Reszta upłynęła spokojnie, bez żadnych niezapowiedzianych sytuacji. Być może było to spowodowane tym, że nie wyszłam z pokoju od czasu naszego powrotu. Drzwi miałam zamknięte na klucz, dodatkowo przesunęłam pod nie szafkę. Co jakiś czas ktoś przychodził sprawdzić, czy żyję. Jak nie Kimiko lub Agnès, to Forneus. Ja jednak nie byłam w nastroju na rozmowy, więc tylko pukałam w ścianę, dając im znak, że wszystko ze mną w porządku. Nie wiedziałam, dlaczego tak zareagowałam. Po prostu straciłam humor, przejmowałam się tym całym zajściem z rodzeństwem Marcellego... Nie miałam pojęcia.
Bez celu snułam się po sypialni. W końcu moje spojrzenie padło na kremową leżankę pod sporych rozmiarów oknem. Wolnym krokiem podeszłam do niej i z westchnieniem usiadłam. Oparłam głowę o szybę i zamknęłam oczy; wsłuchiwałam się w miarowe uderzenia kropli deszczu bębniących o stare dachówki. Wszystko było szare i ponure, ale mnie się to podobało. Wydawało mi się, że to tysiące łez aniołów, które płaczą nad naszym losem, jakby współczuły nam. Współczucie... Prychnęłam. Nie spotkałam się z nim odkąd tu byłam. Z rozmyślań wyrwało mnie ciche pukanie do drzwi. Milczałam, ale osoba będąca po przeciwnej stronie nie zniechęcała się.
- Lucia - powiedział ktoś. - Wiem, że tam jesteś.
Nie odpowiedziałam.
- Słuchaj! - po głosie rozpoznałam, że to Jack. - Natychmiast stamtąd wyjdź!
- Nie - odparłam ledwie dosłyszalnym szeptem.
- Rispie rozkazał ci przyjść na kolację. Bądź tam za piętnaście minut.
Krispin musiał czegoś chcieć, bo inaczej by po mnie nie wołał. Nie było innego wytłumaczenia, bo to na pewno nie braterska troska. Po łebkach zrobiłam delikatny makijaż i odsunęłam szafkę tarasującą wyjście z pomieszczenia. Nie miałam najmniejszej ochoty się stąd ruszać, ale przerażał mnie gniew mojego drugiego Przewodnika. Wiedziałam, że był zdolny do najgorszych rzeczy.
W jadalni znalazłam się punktualnie, ale nikogo jeszcze nie było. Zignorowałam głosy w mojej głowie, które krzyczały, żebym natychmiast stamtąd uciekała. Ten jeden raz nie posłuchałam swojej intuicji i prawie od razu poczułam tego dotkliwe skutki. Do sali jak burza wpadli Pan Piekieł i mój brat. Aż podskoczyłam krześle.
- Nie bój się - Książę Ciemności gestem dłoni nakazał mi spokój. - Jeszcze nie musisz...
- Co to ma znaczyć?! - mój głos wydał mi się wyższy niż zwykle.
- Mamy tylko kilka pytań - zaczął, ale Rispie mu przerwał.
- Już wcześniej znałaś tych całych... Jak oni się nazywali? A! Clementinę i Raziela - chłopak splunął na ziemię. - To hańba dla wszystkich Upadłych, żeby jeden z nich nosił imię Archanioła!
- Oczywiście, że nie! Widziałam ich pierwszy raz w życiu! - wykrzyczałam, ale on mi nie wierzył.
Błyskawicznie znalazł się przy mnie i już chciał wymierzyć cios... Nagle coś przeleciało między nami i głęboko wbiło się w drzwiczki kredensu stojącego kilka metrów dalej. Szytylet... Dopiero po chwili zobaczyłam, że Krispin trzyma się kurczowo za dłoń i okropnie klnie. Kilka szkarłatnych kropel krwi skapnęło na kamienną posadzkę. Usłyszałam czyjś nieprzyjemny, sadystyczny śmiech.
- Ta strona nie była pokryta woskiem, więc będzie cię bolało jak cholera - rechotał Marcello, który w tej chwili wynurzył się z cienia. - Nie jest mi z tego powodu przykro.
- Ty... - syknął.
- Znudziło cię już życie rodzinne i postanowiłeś wrócić? - zakpił blondyn.
- Nie - jego bezdennie atramentowe niczym noc oczy błyszczały niebezpieczne. - Chciałem was zwyczajnie pomęczyć i znów zniknąć - nie byłam pewna, czy żartuje. - Jak widać, trafiłem na idealny moment.
- Możemy się przekonać - szmaragdowe tęczówki Lucyfera zaczęły znieniać kolor. Lśniły teraz czystym fioletem i czernią; wyglądały jak dwa niezwykłe kamienie. W środku aż wrzał, ale na zewnątrz zachował swój stoicki spokój.
Wiedziałam, że zaraz zacznie się walka. Starałam się ze wszelkich sił ukryć w półmroku pokoju. W końcu zaczaiłam się za wysokim filarem i stamtąd postanowiłam to obejrzeć. Nagle kilka przedmiotów uniosło się i poleciało w stronę mojego Przewodnika. Chłopak zrobił unik, a rzeczy, które miały trafić w niego, zmieniły się w kule czarnych jak smoła płomieni. Jeszcze nigdy nie dane mi było oglądać pełni mocy Księcia Ciemności, chociaż to i tak była tylko namiastka jego możliwości... Mimo, że Pan Piekieł był o wiele poteżniejszy, to Marcello miał niewielką, ale zawsze jakąś, przewagę. Mianowicie - nie musiał zawracać sobie głowy żadnymi oporami moralnymi, bo po prostu ich nie miał. Nie zawaha się przed niczym...
Rispie nawet nie odważył się włączyć do pojedynku, ale nie ze strachu, lecz z obowiązku. To ich sprawa, a on nie ma prawa się wtrącać. Gdyby złamał zakaz... Czekałaby go okrutna kara.
Niespodziewanie płaszcz Marcellego zajął się ogniem. Ten szybko go zrzucił, ale i tak zdążył się trochę poparzyć, co wywołało wesołość na twarzy Lucyfera. To tylko zmotywowało go do działania. Wyszaprał nóż z drewna, wykształcił skrzydła i skoczył na przeciwnika. Ten prawie natychmiast go odepchnął, ale Upadły Anioł i tak go zranił. Ostrze rozcięło skórę tuż na okiem, przecinając przy okazji łuk brwiowy. Uraz, choć nie duży, krwawił tak bardzo, że praktycznie uniemożliwił widzenie lewemu oku. Książę Ciemności zaryczał ze wściekłości. Siłą woli rozhuśtał ogromny żyrandol z czarnych kamieni szlachetnych, który z okropnym łaskotem rozbił się o podłogę. Tysiące kryształków poleciało we wszystkie strony, wbijąc się we wszystko, co spotkały na swojej drodze. Kilka z nich utkwiło w nodze mojego Przewodnika. Nawet się nie zachwiał...
- Jestem do takiego bólu przyzwyczajony - wytłumaczył i zaśmiał się. - W ogóle jestem przyzwyczajony do bólu.
- Jeszcze będziesz mnie błagał o litość - warknął.
- Twoje niedoczekanie... Prędzej uznam, że czyjeś cierpienie jest złe niż to uczynię - a do tego nigdy nie dojdzie.
- Spłoniesz żywcem - wydał wyrok blondyn i ciemne płomienie błyskawicznie otoczyły kruczowłosego.
- Raziel mówił prawdę... - siedemnastolatek z pokręcił głową z dezaprobatą.
- W jakim sensie? - mężczyzna tylko na moment stracił czujność, ale jego przeciwnik natychmiast to wykorzystał.
Wzniósł się ponad ziemię i rzucił się na Pana Piekieł. Ten próbował zrobić unik, lecz było za późno. Chłopak z całą siłą uderzył w niego, wyciskając powietrze z jego płuc. Nie dał mu nawet chwili na złapanie oddechu, tylko zaatakował ponownie.
- W takim, że nie macie za grosz honoru! - w oczach Marcello było widać aż za dobrze, że szaleństwo zawładnęło nim do reszty, a zdrowego rozsądku już dawno nie posiadał.
- A ty niby go masz?! - splunął mu w twarz.
- Tego nie powiedziałem - odskoczył w bok w ostatniej chwili. Inaczej zostałby zgnieciony przez ciężką, dębową szafkę. - Straciłem go już bardzo dawno temu.
- Wtedy, kiedy zawariowałeś? - Lucyfer uwolnił się i wstał z ziemi.
- Dużo, dużo wcześniej... - zaczął, ale nie skończył.
Dopiero wtedy spostrzegłam, że całe pomieszczenie było doszczęnie spalone, a wszystkie rzeczy zniszczone. Po środku tego pogorzeliska stała znana mi już para z moich
snów.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Rozdział dłuższy niż zakładałam, ale to chyba dobrze. :D Wybaczcie, że wczoraj nie było notki, ale się nie wyrobiłam. :) Pozdrawiam, Alexandra.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz