poniedziałek, 9 marca 2015

Rozdział 24

       Wędrowaliśmy już kilka godzin, ale ani razu się nie zatrzymaliśmy na dłużej niż pięć minut. Marcello cały czas mnie pośpieszał, bo uważał, że wciąż jesteśmy zbyt blisko i z łatwością nas znajdą. Nogi bolały mnie niemiłosiernie, ale go to nie obchodziło. Jedyne co ze sobą wzięłam, to butelka z wodą pitną, cieplejsza kurtka i... Czarny dziennik należący do Pana Piekieł. Mojego Przewodnika zadowolił jego nóż, nie miał nic innego. Zaburczało mi w brzuchu.

- A co będziemy jeść? - kompletnie o tym zapomniałam.

- Upoluję coś - nawet nie zaszczycił mnie spojrzeniem. - Ty raczej się na tym nie znasz, skarbie? Prawda?

- Wybacz, że dotychczas kupowałam pokarm w sklepie, a nie w lesie - naburmuszyłam się.

- Jak zaczniesz skroić fochy, to przywiążę cię do drzewa i poczekam aż dzikie zwierzęta się z tobą rozprawią, kotku - odparł beztrosko. - Tu przenocujemy.

        Przed nami rozciągała się rozległa polana. Wygląda jak ta, na której byłam z Forneusem. Rzeczka, stary młyn... To ona. Od razu powróciły niemiłe wspomnienia. Czyjeś kroki, ucieczka, strach. Wtrząsnął mną dreszcz.

- To tutaj goniło nas to coś - wyszeptałam przerażona.

- A-ale jesteś nai-naiwna - chłopak bezskutecznie próbował powstrzymać głośny śmiech. Nie chciał hałasować, więc musiał aż przygryść skórzany rękaw długiego płaszcza, który zawsze na sobie nosił. - Przecież tym "stworem" byłem ja...

         Wpatrywałam się w niego szeroko rozwartymi, fiołkowymi oczyma. Dobrze pamiętam, że wcześniej temu zaprzeczył. Miał nawet dowody... Nienawidziłam tego, że był tak świetnym kłamcą.

- A to rozcięcie?

- Musiałem być w domu przed wami i przez to nie dbałem o środki bezpieczeństwa.

- Jakbyś kiedyś dbał...

        Nagle poczułam powiew zimnego powietrza tuż przy głowie, błysk metalu i dźwięk ostrza wbijającego się pień drzewa za mną. Usłyszałam sadystyczny rechot Marcellego. Jego perłowo białe zęby odcinały się od mroku nocy, gdy ukazywał je, szczerząc się przerażająco. Obsydianowe włosy opadały na jego twarz, zakrywając częściowo atramentowoczarne tęczówki. Ukazywał wtedy swoje prawdziwe oblicze - szaleńca, który nie zawaha się przed niczym. W takich momentach naprawdę się go bałam. Doktnęłam wierzchem dłoni policzka. Był dziwnie lepki. Krew.

- Zraniłeś mnie - wyszeptałam z niedowierzaniem.

- Wiem, słońce - jego oczy lśniły niebezpiecznie. - Dobrze to wiem...

- Ale czemu prawie nie boli? - przypomniałam sobie, że to należało do Łowcy Demonów.

- Ten fragment jest pokryty cienką warstwą wosku - tłumaczył. - Szytylet nadal jest ostry, ale nie cierpisz tak bardzo, gdy się zranisz, złotko.

- Ale dlaczego w ogóle we mnie rzuciłeś? - tak bardzo chciałam, żebym znów znalazła się w domu - z tatą i Marthą.

- Jest wiele powodów - powiedział i wyciągnął nóż z drzewa. - Teraz po prostu byłem ciekaw, czy się wystraszysz, kochanie.

        Cały czas się uśmiechając, ruszył w stronę walącego się budynku. Zachowując pewien odstęp, poszłam za nim. Wnętrze okazało się być w tak samo złym stanie jak na zewnątrz. Kiedyś biały tynk obchodził teraz ze ścian, kamienna podłoga pokryta była tak grubą warstwą kurzu, że można było pomylić ją z dywanem. Stare worki na mąkę walały się po kątach. Tylko gdzie nie gdzie dostrzegałam głębokie ślady stóp w eleganckich butach. W takich chodził Marcello...

- Zostań tu, skarbie - wyciągnął sztylet i skierował się do wyjścia. - Skombinuję coś na kolację.

        Nie było go już okropnie długo. To miejsce nie należało do najprzyjemniejszych w dzień, a co dopiero po ciemku i to samemu. Wycie wiatru przyprawiało mnie o dreszcze, wydawało mi się, że to błagania o pomoc zagubionych dusz błąkających się po okolicznych lasach. Bałam się, że dwie, mroczne postacie z mojego snu pojawią się niespodziewanie w drzwiach. Nagle zaskrzypiały zawiasy. Aż podskoczyłam. Na tle srebrzystej tarczy księżyca stał wysoki mężczyzna, który trzymał w ręce zakrwawione ciało zająca.

- Czemu tak długo cię nie było?

- Szukałem pożywienia, kotku.

- Nie jadam mięsa - oparłam ze wstrętem.

- Nie zawsze dostajemy,  to co chcemy, słońce - zabrał się za rozpalanie ognia. - Możesz iść spać głodna.

- Chyba tak uczynię.

         Jeszcze raz spojrzałam na zamordowane zwierzątko, odwróciłam się na drugi bok i zasnęłam.


                                                     ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~


Wiem, że krótko, ale ma jeszcze dzisiaj dużo pracy, więc tyle musi wystarczyć. :D Przeklęta szkoła... :) Pozdrawiam, Alexandra.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz