Ktoś szarpnął mnie za ramię. Przestraszona natychmiast zerwałam się na równe nogi i zaczęłam przeszukiwać wzrokiem pomieszczenie, w którym się znajdowałam. To nie był mój pokój... Dopiero po chwili przypomniałam sobie, że w nim nie jestem. Z zamyślenia wyrwał mnie czyjś wredny śmiech.
- Skieruj główkę w lewo, a zobaczysz Upadłego Anioła płci męskiej stojącego przy drzwiach, skarbie - kpił.
- Męskiej? - spytałam. - Jesteś pewien?
- Tak - wycedził. - Zbieraj się, musimy już iść.
- Ale jest jeszcze praktycznie noc! - marudziłam, ale Marcello to nie obchodziło.
Rzeczywiście było bardzo wcześnie, dopiero za kilka godzin słońce nieśmiało wzniesie się ponad horyzont. Nie żebym bała się ciemności, ale nie przepadam za nią, a ona za mną... Nie miałam najmniejszej ochoty na dalszą wędrówkę. Chłopak patrzył na mnie z niecierpliwością. Z osiąganiem zaczęłam się szykować.
Mój Przewodnik był jakiś niespokojny. Co chwila oglądał się za siebie albo wybiegał trochę na przód, bacznie obserwował wszystko dookoła. Z każdą minutą bałam się coraz bardziej. Moja podświadomość wytwarzała nieistniejące postacie i potwory, które przyprawiały mnie o dreszcze. Wiedziałam, że to tylko iluzja mojego mózgu, ale i tak się lękałam. Nagle Marcello zatrzymał się i uniósł rękę, dając mi tym samym znak, że mam być cicho. Posłusznie wykonałam niemy rozkaz.
- Słyszysz kogoś? - zwrócił się do mnie.
- Nie - odparłam szeptem.
- Ja też nie, słońce - odpowiedział.
Z politowaniem pokręciłam głową. Naprawdę wybrał sobie najgorszy moment na takie żarty. Nie chciałam, ale poszłam tu z nim i musiałam to przecierpieć. Postanowiłam, że więcej nie będę zwracać na niego uwagi. Miałam lepsze rzeczy do roboty niż bycie obiektem szyderstw i kpin niezrównoważonego psychicznie Mrocznego Anioła. Ostrożnie wyjęłam czarny notatnik.
sobota 14.03
Nie wiem, gdzie się znalazłem ani ile tu już jestem. Gdy się obudziłem nikogo nie było w pobliżu. Dopiero po kilku godzinach żmudnych poszukiwań odnalazłem małą grupę Aniołów. Ucieszyli się na mój widok, ale mi nie było do śmiechu. Nigdzie nie widziałem Asmodeusza... Rozpytywałem o innych, ale najwidoczniej jesteśmy jedyni w okolicy. Martwię się o niego. Boję się, że coś mu się stało...
Byłam zdziwiona czułością z jaką Lucyfer pisał o tym całym Asmodeuszu. Przypomniało mi się, że już kiedyś słyszałam tą godność, jeszcze w moim poprzednim życiu... Zadrżałam. Nie cierpię tego zwrotu. Zabrałam się do dalszego czytania.
niedziela 15.03
Doszły dzisiaj do nas okropne wieści. Znaleziono kilku martwych naszych! Byłem przerażony. Zrobiłbym wszystko, żeby nie było wśród nich Asmoseusza. Każda chwila tutaj to dla mnie prawdziwa męka. Ja siedzę bezczynnie, a on może potrzebować mojej pomocy! To już rzecz pewna - tej nocy wyruszam na poszukiwania.
Nie mogłam skupić się na tekście. Moje myśli zaprzątało tylko jedno pytanie, które nasuwało mi w kółko. Kim dla Pana Piekieł był ten Upadły Anioł?! Nie wierzyłam, że to tylko bliski przyjaciel. Musiałam spytać się Marcellego.
