Powieki miałam szczelnie zamknięte, ale i tak wiedziałam, że był środek nocy, bo ze wszystkich stron dochodziły do mnie odgłosy lasu, który dopiero o tej porze budził się całkowicie do życia. Tak, uwielbiałam noc i jej tajemnice starannie ukrywanie przez gęste odmęty mroku. Nigdy nie bałam się ciemności, nawet jako bardzo małe dziecko, gdyż dawała mi ona wręcz poczucie bezpieczeństwa, jakby zło czekające na mnie, nie zdołało się przebić przez jej żelazną czarną zasłonę, chroniła mnie.
Coś było jednak nie w porządku... To na czym opierałam głowę nie było zimną brudną korą drzewa, lecz unosiło się miarowo. Leniwie otworzyłam oczy i dopiero po dłuższej chwili, potrzebnej, aby wzrok zupełnie przyzwyczaił się do nowych warunków, spostrzegłam co to było i siłą woli powstrzymałam się, aby nie krzyknąć przerażona. Próbowałam odskoczyć, ale sparaliżowana strachem, nie mogłam. Gorączkowo myślałam nad tym co uczyniłam. Leżałam na klatce piersiowej Marcellego! Chciałam szybko się odsunąć i udawać, że nic się nie stało, ale coś mnie powstrzymało. Wtedy zobaczyłam to, co wcześniej jakimś cudem pominęłam - chłopak przez sen niechcący objął mnie ramieniem. Ponowiłam próbę, lecz uścik się wzmocnił. Zdziwiona uniosłam wzrok.
- Śpij, skarbie, jeszcze kilka godzin do świtu - mruknął niewyraźnie.
Oczy miał zamknięte, a obsydianowe włosy bezwładnie opadały mu na oświetlaną księżycowym blaskiem twarz. Spał. Czyli to też powiedział nieświadomie, pomyślałam z niezrozumiałym dla mnie lekkim ukłuciem żalu. Wiedziałam, że nie mogłam tak zostać, ale zanim zdążyłam zrobić cokolwiek, wpadłam w objęcia Morfeusza.
***
- Jakie to urocze! - kpił ktoś, ale ja wtedy jeszcze balansowałam między rzeczywistością a senną marą, więc nie mogłam nic uczynić. - Wyglądacie tak słodko. Zakochane aniołki!
Ostatnie słowa dobudziły mnie zupełnie. I nie tylko mnie. Ja i Marcello odsunęliśmy się od siebie jak oparzeni, przez co omal nie wpadłam na nadal nieprzytomnego Raziela. Mój Przewodnik mierzył mnie z nienawiścią w atramentowych tęczówkach.
- To ja zostawię was samych, gołąbeczki - oznajmiła ciemnowłosa kobieta, w której rozpoznałam tą, którą on wczoraj dusił. Odeszła, śmiejąc się nieprzyjemnie, jakby domyślała się co mnie wtedy czekało.
Chłopak wpatrywał się we mnie przez kilka sekund ciągnących się w nieskończoność. Gdyby wzrok mógł zabić, już dawno leżałabym bez tchu na ziemi. W końcu raczył się odezwać.
- Jak śmiałaś mnie dotknąć?! - wysyczał.
Milczałam.
- Jak. Śmiałaś. Mnie. Dotknąć?! - powtorzył, zaznaczając każde słowo.
Nagle strach wyparował jak kropla wody rzucona na rozgrzane kamienie i zastąpiła go złość.
- Zwracasz się do mnie jakbyś był kimś lepszym, ważniejszym! - krzyczałam, czym tylko przykułam uwagę pozostałych. - Ale tak nie jest!
- Mylisz się - przerwał mi.
- A właśnie, że nie! - nie mogłam się uspokoić. - Jestem taka sama jak ty i pogódź się z tym!
- Jak ty mało wiesz - westchnął, jakbym powiedziała coś głupiego.
Poczułam drobny ruch po mojej prawej. Raziel się obudził. Natychmiast chciałam mu pomóc. Rzuciłam okiem na Marcello... A raczej na miejsce gdzie jeszcze przed chwilą był. Zdezorientowana rozejrzałam się dookoła. Jak dał radę uciec, a ja nawet tego nie zauważyłam?! Moje nietypowe zachowanie zainteresowało dwóch strażników, którzy zaraz dostrzegli zniknięcie jednego z więźniów i poinformowali o tym przełożonego. Rozpoczęło poszukiwania zbiega.
Ciche jęknięcie przepełnione bólem przypomniało mi o Razielu.
- Co ja z wami mam... - mruknęłam pod nosem i zabrałam się do pracy.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Bardzo, bardzo przepraszam, że znowu długo nie było notki. Rozdziały powinny znów być codziennie, ale bardziej prawdopodobne, że do wakacji pojawiać się będą co drugi dzień. Mam nadzieję, że ktoś nadal to czyta i nie zniechęciły go te przerwy. Postaram się poprawić. :)
Pozdrawiam, Alexandra.
wtorek, 28 kwietnia 2015
wtorek, 21 kwietnia 2015
Rozdział 39
Szybko rozwarłam powieki, ale natychmiast tego pożałowałam, gdyż oślepiająco jasne światło dzienne zaraz zrobiło swoje. Po chwili powtórzyłam próbę, ale tym razem powoli. Okropnie bolała mnie głowa. Dopiero wtedy zauważyłam, że jestem przywiązana grubym sznurem do jakieś drzewa, a obok mnie siedzi rodzeństwo Santangelo. Raziel był nadal nieprzytomny, a wąska już smużka krwi spyływała szkarłatnym zygzakiem po bladym jak papier policzku i zatrzymywała się na przesiąkniętej już od niej koszuli. W okolicy skroni miał paskudną ranę i to zapewne ona była przyczyną jego stanu. Marcello natomiast miał atramentowoczarne oczy szeroko otwarte i wpatrywał się niewidzącym wzrokiem w przestrzeń. Wydawało się, że obserwuje bacznie okolicę, ale tak naprawdę nie dostrzegał nikogo i niczego.
- O! - zawołał postawny mężczyzna, ten sam, który wcześniej nazwał mnie zadziorną fiołkowooką. - Dwoje już się obudziło. Jak się czujecie? - kpił.
Mój Przedwodnik milczał i nie zwrócił najmniejszej uwagi na nowoprzybyłego, a ja nie czułam się upoważniona do udzielania jakichkolwiek odpowiedzi, więc uczyniłam to samo co on. Podszedł do nas jakiś młody chłopak o kasztanowych, delikatnie rudych włosach i kucnął naprzeciwko nas.
- Chyba nie jesteście skorzy do rozmów, więc ja zacznę - oznajmił. - Nazywam się Xavier, a wy?
- Lucia - szepnęłam mimowolnie.
- Piękne imię - uśmiechnął się. - A twoi koledzy to...?
Spojrzałam pytająco na postać obok. Nie potwierdził, ale też nie zaprzeczył, więc uznałam, że mi wolno.
- Marcello i Raziel - mruknęłam i dodałam. - Co my wam takiego zrobiliśmy, że nas tak traktujecie?
Wyraz twarzy Xaviera zmienił się. Była to mieszanka wstydu i złości na samego siebie, jakby nie zgadzał się z tym, jaki sprawa przybrała obrót. Możliwe, że rzeczywiście tak było... Wstał i odwrócił się do mnie tyłem.
- Muszę już iść - rzucił przez ramię i ruszył w kierunku namiotu rozbitego na środku sporej polany.
Raziel jęknął cicho. Miałam nadzieję, że się za niedługo obudzi. Był najstarszy i to na niego najbardziej liczyłam, że wymyśli jakiś sposób na wydostanie się z opresji, ale nieprzytomny nic nie zdziała... Mój nauczyciel prychnął. Nie wiedziałam o co mu chodzi, lecz wtedy dostrzegłam kilka osób zmierzających w naszym kierunku. Ich dowodzący, jakaś ciemnowłosa kobieta o surowych rysach i paru innych. Nie byli raczej przyjazno nastawiani... Wyglądali na rozgniewanych.
- Nie wolno wam było tu przychodzić, sługusy Lucyfera... - zaczęła dziewczyna, ale Marcello jej przerwał.
- Nie żebym się czepiał, ale my przylecieliśmy... - zaznaczył ostatnie słowo.
Akurat wtedy musiał odzyskać mowę?!
- Milcz - syknęła.
- Nie sądzę, abym zastosował się do twoich rozkazów - jego oczy znów błyszczały szaleńczo.
- Myślałam, że to tego drugiego mocniej uderzyli w głowę...
Jego nastrój natychmiastowo uległ drastycznej zmianie. W tym feralnym momencie, wręcz kipiał ze złości.
- Zostaw mojego brata w spokoju - wycedził przez zaciśniętę z wściekłości zęby.
- Braciszek, tak? - zrobiła zatroskaną minę. - Bardzo mi przykro, że spotkało go coś złego...
Nie dokończyła, gdyż silna dłoń Marcellego niespodziewanie zacisnęła się na jej chudej szyi tak mocno, że aż mu pobielały knykcie. Jej twarz momentalnie stała się czerwona jak burak. Jej towarzysze patrzyli się na to z rozwartymi ze zdziwienia ustami. Nikt nie wiedział, kiedy mój Przewodnik zdążył oswobodzić rękę. Dopiero po chwili udało im się otrząsnąć z szoku i pomóc koleżance. Kobieta z trudem łapała powietrze i z lekkim przestrachem wpatrywała się w swojego niedoszłego zabójcę.
- To dopiero początek - uśmiechnął się przerażająco, a oni, jakby w obawie przed tym do czego może być jeszcze zdolny, po raz kolejny pozbawili go przytomności.
- Obyś zdechł, psie Lucyfera! - krzyknęła roztrzęsiona jeszcze brunetka i szybko się stąd oddaliła, a jej koledzy wkrótce uczynili to samo.
- Obyś zdechł, psie Lucyfera... - cicho powtórzyłam jej pełne pogardy słowa.
Długo się nad nimi zastanawiałam, ale nadal ich nie pojmowałam. Jak można tak mówić do swojego pobratymca?! To nieludzkie... Nagle zrozumiałam coś przerażającego. Przecież ona już nie była człowiekiem...
Tak samo jak ja.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Bardzo przepraszam, że nie dotrzymałam obietnicy, ale szkoła zabiera mi naprawdę dużo czasu. Mam nadzieję, że nie jesteście źli. ;) Jutro na 99% będzie notka. :)
Pozdrawiam, Alexandra.
- O! - zawołał postawny mężczyzna, ten sam, który wcześniej nazwał mnie zadziorną fiołkowooką. - Dwoje już się obudziło. Jak się czujecie? - kpił.
Mój Przedwodnik milczał i nie zwrócił najmniejszej uwagi na nowoprzybyłego, a ja nie czułam się upoważniona do udzielania jakichkolwiek odpowiedzi, więc uczyniłam to samo co on. Podszedł do nas jakiś młody chłopak o kasztanowych, delikatnie rudych włosach i kucnął naprzeciwko nas.
- Chyba nie jesteście skorzy do rozmów, więc ja zacznę - oznajmił. - Nazywam się Xavier, a wy?
- Lucia - szepnęłam mimowolnie.
- Piękne imię - uśmiechnął się. - A twoi koledzy to...?
Spojrzałam pytająco na postać obok. Nie potwierdził, ale też nie zaprzeczył, więc uznałam, że mi wolno.
- Marcello i Raziel - mruknęłam i dodałam. - Co my wam takiego zrobiliśmy, że nas tak traktujecie?
Wyraz twarzy Xaviera zmienił się. Była to mieszanka wstydu i złości na samego siebie, jakby nie zgadzał się z tym, jaki sprawa przybrała obrót. Możliwe, że rzeczywiście tak było... Wstał i odwrócił się do mnie tyłem.
- Muszę już iść - rzucił przez ramię i ruszył w kierunku namiotu rozbitego na środku sporej polany.
Raziel jęknął cicho. Miałam nadzieję, że się za niedługo obudzi. Był najstarszy i to na niego najbardziej liczyłam, że wymyśli jakiś sposób na wydostanie się z opresji, ale nieprzytomny nic nie zdziała... Mój nauczyciel prychnął. Nie wiedziałam o co mu chodzi, lecz wtedy dostrzegłam kilka osób zmierzających w naszym kierunku. Ich dowodzący, jakaś ciemnowłosa kobieta o surowych rysach i paru innych. Nie byli raczej przyjazno nastawiani... Wyglądali na rozgniewanych.
- Nie wolno wam było tu przychodzić, sługusy Lucyfera... - zaczęła dziewczyna, ale Marcello jej przerwał.
- Nie żebym się czepiał, ale my przylecieliśmy... - zaznaczył ostatnie słowo.
Akurat wtedy musiał odzyskać mowę?!
- Milcz - syknęła.
- Nie sądzę, abym zastosował się do twoich rozkazów - jego oczy znów błyszczały szaleńczo.
- Myślałam, że to tego drugiego mocniej uderzyli w głowę...
Jego nastrój natychmiastowo uległ drastycznej zmianie. W tym feralnym momencie, wręcz kipiał ze złości.
- Zostaw mojego brata w spokoju - wycedził przez zaciśniętę z wściekłości zęby.
- Braciszek, tak? - zrobiła zatroskaną minę. - Bardzo mi przykro, że spotkało go coś złego...
Nie dokończyła, gdyż silna dłoń Marcellego niespodziewanie zacisnęła się na jej chudej szyi tak mocno, że aż mu pobielały knykcie. Jej twarz momentalnie stała się czerwona jak burak. Jej towarzysze patrzyli się na to z rozwartymi ze zdziwienia ustami. Nikt nie wiedział, kiedy mój Przewodnik zdążył oswobodzić rękę. Dopiero po chwili udało im się otrząsnąć z szoku i pomóc koleżance. Kobieta z trudem łapała powietrze i z lekkim przestrachem wpatrywała się w swojego niedoszłego zabójcę.
- To dopiero początek - uśmiechnął się przerażająco, a oni, jakby w obawie przed tym do czego może być jeszcze zdolny, po raz kolejny pozbawili go przytomności.
- Obyś zdechł, psie Lucyfera! - krzyknęła roztrzęsiona jeszcze brunetka i szybko się stąd oddaliła, a jej koledzy wkrótce uczynili to samo.
- Obyś zdechł, psie Lucyfera... - cicho powtórzyłam jej pełne pogardy słowa.
Długo się nad nimi zastanawiałam, ale nadal ich nie pojmowałam. Jak można tak mówić do swojego pobratymca?! To nieludzkie... Nagle zrozumiałam coś przerażającego. Przecież ona już nie była człowiekiem...
Tak samo jak ja.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Bardzo przepraszam, że nie dotrzymałam obietnicy, ale szkoła zabiera mi naprawdę dużo czasu. Mam nadzieję, że nie jesteście źli. ;) Jutro na 99% będzie notka. :)
Pozdrawiam, Alexandra.
poniedziałek, 13 kwietnia 2015
Rozdział 38
Dopiero zaczynało świtać, ale ja już od dawna byłam na nogach. Myślałam, że nie wstanę, ale byłam dziwnie wyspana. W sumie dobrze, bo wolałabym nie usypiać w trakcie treningu z latania. Zaczęłam zmierzać w kierunku miejsca naszego spotkania żwawym krokiem. Już wcześniej zjadłam śniadanie, więc nie byłam głodna. Po chwili czekałam przed drzwiami i rozkoszowałam się porankiem.
Minęło kilkanaście minut, ale go nadal nie było. Trochę mnie to denerwowało, lecz nic nie mogło zepsuć mi mojego doskonałego nastroju. Wygładziłam liliowy sweter, w który byłam ubrana. Nagle dostrzegłam ciemną postać wyłaniającą się z mroku starego lasu.
- Już jesteś, skarbie - zauważył Marcello, przyglądając mi się badawczo.
- Tak - uśmiechnęłam się.
- Widzę, że masz dobry humor, słońce - powiedział i dodał mniej optymistycznie. - Przybija mnie to, wiesz? Ale przy odrobinie szczęścia uda nam się to zmienić...
- Nam? - zaczęłam podejrzewać, że mój Przewodnik ma rozdwojenie jaźni.
- Tak. Nam - doszedł do mnie głos kogoś za mną.
Błyskawicznie się odwróciłam i ujrzałam wysokiego mężczyznę z trzema szramami na twarzy. Gdyby nie one, naprawdę można by go pomylić z młodszym bratem... Przynajmniej pod względem wyglądu.
- Wykształć skrzydełka, kochanie - mój nauczyciel i Raziel dawno już to zrobili.
- Okey - nie chciałam się kłócić, więc posłusznie wykonałam polecenie.
Lekcje minęły spokojnie. Pokazali mi kilka sztuczek i tyle. Bałam się, że szykują coś okropnego, ale równie dobrze mogli dziś mi po prostu trochę odpuścić. Było już dosyć późno, więc postanowiliśmy się zbierać. Szliśmy powoli w kierunku twierdzy, gdy nagle Marcello stanął jak wryty.
- Może byśmy się pościgali, braciszku? - uśmiechnął się przerażająco. - Jak kiedyś.
- Nie zapominaj o Luci - wskazał na mnie.
- Ona też weźmie w tym udział.
Moje protesty na nic się nie zdały, gdyż oni najwyraźniej zdecydowali za mnie. Nie miałam najmniejszej ochoty na tego typu zabawy, ale nic nie mogłam przeciw temu zrobić. Byłam już zmęczona, ale mimo to nie chciałam tak łatwo dać im wygrać. Mój Przewodnik zaczął objaśniać trasę. Mieliśmy polecieć na południe, do polany, na której się budzimy, gdy po raz pierwszy tu trafiamy i z powrotem. Nie byliśmy co do tego do końca zgodni, bo to bardzo niebezpieczna okolica. Tamte tereny zamieszkuje inna grupa Upadłych Aniołów, która nie była naszej zbyt przyjazna, ale w końcu postanowiliśmy zaryzykować. Wzbiliśmy się w powietrze.
- Na trzy? - zapytałam.
Kiwnęli twierdząco głowami.
- Raz... Dwa... Trzy! - zaczęło się.
Marcello od początku był na prowadzeniu, ale Raziel też nie próżnował i prawie go wyprzedził. Ja oczywiście tkwiłam na szarym końcu i nic nie zapowiadało poprawy mojej sytuacji...
Byliśmy już prawie nad polaną, gdy nagle coś świsnęło mi koło ucha. Moi towarzysze momentalnie się zatrzymali, przez co wpadłam z impetem na Raziela. Otyczyła nas grupa uskrzydlonych mężczyzn. Upadli. Ciemnowłosy, najwyraźniej ich przywódca, zbliżył się do nas. Zmierzył nas krytycznym wzrokiem.
- A gdzie się wam tak śpieszy? - zapytał z wyraźnym obcym akcentem.
- Gdzieś - odparł bezczelnie mój nauczyciel zanim ktokolwiek zdążył go powstrzymać.
- Pupilki Lucyfera? - wydał się rozbawiony.
- Odczep się - fuknęłam zdenerwowana.
- Zadziorna fiołkowooka, bezczelny chłopczyk - zaśmiał się. - A jaki jest wasz koleżka z bliznami?
- Nie twoja sprawa - mruknął.
- Śmieszycie mnie - podsumował. Nagle jego głos stał się zimny jak lód. - Zabrać ich.
Staraliśmy się im wyrwać, ale to nic nie pomogło. Byli zbyt silni. Niespodziewanie coś ciężkiego uderzyło mnie w potylicę i straciłam przytomność. To ostatnie co pamiętam.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Wybaczcie, że nie było notek, ale jednak miałam za mało czasu. Tu projekt, tu praca długoterminowa, tu kolejny projekt, o którym zupełnie zapomniałam... XD Mam nadzieję, że
już więcej nie będzie takich przerw i będę mogła w spokoju pisać. :) Chciałabym jeszcze podziękować przy okazji za wszystkie komentarze i miłe słowa. To bardzo mnie motywuje. :) Pozdrawiam, Alexandra.
Minęło kilkanaście minut, ale go nadal nie było. Trochę mnie to denerwowało, lecz nic nie mogło zepsuć mi mojego doskonałego nastroju. Wygładziłam liliowy sweter, w który byłam ubrana. Nagle dostrzegłam ciemną postać wyłaniającą się z mroku starego lasu.
- Już jesteś, skarbie - zauważył Marcello, przyglądając mi się badawczo.
- Tak - uśmiechnęłam się.
- Widzę, że masz dobry humor, słońce - powiedział i dodał mniej optymistycznie. - Przybija mnie to, wiesz? Ale przy odrobinie szczęścia uda nam się to zmienić...
- Nam? - zaczęłam podejrzewać, że mój Przewodnik ma rozdwojenie jaźni.
- Tak. Nam - doszedł do mnie głos kogoś za mną.
Błyskawicznie się odwróciłam i ujrzałam wysokiego mężczyznę z trzema szramami na twarzy. Gdyby nie one, naprawdę można by go pomylić z młodszym bratem... Przynajmniej pod względem wyglądu.
- Wykształć skrzydełka, kochanie - mój nauczyciel i Raziel dawno już to zrobili.
- Okey - nie chciałam się kłócić, więc posłusznie wykonałam polecenie.
Lekcje minęły spokojnie. Pokazali mi kilka sztuczek i tyle. Bałam się, że szykują coś okropnego, ale równie dobrze mogli dziś mi po prostu trochę odpuścić. Było już dosyć późno, więc postanowiliśmy się zbierać. Szliśmy powoli w kierunku twierdzy, gdy nagle Marcello stanął jak wryty.
- Może byśmy się pościgali, braciszku? - uśmiechnął się przerażająco. - Jak kiedyś.
- Nie zapominaj o Luci - wskazał na mnie.
- Ona też weźmie w tym udział.
Moje protesty na nic się nie zdały, gdyż oni najwyraźniej zdecydowali za mnie. Nie miałam najmniejszej ochoty na tego typu zabawy, ale nic nie mogłam przeciw temu zrobić. Byłam już zmęczona, ale mimo to nie chciałam tak łatwo dać im wygrać. Mój Przewodnik zaczął objaśniać trasę. Mieliśmy polecieć na południe, do polany, na której się budzimy, gdy po raz pierwszy tu trafiamy i z powrotem. Nie byliśmy co do tego do końca zgodni, bo to bardzo niebezpieczna okolica. Tamte tereny zamieszkuje inna grupa Upadłych Aniołów, która nie była naszej zbyt przyjazna, ale w końcu postanowiliśmy zaryzykować. Wzbiliśmy się w powietrze.
- Na trzy? - zapytałam.
Kiwnęli twierdząco głowami.
- Raz... Dwa... Trzy! - zaczęło się.
Marcello od początku był na prowadzeniu, ale Raziel też nie próżnował i prawie go wyprzedził. Ja oczywiście tkwiłam na szarym końcu i nic nie zapowiadało poprawy mojej sytuacji...
Byliśmy już prawie nad polaną, gdy nagle coś świsnęło mi koło ucha. Moi towarzysze momentalnie się zatrzymali, przez co wpadłam z impetem na Raziela. Otyczyła nas grupa uskrzydlonych mężczyzn. Upadli. Ciemnowłosy, najwyraźniej ich przywódca, zbliżył się do nas. Zmierzył nas krytycznym wzrokiem.
- A gdzie się wam tak śpieszy? - zapytał z wyraźnym obcym akcentem.
- Gdzieś - odparł bezczelnie mój nauczyciel zanim ktokolwiek zdążył go powstrzymać.
- Pupilki Lucyfera? - wydał się rozbawiony.
- Odczep się - fuknęłam zdenerwowana.
- Zadziorna fiołkowooka, bezczelny chłopczyk - zaśmiał się. - A jaki jest wasz koleżka z bliznami?
- Nie twoja sprawa - mruknął.
- Śmieszycie mnie - podsumował. Nagle jego głos stał się zimny jak lód. - Zabrać ich.
Staraliśmy się im wyrwać, ale to nic nie pomogło. Byli zbyt silni. Niespodziewanie coś ciężkiego uderzyło mnie w potylicę i straciłam przytomność. To ostatnie co pamiętam.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Wybaczcie, że nie było notek, ale jednak miałam za mało czasu. Tu projekt, tu praca długoterminowa, tu kolejny projekt, o którym zupełnie zapomniałam... XD Mam nadzieję, że
już więcej nie będzie takich przerw i będę mogła w spokoju pisać. :) Chciałabym jeszcze podziękować przy okazji za wszystkie komentarze i miłe słowa. To bardzo mnie motywuje. :) Pozdrawiam, Alexandra.
środa, 8 kwietnia 2015
Rozdział 37
Było po ósmej i wreszcie mogłam spokojnie wyjść z pokoju, bo wszyscy już wstali. Pod makijażem próbowałam ukryć skutki zarwanej nocy, ale moje wysiłki okazały się płonne, gdyż wyglądałam dokładnie tak samo źle jak wcześniej. Miałam tylko nadzieję, że nikt nie będzie chciał wiedzieć, co robiłam w czasie, gdy nie spałam...
Cały ranek unikałam spotkania z kimkolwiek. Udawało mi się to, ale kilka razy w ostatniej chwili chowałam się w cień lub wciskałam się w lukę między meblem a ścianą. Najbardziej bałam się, że Lucyfer dowiedział się o tym, że podsłuchiwałam go albo, że ktoś zobaczył jak wychodziłam z celi Mary Alice. Właśnie wyglądałam ostrożnie za róg, gdy ktoś chwycił mnie za ramię. Odskoczyłam jak opatrzona i pisnęłam ze strachu.
- Wybacz, nie chciałem cię przestraszyć - Mefisto uśmiechnął się przepraszająco.
- Ci się nie stało - mruknęłam zawstydzona swoją reakcją. - Co tu robisz?
- To, że zwykle się tu nie pojawiam za widoku, nie oznacza, że mi tego nie wolno - zaśmiał się.
- No tak... - po raz kolejny oblałam się szkarłatem. Zaburczało mi w brzuchu.
- Może pójdziemy coś zjeść? - zaproponował.
- Bardzo chętnie - zgodziłam się.
W tymczasowej jadalni już prawie nikogo nie było - jedynie służba kręciła się tu i ówdzie. Szybkim ruchem ręki zabrałam ze stołu jakiś owoc i wgryzłam się w niego. Po chwili poczułam jak słodki sok zbiera mi się w ustach. Nie obchodziło mnie co to, ważne, że było smaczne. Naprawdę zgłodniałam...
- Kogo ja widzę, skarbie? - wszędzie rozpoznam jego głos. - Postanowiłaś wyjść ze swojej kryjówki?
- Dzięki za zostawienie mnie samej na dachu - zignorowałam jego wcześniejszą wypowiedź.
- Nie ma za co - w jego atramentowych oczach dostrzegłam iskierki rozbawienia. - Przedstawisz mi swojego kolegę?
Westchnęłam.
- Marcello to jest Mefisto. Mefisto to jest Marcello.
- Przecież wiem, słońce - odparł mój Przewodnik. - Po co mi to mówisz?
Szmaragdowooki dziwnie na niego spoglądał. Widać, że nie zna jeszcze dobrze Marcello... Dopiero wtedy dostrzegłam, że włosy mojego nowego znajomego wydawały się ciemniejsze niż wczoraj. Może to była tylko zasługa oświetlenia? Nie byłam pewna.
- Jutro trening - poinformował mnie mój nauczyciel. - Skoro świt - dodał ze słabo ukrywaną satysfakcją.
- Przecież widzisz, że ledwo trzyma się ze zmęczenia na nogach, więc jak ma robić cokolwiek w takim stanie? - oburzył się szatyn.
- Nie mam pojęcia, ale to już nie mój problem - zlekceważył to.
- A właśnie, że twój! - bronił mnie. - To twoja podopieczna i jesteś za nią odpowiedzialny.
- On nie jest odpowiedzialny nawet za siebie... - zauważyłam.
- Więc jakim cudem ma ucznia?! - Mefisto zupełnie tego nie pojmował.
- Błąd w papierach - przyznał Marcello z rozbrajającą szczerością i wyszedł zadowolony z pomieszczenia.
Mój towarzysz pokręcił głową. Było mi miło, że stanął po mojej stronie, ale na niektórych nie ma rady i tyle. Trzeba się z tym pogodzić, a on zapewne za niedługo to zrobi. Ruszył powoli w kierunku drzwi i zatrzymał się przy nich. Chwilę milczał, aż wreszcie odezwał się.
- Do zobaczenia wkrótce - opuścił pokój. Już drugi raz tego dnia ktoś tak do mnie powiedział...
- Tak - wyszeptałam, chociaż i tak nikt mnie już nie słyszał.
~~~~~~~~~~~~~~~~~
Dzisiaj notka trochę szybciej niż zwykle. :) Nie ma to jak odrobić część zadań domowych w szkole, prawda? :D Pozdrawiam, Alexandra.
Cały ranek unikałam spotkania z kimkolwiek. Udawało mi się to, ale kilka razy w ostatniej chwili chowałam się w cień lub wciskałam się w lukę między meblem a ścianą. Najbardziej bałam się, że Lucyfer dowiedział się o tym, że podsłuchiwałam go albo, że ktoś zobaczył jak wychodziłam z celi Mary Alice. Właśnie wyglądałam ostrożnie za róg, gdy ktoś chwycił mnie za ramię. Odskoczyłam jak opatrzona i pisnęłam ze strachu.
- Wybacz, nie chciałem cię przestraszyć - Mefisto uśmiechnął się przepraszająco.
- Ci się nie stało - mruknęłam zawstydzona swoją reakcją. - Co tu robisz?
- To, że zwykle się tu nie pojawiam za widoku, nie oznacza, że mi tego nie wolno - zaśmiał się.
- No tak... - po raz kolejny oblałam się szkarłatem. Zaburczało mi w brzuchu.
- Może pójdziemy coś zjeść? - zaproponował.
- Bardzo chętnie - zgodziłam się.
W tymczasowej jadalni już prawie nikogo nie było - jedynie służba kręciła się tu i ówdzie. Szybkim ruchem ręki zabrałam ze stołu jakiś owoc i wgryzłam się w niego. Po chwili poczułam jak słodki sok zbiera mi się w ustach. Nie obchodziło mnie co to, ważne, że było smaczne. Naprawdę zgłodniałam...
- Kogo ja widzę, skarbie? - wszędzie rozpoznam jego głos. - Postanowiłaś wyjść ze swojej kryjówki?
- Dzięki za zostawienie mnie samej na dachu - zignorowałam jego wcześniejszą wypowiedź.
- Nie ma za co - w jego atramentowych oczach dostrzegłam iskierki rozbawienia. - Przedstawisz mi swojego kolegę?
Westchnęłam.
- Marcello to jest Mefisto. Mefisto to jest Marcello.
- Przecież wiem, słońce - odparł mój Przewodnik. - Po co mi to mówisz?
Szmaragdowooki dziwnie na niego spoglądał. Widać, że nie zna jeszcze dobrze Marcello... Dopiero wtedy dostrzegłam, że włosy mojego nowego znajomego wydawały się ciemniejsze niż wczoraj. Może to była tylko zasługa oświetlenia? Nie byłam pewna.
- Jutro trening - poinformował mnie mój nauczyciel. - Skoro świt - dodał ze słabo ukrywaną satysfakcją.
- Przecież widzisz, że ledwo trzyma się ze zmęczenia na nogach, więc jak ma robić cokolwiek w takim stanie? - oburzył się szatyn.
- Nie mam pojęcia, ale to już nie mój problem - zlekceważył to.
- A właśnie, że twój! - bronił mnie. - To twoja podopieczna i jesteś za nią odpowiedzialny.
- On nie jest odpowiedzialny nawet za siebie... - zauważyłam.
- Więc jakim cudem ma ucznia?! - Mefisto zupełnie tego nie pojmował.
- Błąd w papierach - przyznał Marcello z rozbrajającą szczerością i wyszedł zadowolony z pomieszczenia.
Mój towarzysz pokręcił głową. Było mi miło, że stanął po mojej stronie, ale na niektórych nie ma rady i tyle. Trzeba się z tym pogodzić, a on zapewne za niedługo to zrobi. Ruszył powoli w kierunku drzwi i zatrzymał się przy nich. Chwilę milczał, aż wreszcie odezwał się.
- Do zobaczenia wkrótce - opuścił pokój. Już drugi raz tego dnia ktoś tak do mnie powiedział...
- Tak - wyszeptałam, chociaż i tak nikt mnie już nie słyszał.
~~~~~~~~~~~~~~~~~
Dzisiaj notka trochę szybciej niż zwykle. :) Nie ma to jak odrobić część zadań domowych w szkole, prawda? :D Pozdrawiam, Alexandra.
wtorek, 7 kwietnia 2015
Rozdział 36
Szybkim krokiem oddaliłam się od Mefisto i z westchnieniem oparłam się o zimną ścianę. Miałam nadzieję, że nie powie nic o naszym spotkaniu swojemu przyjacielowi, bo mogłam mieć kłopoty. Mimo wszystko chłopak zdawał się miły... Pokręciłam głową i ruszyłam w kierunku salonu.
Właśnie siedziałam na sofie, gdy do pomieszczenia, w którym przebywałam, weszła jakaś służąca. Pisnęła cichutko ze strachu, gdyż w pierwszej chwili mnie nie zauważyła.
- Co tu robisz o tej porze, panienko? - była szczerze zdziwiona.
- Nie mogłam spać - oparłam krótko. - Która godzina...?
- Emily, panienko - rudowłosa dziewczyna przedstawiła się. - Gdy opuszczałam kuchnię, było kilka minut po czwartej.
- Dziękuję - zaczęłam wstawać. - Udam się do mojego pokoju.
Nie czekając na odpowiedź, opuściłam to miejsce. Oczywiście, że nie miałam najmniejszego zamiaru tam iść, ale wolałam dłużej nie rozmawiać z Emily, bo dobrze wiedziałam, że między służbą szybko rozchodzą się wszelkie wieści i plotki, a ja nie chciałam być ich bohaterką. Zamiast tego skręciłam w pierwszą po lewej odnogę głównego korytarza.
Minął kwadrans zanim natrafiłam na jakieś drzwi, ale były zamknięte. Potem ta sytuacja tylko się powtarzała. Następne wrota to samo i tak w kółko. Żadnych okien. