Z perspektywy Lucyfera.
Dziewczęta opuściły nas pośpiesznie i zostawiły samych. Clementina zapewnie wiedziała, że nie był to najlepszy pomysł, ale i tak to zrobiła. Rozejrzałem się po pomieszczeniu. Po wspaniałych meblach i gobelinach zostały tylko zgliszcza. Lekko smucił mnie ten widok, gdyż po tylu latach tu spędzonych, przyzwyczaiłem się już do tego miejsca. Najgorsze jest to, że to ja przyczyniłem się do jego zniszczenia... Moje rozmyślania przerwał bezwstydnie Marcello.
- Czyli wszyscy zginiemy, tak? - spytał, jakby z nadzieją z czarnych oczach. - A będzie to bolesna, czy raczej długa śmierć? A może to i to?
- Nikt nie umrze - zapewniłem.
- Szkoda - westchnął.
Uważnie przyglądałem się atramentowowłosemu chłopakowi. Nigdy nie wiedziałem, czy tylko żartuje, czy naprawdę tego chce. Gdy tu przybył te kilka lat temu, nie zachowywał się tak jeszcze. Co prawda był trochę inny, ale wtedy uznałem to za szok. W końcu nie codziennie dowiadujemy się o istnieniu mistycznych stworzeń i o tym, że byliśmy jedną z nich. Jednak to nie przemijało, a wręcz nasilało się z każdym dniem...
- Jak ty tak możesz mówić?! - Raziel nie wytrzymał.
Gdy się dziwił, marszczył nos. Robił to tak samo jak Asmodeusz... Z sykiem wciągnąłem powietrze. Nie mogłem wtedy o nim wspominać. Nie widziałem go od wygnania i nawet nie wiedziałem, czy jeszcze żył. Miałem nadzieję, że nic mu nie było... Ale wtedy nie był na to czas, musiałem zająć się ważniejszymi sprawami od niego. Chociaż nie sądziłem, aby takie rzeczy naprawdę były.
- Nie oddam ci sztyletu! - nie słyszałem większości ich rozmowy. - To moja własność, braciszku! Moja! - wyraźnie zaznaczył ostatnie słowo.
Braciszku... Nagle coś sobie przypomniałem. Odwróciłem się w stronę Rispiego, który o dziwo nic nie mówił. W jednej chwili arogancki i samolubny dwudziestoletni mężczyzna zmienił się w niepewnego swojego losu chłopca. Normalnie by się nie bał, ale wtedy doskonale zdawał sobie sprawę, że nie byłem w nastroju, a on z chwilowo niesprawną ręką nie ma ze mną najmniejszych szans.
- Chyba masz nam coś do powiedzenia - mój głos był zimniejszy od stali. - Dlaczego nas okłamywałeś?!
- J-ja... - jąkał się, a cała jego pewność siebie dawno zniknęła.
- Niespodziewanie zapomniałeś, tak?! - krzynąłem.
- Wreszcie robi się ciekawie! - zawołał radośnie Marcello.
Podszedłem do niego, a on cofnął się o krok, przy okazji zrzucając jeden z ocalałych wazonów na podłogę, a ten rozbił się. Hałas był dość duży.
- Gadaj!
Nagle drzwi otworzyły się z hukiem. Stała w nich cała czerwona ze złości Clementina. Było to niezwykłe połączenie z jej białymi jak śnieg włosami i karminowymi oczami. Za nią dało się dostrzec Lucię siedzącą na sofie w korytarzu. Krucze loki zakrywały jej częściowo twarz i nadawały tej drobnej, bladej postaci jeszcze bardziej dziecinny wygląd. Wydawała się taka zagubiona, niewinna... I słaba. Nie pasowała na Upadłego Anioła. Chociaż to mogły być jedynie pozory.
- Mieliście omawiać taktykę obrony, a nie się kłócić! - dała upust swojej złości. - Jeżeli tak będziecie planować, to od razu się poddajcie!
Jej kazanie trwało prawie kwadrans, ale kiedy wyszła, zapanowała cisza jak makiem zasiał. Słychać było nawet brzęczenie muchy na drugim końcu pomieszczenia. Stan ten utrzymał się jeszcze kilka minut, ale i on musiał się kiedyś skończyć.
- Zbeształa cię moja siostra! - kpił w najlepsze Marcello. - Moja dziewiętnastoletnia siostrzyczka!
- Zamilcz w końcu - jęknąłem. - Czy ty naprawdę potrzebujesz cały czas mówić?!
- Tak - pokiwał głową i zaczął zmierzać do wyjścia z pomieszczenia. - I mam dla ciebie radę. Ciągle się złościsz i zamyślasz, a to bardzo przeszkadza w rządzeniu czymkolwiek, więc zapomnij o nim, bo i tak pewnie nie żyje.
Na początku nie rozumiałem o co mu chodzi, ale potem mnie olśniło. Przecież czytał mój dziennik i wiedział o Asmodeuszu...
- Odwołaj to! - wybuchnąłem i posłałem w jego stronę kulę ognia, ale on już był po drugiej stronie wrót.
- Nie odwołam tego, Lucusiu! - zawołał.
Byłem pewien, że coś mu zrobię. Z każdą chwilą irytował mnie coraz bardziej.
- O kim on mówił? - zaciekawił się Raziel, a Rispie wpartywał się wyczekująco.
- Nie wasz interes! - wrzasnąłem i wyszedłem bocznymi drzwiami. - Ani wasz ani nikogo innego - dodałem choć wiedziałem, że już i tak mnie nie słyszą.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Następna notka będzie już z perspektywy Luci, ale jeżeli chcecie co jakiś czas tego typu rzeczy, to napiszcie mi w komentarzach. Ważna jest dla mnie Wasza opinia. :)
Pozdrawiam, Alexandra.
Omfg, bta...
OdpowiedzUsuńTo jest TAKIE słodkie, że po prostu płaczę tęczą :,)
Perfekcyjnie go przedstawiłaś, jak jakąś humorzastą nastolatkę <3
Honestly to zastanawiałam się czy ci to wyjdzie, jak zobaczyłam nagłówek, że jest z perspektywy mojego Upadłego Aniołka i już szykowałam jakieś delikatne słowa krytyki, ale widać cię nie doceniłam za co przepraszam :)
Jedyne do czego mogę się przyczepić, to że dodałaś bardzo dużo informacji na raz, czego nie robią normalni ludzie. Dużo osób ma z tym problem i chyba ja też się do nich zaliczam, że często piszemy tak trochę jakbyśmy byli narratorami, a nie uczestnikami zdarzeń. Po prostu chodzi mi o to, że na codzień nie myślimy o tylu rzeczach jednocześnie. Lepiej by było, gdyby coś mu przypomniało o Asmodeuszu, jak odblask światła w potłuczonej wazie kolor jego oczu, czy też coś mniej wymyślonego, ale wiesz co mam na myśli ;)
Ale duży plus za to, że można poczuć taką melancholię i lekkie oderwanie od rzeczywistości Lucyfera. Trochę miałam wrażenie, jakbym sama przeżyła tyle lat.
Naciągane jednak wydaje mi się, że mimo wszystko było mu AŻ tak przykro z powodu kilku spalonych gobelinów. No chyba, że smuciła go własna postawa, a nie straty w przedmiotach...
Bardzo podobał mi się taki rozdział z jego perspektywy i nawet nie znalazłam żadnej formy żeńskiej, co rownież zdarza się dość często, więc brawa :D
Fajnie by było, gdybyś od czasu do czasu pisała takie rozdziały z czyjejś perspektywy, nie tylko Luci, bo to dodaje takiej świeżości i urozmaica ;)
Wenyx3 i czekam na pojawienie się Asmideusza. To takie urocze, jak Lucyfer się o niego martwi i jest taki rozbity, ale to co powiedział Marcello było takie niemiłe ;-;
Właśnie, co do niego, to znowu trochę przypomniał mi mnie xd
I oczywiście ostatni gniew bogów i fioletowe płomienie, bo musiałam dzisiaj sklejać niemieckie flagi z wykałaczkami i myślałam, że wyjdę z siebie, stanę obok i spalę te flagi, które wyjątkowo mi nie wychodziło, ale plusem było, że Olek Ostatnia Depresja zaśmiał się na mój wybuch złości, więc jest progress :,)
Anyway, fajny rozdział i wyrażam życzenie pisania rozdziałów od czasu do czasu z innej perspektywy :3
Agnes :*
PS. Mam nadzieję, że nie ma jakiś plot mistakes, bo piszę na moim przeklętym iPhonie ;-; i nie potrafię się zbytnio ogarnąć. No cóż...
PSS. Sorry, ale nie doczytałam, że zraził zmarszczył nos jak Asmodeusz, zwracam honory ;)
UsuńRaziel, umrę ba autokorektę xd
UsuńPostaram się co jakiś czas wrzucić jakąś notkę z innej perspektywy, bo szczerze mówiąc, była to całkiem miła odmiana. :D
UsuńCo do tych gobelinów. Bardziej chodziło mi o to, że załamało go do jakiego poziomu się zniżył, że dał się ponieść emocjom. :)
To co powiedział Marcello miało być niemiłe, bo on sam nie należy do osób uprzejmych, a na pewno nie miłych. :)
Pozdrawiam.
To trafłam :)
UsuńTak w sumie to jestem hipokrytką, bo też nie jestem miła, a na twoim blogu biję życiowy rekord komplementów xd