piątek, 6 marca 2015

Rozdział 22

         Przez pół nocy nie mogłam spać, bo nękały mnie koszmary. W roli głównej za każdym razem była ta sama, nieznana mi postać, ale zawsze widziałam ją w lesie, na polanie, którą pokazał mi wczoraj Forneus. Wysoki, wysportowany chłopak z burzą gęstych, czarnych jak smoła włosów i takich też oczu. Mógłby być przystojny, gdy nie trzy, głębokie blizny biegnące wzdłuż jego twarzy. Uśmiech dodałby mu trochę uroku, ale on się nie uśmiechał. Nigdy. Był ponury jak listopadowy poranek - deszczowy i szary, bez nawet najmniejszego promyczka słońca, jakiejkolwiek nadziei...

- Wstawaj! - krzyknął ktoś, budząc mnie przy okazji.

          Lekko uchyliłam powieki, ale jasność, która mnie zalała, była zbyt mocna, jak na przyzwyczajone po nocy do mroku oczy, więc szybko je zamknęłam.

- Ruszaj się! - wiedziałam już, że mam do czynienia z Rispim, więc zaczęłam powoli podnosić się na łokciach. - Jest dużo pracy, nie dysponujemy całym dniem!

- Która godzina? - spytałam zaspana.

- Piąta trzydzieści - odparł i bezceremonialnie zrzucił mnie z łóżka. - Jesteśmy już spóźnieni.

          Piąta trzydzieści?! Spałam jedynie dwie godziny?! Ktokolwiek to wymyślił, był u mnie na czarnej liście.

- Czemu tak w-wcześnie? - ziewnęłam.

- Bo tak - powiedział oschle. - Ubierz się. Czekam pod drzwiami.

          Jaki łaskawy! Prychnęłam. Pozwolił mi na prywatność. Wzięłam pierwsze z brzegu spodnie i bluzkę i wyszłam z pokoju. Rispie zmierzył mnie obojętnym wzrokiem i ruszył schodami, które bezpośrednio prowadziły na dwór. Pobiegłam za nim.

          Przed budynkiem stali już wszyscy, oprócz nas. Nawet Marcello się pofatygował. Pan Piekieł patrzył na nas z niecierpliwością. Ustawiłam się w rzędzie za Lisą. Ani wysoka, ani niska, ostre rysy twarzy, brązowe włosy o rudawym odcieniu. Może dziewiętnastoletnia.

- Jako, że pojutrze opuszczacie nas, chciałem wam dać możliwość treningu na naszym torze - coraz bardziej przypominało mi to wojsko, niż piekło. - Chodźcie za mną.

          Wędrówka nie trwała długo, zaledwie kilka minut. W końcu dotarliśmy na miejsce. Był to ogromny plac z mnóstwem różnych przyrządzeń treningowych. Ścianka wspinaczkowa, rów, przez który trzeba się było przeczołgać i wiele różnych innych rzeczy, które miały nas zakatować. Okropność.

- Śmiało - zachęcił Lucyfer z zadowoleniem, którego na początku nie rozumiałam. - Ostatnia osoba na mecie walczy z najlepszym wojownikiem wśród moich strażników-demonów.

           Wszyscy ruszyli biegiem.

- Nie wolno używać wam anielskich mocy! - dodał Rispie z okrucieństwem w oczach. Sam nie musiał w tym uczestniczyć, więc się cieszył.

            Sprawnie pokonałam ściankę. Lata wspinania się na drzewa na coś się przydały. Po jakimś czasie byłam trzecia, wygrywał ze mną jedynie Marcello i Jack. Ruszyłam w kierunku następnej przeszkody. Długi, ciemny tunel ciągnący się przez spory odcinek skały, był tak wąski, że trzeba by było iść bokiem i jeszcze wciągnąć brzuch. Stał przed nim Marcello i tępo wpatrywał się w niego. Minę miał tak bladą, jakby zobaczył ducha.

- O co chodzi? - spytałam bardziej martwiąc się, czy nie ma tam czegoś, co mogłoby mi przeszkodzić niż z troski o niego.

- N-nic - szepnął cicho i nagle mnie olśniło.

- Boisz się zamkniętych przestrzeni! - zawołałam z satysfakcją.

- Wcale nie! - obruszył się, ale ja wiedziałam, że kłamie. - Dobra. Tak. Zadowolona, skarbie?

- Bardzo - odparłam, ale trochę zrobiło mi się go żal, a może po prostu chciałam zrobić Księciu Ciemności na złość? Przerwę jego zemstę. - Nie zatrzymuj się - westchnęłam, chwyciłam go za rękę i pociągnęłam za sobą.

            Przeszliśmy już prawie połowę drogi, gdy poczułam zapach spalenizny. Spojrzałam na Marcellego. Jego kredowobiała twarz wyrażała czyste przerażenie. Nagle zrozumiałam, czemu. Ktoś podłożył ogień! Słyszałam czyjeś krzyki pełne strachu, pytające, czy ktoś nie został w tunelu. Kimiko. Płomienie niczym węże wdzierały się do środka. Mocniej chwyciłam dłoń Marcellego i ruszyłam w stronę wyjścia. To tylko kilkadziesiąt metrów. Gęsty, pozbawiający tchu dym był wszędzie. Brakowało powietrza, a przez to trudniej się szło, ale musieliśmy wytrzymać jeszcze ten kawałek. Brak tlenu nie pozwalał racjonalnie myśleć, łzy bezsilności spływały po moim policzkach mieszając się z sadzą i pyłem, który na nich osiadł. Mój Przewodnik o dziwo odzystał zimną krew, współpracował ze mną, ale jego spojrzenie było puste, jakby pogodził się z myślą o ewentualnej śmierci. Nie pozwolę na to! Zostało jedynie kilka metrów. Robiło mi się ciemno przed oczami, krok był chwiejny, a z każdą chwilą było tylko gorzej. Pięć metrów... Cztery... Trzy... Dwa... Jeden...

            Wypadliśmy na otwarty teren. Świeże powietrze. Zanosiliśmy się kaszlem, jakby próbując pozbyć się pyłu z płuc. Otoczyła nas grupa Upadłych Aniołów. Na ich twarzach mieszało się przerażenie z ogromną ulgą. Mówili coś, lecz nic z tego do mnie nie docierało. Wtedy zobaczyłam, że Marcello upadł nieprzytomny na ziemię. Chciałam mu pomóc, ale nagle okropnie zaczęło mi się kręcić w głowie i osunęłam się na nierówne podłoże. Co było dalej? Nie pamiętam.


                                                  ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~


Dzisiaj już notka jest. :D Jeszcze raz przepraszam, że wczoraj nie było, ale nie miałam czasu. :( Mam nadzieję, że się rozdział spodobał (tak, wierzę w takie cuda). :)
Pozdrawiam, Alexandra.

3 komentarze:

  1. Moi kochani sadyści - Rispie i Lucyfer <3
    Tak wgl to dzisiaj moja koleżanka stwierdziła że mam również skłonności sadystyczne, kiedy usłyszała komentarz do mojej filozoficznej opinii, że szkło pod skórą twarzy nie jest miłym doświadczeniem :,)
    Bta, to takie urocze, że Marcello ma klaustrofobię :3 to tak jak strach Deana przed lataniem *-*
    Podobał mi się opis tego pożaru, tylko momentami był taki trochę... wyblakły. Sama nie wiem, chyba po prostu czepiam się tego, bo nie mam czego innego :D
    Już się zastanawiam kim jest postać z jej sennych koszmarów, ale na razie nic konkretnego mi nie przychodzi do głowy. Mogę odhaczyć Asmodeusza, ale zawsze może to być w końcu Mefisto, albo chociażby Azazel... No, anyway, muszę dowiedzieć się kim on jest!
    Tak samo czekam na tajemnice pamiętnika Lucyfera. Uroczo i teraz to sobie bardzo uświadomiłam i radośnie płaczę tęczą, która wlewa mi się do płuc, wypełniając pokój i zabiera życiodajny tlen. no. tak. cała ja. xd
    Obejrzałam jeszcze przed chwilą Supernatural i odkryłam geniusz nazwy parringu Wincest. Bta, to jest tak genialne! Połączenia nazwiska Winchester i słowa incest. To takie piękne :,) Podziwiam osobę, która to wymyśliła <3
    At all poczytałabym sobie właśnie takiego fanfika...
    No, nieważne, bo zaczynam bełkotać :D
    Wenyx3, sadyzmu, masochizmu, uroczych lęków i strzelania ze strzelb Czechowa.
    Agnes :*
    PS. Uświadomiłam sobie, jaka przerażająca muszę się wydawać... Trochę jak ta Sylwia z Sali Samobójców xd (nie wiem, czy nazywała się Sylwia, ale miała różowe włosy :D)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak nazywała się Sylwia. :) Jak dla mnie nie jesteś aż taka przerażająca, ale to dla tego, że ja też zwykle jestem. :D Porozmawiam.

      Usuń
    2. Ah, internetowa grupa wsparcia! Tyle, że w Magicznym Kraju Polsce, bo Dan też ma swoje Internet Support Group :,)
      I pacz jaką mam dobrą pamięć do pierdół xd

      Usuń