- Mam sprawę - klepnęłam go po ramieniu.
- Przerwa na siusiu za piętnaście minut, kochanie.
- Nie oto mi chodzi - oblałam się szkarłatnym rumieńcem.
- A więc, kotku?
- Kim był Asmodeusz? - wypaliłam.
- Skąd znasz to imię? - usłyszałam.
Ja i mój Przewodnik odwróciliśmy się jak na komendę. Przed nami stał Książę Piekieł w całej okazałości. Jego mina była obojętna, ale w oczach krył się lekki strach i zdenerwowanie. Pośpiesznie schowałam ręce za plecy.
- Co tam masz? - podszedł bliżej. Wiedząc, że i tak jestem skończona, podałam mu dziennik. Ukryłam twarz za zasłoną obsydianowych włosów.
- Brawo! - Marcello aż klasnął. - Ukradłaś jego pamiętniczek, złotko! - dodał z podekscytowaniem w oczach w kolorze smoły.
- Jeżeli komukolwiek powiesz... - zaczął, ale nie skończył.
Przetrwało mu nadejście dwóch, mrocznych postaci wyłaniających się z lasu. Tych samych co z moich snów.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Bardzo przepraszam, że wczoraj nie było notki, ale coś mi wypadło. -.- Jest trochę dziennika Lucka, trochę dziwnych zachowań Marcello... Wszystko co trzeba. :D Pozdrawiam, Alexandra.
Ale, ale, ale, ale, ale, ale...
OdpowiedzUsuńale...
ja...
Jak mogłaś?! Jak mogłaś zakończyć w takim momencie?! *wszędzie dookoła buchają płomienie wściekłości Agnes K. w kolorze czarnego fioletu*
Jestem zła. I kropka nienawiści. Nie. Lubię. Kiedy. Rozdziały. Kończą się. W takich. Momentach. Nope.
*pufnięcie zdenerwowanego kota* Zdenerwowałam się. Buuu. Zła.
Nigdy więcej tak nie rób!
Ale dość moich narzekań. To co zobaczyłaś wyżej to powinna być dla ciebie największa aprobata, z jaką mogłaś się spotkać.
Chyba gdzieś pomieszałaś trochę z czasami, ale nie jest źle.
Jak powiedziałaś, jest wszystko co trzeba i nawet Lucyfer nie był przesadnie wściekły :.) Taki fluffiasty Lucyfer jak z moich okropnie fluffiastych fanfików.
Ten żart Marcello tak bardzo w moim stylu [*]
Jak jutro nie dostanę rozdziału to będę bardzo zła. Bardzo.
Ja muszę wiedzieć!!!
Wenyx3, zepnięcia tyłka jak Luc, bo będę zła, masochistycznego Marcello, rozdwojenia jaźni Lucyfera i możesz udusić mnie fluffem, bo to kocham. Fluff to życie.
Agnes :*
PS. Owszem, piszę fluffiaste fanfiki, w których jest tarzing się po ziemi Lucyfera i Mefisto i malownicze, nieodłączne rzucacie sobą o ściany. Jestem okropna, wiem. I moja koleżanka, kiedy przeczytała o linijkę za dużo, przekreśliła ołówkiem moją twórczość i zajęła całą stronę artystycznym wyrazem myśli 'Agnes jest zboczona' :,) Biedna Zosia ;-;
PS.2. Nie wiem po co ci to pisałam, ale okay :D Taki trochę dziwny ten kom, ale po prostu nie mam weny na pisanie komentarzy, ale ostatni rozdział też przeczytałam, tylko mój mózg nie chciał z mną współpracować, o godzinie, w której to przeczytałam, więc nie chciałam nic głupiego pisać ;) Dzisiaj zresztą też nie chce, ale to całkiem inna historia ;-;
Wiem, że skończyłam rozdział w okropnym momencie. Normalnie jak polsat... XD
UsuńJutro powinna być nowa notka. :D
Pozdrawiam, Alexandra.