Od trzech dni trwały prace przy odbudowie jadalni. Przyjęto wersję, że to był zwyczajny pożar, ale ja wiedziałam swoje. Lucyfer przychodził tylko wtedy, gdy miał ochotę, ale i tak zachowywał się, jakby zaciągnięto go tu siłą. Marcello, co prawda uczestnił w tym od początku, lecz jak można było się spodziewać, jego "pomoc" polegała na wygłupianiu się. Skończyło się na tym, że pobrudził świeżo pomalowaną ścianę i dostał zakaz wchodzenia tam aż do odwołania. Okazało się, że najmniej zaangażowane w to przedsięwzięcie, były osoby, które zawiniły. Rispie również nie miał zamiaru nic robić w tym kierunku, a Raziel i Clementina znikali na całe dnie. Nie ufałam im... Pojawili się nagle i znikąd, a oni praktycznie od razu im zaufali. Nie wszyscy, ale większość.
Po kilku godzinach postanowiłam trochę odpocząć i przewietrzyć się. Szłam właśnie koło starego, ogromnego dębu. Gdy byłam młodsza, miałam może dziesięć lub jedenaście lat, uwielbiałam wspinać się po wysokich drzewach, które rosły w lasku za naszym domem. Kiedy chciałam uciec od wspomnień związanych z mamą lub Krispinem, wchodziłam coraz wyżej, jakby to w coś dawało. Chociaż, gdy byłam już na szczycie, adrenalina zwyciężyła i już nie myślałam o nich. Po chwili zastanowienia zaczęłam wdrapywać się na najniższe gałęzie, ale na nich nie poprzestałam. Byłam już prawie na samej górze, gdy usłyszałam czyjś śmiech. Wystraszyłam się i prawie spadłam, ale w ostatniej chwili chwyciłam się rękami konaru. Wiedziałam, że długo się tak nie utrzymam, więc pośpiesznie zaczęłam się podciągać.
- Zamierzasz rozpocząć karierę małpy cyrkowej, skarbie? - spytał, a ja już byłam bezpieczna i ciężko dyszałam.
- Co masz na ubraniu? - nie odpowiedziałam na zadane mi pytanie.
- To tylko białe pióro, słońce - odparł i otrzepał płaszcz. - Nie bój się, nic ci nie zrobi.
- Przecież wiem - zaczerwieniłam się. - Ale skąd ono się wzięło?
- Nie ma pojęcia - wzruszył ramionami. - To należy do Raziela.
Popatrzyłam na niego ze zdziwieniem.
- On nigdy nie pozwalał mi nawet dotykać swoich rzeczy, więc wykorzystałem okazję i mu ją wziąłem.
Uznałam, że lepiej nie drążyć tematu i usiadłam wygodniej. Marcellemu zachciało się poćwiczyć rzucanie ostrymi przedmiotami, a za cel wybrał gałąź, na której byłam. Na początku się tym nie przejęłam, bo myślałam, że ma tylko swój sztylet, lecz okazało się, że wziął z kuchni wszystkie noże. Wkrótce obszar wokół mnie wyglądał jak jeż. Ale wreszcie skończyła mu się broń.
- Może byś zeszła, złotko?
- Po co?
- Bo boli mnie już kark od tego, że ciągle muszę zadzierać głowę do góry.
- To tego nie rób i po prostu sobie stąd pójdź - zaproponowałam.
- Powiem to inaczej. Zrób co ci każę albo spowoduję, że stamtąd spadniesz.
Po chwili znalazłam się na dole. Byłam pewna, że był gotów spełnić swą groźbę, więc wolałam nie ryzykować. Nie miałam najmniejszej ochoty przebywać w jego towarzystwie, ale też nie chciałam wracać jeszcze do koszarów, do osób, które tam były. Wolnym krokiem ruszyłam na północ, choć szczerze, nigdy tam jeszcze nie byłam. Mój Przewodnik udał się za mną.
- Zaraz się zgubisz, kochanie - stwierdził.
- I tak nie zawrócę - burknęłam.
- Potem będziesz żałować... - ostrzegł.
- Zaryzykuję.
Nagle usłyszeliśmy, że ktoś nas woła po imieniu. Popatrzyliśmy w tamtym kierunku.
- Lucia! Marcello! - wołała Lisa i rozglądała się dookoła. W końcu nas zauważyła. - O! Tu jesteście!
- Co chcesz? - powiedział szorstko chłopak.
- Lucyfer kazał wam wracać - wytłumaczyła się.
- W jakim celu?
- Złapali szpiega.
Mój nauczyciel przez chwilę stał nieruchomo, ale nagle wykształcił skrzydła i poleciał do twierdzy. Poszłyśmy w jego ślady.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Przepraszam za wszelkie błędy, ale pisząc to, bardzo się śpieszyłam, bo jadę właśnie do rodziny na weekend i mam do dyspozycji jedynie tablet, a w każdej chwili może paść mi bateria. :) Pozdrawiam, Alexandra.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz