środa, 18 marca 2015

Rozdział 30

       W milczeniu wpatrywaliśmy się w bladą twarz Clementiny. Jej karminowe oczy były puste i smutne, ale jeżeli dobrze się przyjrzeć, dało się dostrzec też zrozumienie i doświadczenie, którego miała aż za dużo jak na tak młody wiek. Wydawała się miła, musiałam z nią porozmawiać. W drobnej, chudej dłoni mocno ściskała czarny kryształek. Zapomniałam, że w ogóle go wzięła... Spojrzałam na Rispiego. Orle rysy jego twarzy stężały, a ja nie wiedziałam, czy martwi go to, co przed chwilą ułyszał, czy to, że wygadałam nasz sekret. Książę Ciemności przeczesał gęste, jasne włosy szczupłymi palcami i przecząco kiwał głową.

- To nie może być prawda - mruczał pod nosem. - Przecież mieliśmy jeszcze czas...

- Ale o co chodzi? - byłam zdezorientowana.

- Chodź - białowłosa przywołała mnie ruchem ręki. - Chłopcy chyba muszą o czymś ze sobą porozmawiać, a ja ci w tym czasie wszystko wyjaśnię.

       Ledwo zamknęły się za nami drzwi, a już było słychać ich podniesione głosy. Nie chciałbym tam wtedy być. Dziewczyna z westchnieniem usiadła na wzorzystej sofie obitej zielonkawo-niebieskim żakardem, a ja uczyniłam tak samo. Myślałam, że zapadnę się w miękkich jak puch poduszkach, ale ona najwyraźniej była do tego typu rzeczy przyzwyczajona. Po chwili popatrzyła mi prosto w fiołkowe oczy.

- Jakaś Mroczna Istota postanowiła zbuntować się przeciwko władzy Pana Piekieł - wytłumaczyła zanim zdążyłam zadać pytanie. - Nie wszystkim pasuje to, że to on rządzi tą krainą. Według nich, Lucyfer to rozkaprysiony bachor z huśtawką nastrojów, który nie poradzi sobie z taką odpowiedzialnością. Od zawsze spiskowali, ale teraz ktoś postanowił zacząć działać.

- A uda mu się?

- Nie sądzę - uśmiechnęła się wymuszenie. - Oni mają sprzymierzeńców, ale nasi są silniejsi...

       Jej wypowiedź przerwał głośny huk dochodzący z jadalni. Widać, świetnie się tam dogadywali. Mogłam się założyć, że po ich "pokojowych" rozmowach będziemy mieli dużo roboty z zakładaniem szwów i opatrunków. W końcu Clementina zrezygnowana wstała i weszła tam do nich. Usłyszałam tylko jej zdenerwowane wrzaski. Trwało to kilka minut, ale gdy już tu wróciła, była spokojna i rozpromieniona, a w pomieszczeniu obok wreszcie panowała cisza.

- Mogę spytać się o coś nie związanego z tematem? - ukryłam twarz za czarnymi lokami.

        Przytaknęła.

- Skąd Raziel ma te blizny? - wymamrotała bardzo szybko i niezrozumiale. - Jak nie chcesz to nie odpowiadaj.

- Ale niby dlaczego? - zdziwiła się. - Masz prawo wiedzieć. Raziel miał wtedy niecałe osiemnaście lat, ja piętnaście, a młody jedenaście. Zapowiadał się piękny dzień - jej oczy zrobiły się wilgotne.  - Mieliśmy popływać, a w Wenecji o wodę nie trudno, ale Marcello od początku wyrażał niechęć do tego pomysłu. Załamał się po śmierci rodziców, a od niej minęło wtedy niewiele ponad cztery miesiące - po jej policzkach spływały pojedyncze łzy. -  Zaproponował bratu walkę. Oboje myśleliśmy, że będzie ona wyglądała tak, jak zawsze, że potarzają się trochę po ziemi i tyle... Ale nie tym razem. Nie wiedzieliśmy, że umiał już w tak wczesnym wieku wykształcić szpony. Jeszcze nie skrzydła, ale szpony. Wtedy użył ich po raz pierwszy...

- J-ja... Przepraszam. Nie chciałam - byłam wstrząśnięta.

- Nic się nie stało - wytarła buzię w chusteczkę. - Nie chowaliśmy urazy, bo zrobił to przez przypadek. Tylko się bawił...

         Nadal byłam w szoku. Oni chyba naprawdę wierzyli, że Marcello nie uczynił tego specjalnie, ale ja uważałam, że doskonale wiedział co robi. Mógł nawet go zabić! Zniszczył mu życie, bo co ma począć młody mężczyzna, który został tak oszpecony? Przecież w tamtych czasach medycyna była słabo rozwinięta i to cud, że wyszedł z tego jedynie z czymś takim, ale to i tak okropne...

         Nagle wrota sali otworzyły się z łaskotem. Wypadł z nich nie kto inny, tylko Marcello. W ostatniej chwili uchylił się przed kulą czarnego ognia, lecącą w jego kierunku. Błyskawicznie zatrzasnął drzwi i oparł się o nie plecami.

- Nie odwołam tego, Lucusiu! - wrzasnął do Księcia Ciemności będącego po drugiej stronie. - Wszystko idzie, jak należy - zwrócił się do nas, szczerząc białe zęby.

          Przyglądałam mu się z pogardą. Obsydianowe włosy były rozczochrane, lekko kulał, a z lewego kącika ust ciekła mu wąska smużka szkarłatnej krwi.

- Co się stało, skarbie? - poprawił fryzurę. - Prawie się tam dogadaliśmy, słońce - znów doszły do nas krzyki. - Prawie - zaznaczył.


                                                         ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~


Następny rozdział zrobię z perspektywy, któregoś z obecnych podczas kłótni. :) Muszę tak uczynić, bo Luci nie było tam wtedy. Czasem będę zmuszona tak robić, bo inaczej ominę wiele istotnych bardziej lub mniej rzeczy. :) Pozdrawiam, Alexandra.

3 komentarze:

  1. Płaczę ze śmiechu. Nie mogę, to jest takie epickie. Lucyfer jako rozpieszczony bachor z huśtawką nastrojów :,)
    Chłopcy muszą pogadać też jest cudowne :D
    I Clementina doprowadzająca do porządku Marcello, Raziela, Rispiego i Lucyfera. No serio, tarzam się po podłodze ze śmiechu <3
    Kocham za to, że wykorzystałaś motyw z koralikiem. Czułam, że tak zrobisz, ale mimo wszystko to takie miłe :3
    Mówienie o Marcello per 'młody' jest takie zagilbiste <3 Normalnie tak jak moja rodzina o mnie, bo nie ma nikogo młodszego (i tak nie mam starszego rodzeństwa, jedynaczka zawsze radosna)
    Nie mogę doczekać się kolejnego rozdziału, żeby dowiedzieć się z czyjej perspektywy go zrobisz :3 Nie chcę zgadywać i tego nie zrobię. Zaskocz mnie! Chociaż i tak już mam mind map dotyczącą tego, z perspektywy kogo byłoby najlepiej co przemawia na jego korzyść :,)
    Wenyx3 i nie oglądania Supernatural, bo łamie ono serce.
    Agnes ;-;

    OdpowiedzUsuń
  2. Jutro powinna być nowa notka, bo prawie na pewno się wyrobię. Prawie. :D
    Jeszcze się zastanawiam z czyjej perspektywy zrobić następny rozdział, ale mam już faworytów. :)
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję :)
      Jest mi tak przykro, bo Supernatural i Dean, który chciał mieć tylko rodzinę ;-;

      Usuń