smoła oczach nie zniknął. Zachowywał się tysiąc razy gorzej niż zwykle.

- Rozwiń to coś dzięki czemu fruwasz - wpatrywałam się w niego ze zdziwieniem. - Jestem twoim nauczycielem i teraz jest lekcja, złotko.

- Nie rozumiem cię...

- Zrób co ci kazałem! - jego głos odbijał się echem po dolinie. Twarze zebranych skierowane były w naszą stronę. Rispie próbował się do nas dopchać.

         Mój Przewodnik natychmiast zauważył potencjalne zagrożenie i błyskawicznie wykształcił krucze skrzydła. Mimo, że widziałam to już już wiele razy, nadal mnie to zachwycało. Chłopak rzucił mi ostatnie pełne litości oraz gniewu spojrzenie i wzbił się nad ziemię.

- Ani mi się waż! - krzyknął Krispin.

- Bo co mi zrobisz?

- Mogę cię naprawdę skrzywdzić i chętnie bym to zrobił, ale nie muszę - powiedział i pochylił się, żeby podnieść coś z ziemi. - I tak bez tego nie odlecisz.

          Mroczny Anioł trzymał... Jego sztylet. Źrenice Marcellego mocno się rozszerzyły. Był wściekły. Na niego, bo miał rzecz, która należała do niego i na siebie, ponieważ na śmierć zapomniał o tym, że nóż cały czas spokojnie leżał sobie w trawie i każdy mógł go zabrać. Rispie obejrzał ostrze ze wszystkich stron i skrzywił się z niesmakiem. Jemu też nie odpowiadała czerwona ciesz na nim się znajdująca, która na pewno nie była farbą. Dziwnie się jej przyglądał.

- Czyja to krew? - odpowiedziała mu cisza. - Czyja?!

- Pewnego osobnika płci męskiej.

- Dokładniej?!

- Wroga - powiedział głosem pozbawionym jakichkolwiek emocji. - Tylko tyle musisz wiedzieć.

- Mówi prawdę - westchnął ciężko Pan Piekieł.

            Aż mnie zatkało. Dlaczego nie powiedział wszystkiego?! Czemu zataił najważniejsze fakty?! I po co mój drugi Przewodnik pytał się o krew Raziela? Tyle pytań... Marcellemu najwyraźniej też nie pasowała panująca tu atmosfera. Chłopak uczynił coś, czego nigdy bym się po nim nie spodziewała. Machnął lekceważąco ręką i odleciał. Zostawił sztylet! Rispie z tępą miną wpatrywał się w przedmiot, który ciążył na jego dłoni. On też nawet przez chwilę o czymś takim nie pomyślał. Po kilku sekundach wahania włożył nożyk do kieszeni skórzanej kurtki i podszedł do Księcia Ciemności. Jak oni bardzo się różnili... Niepozorny, jakby skulony blondynek z bólem istnienia w szmaragdowych oczach i silnie zbudowany dwudziestolatek o orlich rysach twarzy i atramentowych włosach. W pewnym momencie wymienili porozumiewawcze spojrzenia. Lucyfer skinął głową.

- Wracamy do fortecy - zarządził i wraz z moim bratem odeszli, a za nimi ruszyła reszta. Ja też. Brakowało jedynie Marcellego.


                                                           ~~~~~~~~~~~~~~~~


Wiem, że krótko, ale dzisiaj mózg odmawiał mi posłuszeństwa i nie umiałam napisać nic więcej. :) Pozdrawiam, Alexandra.


 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz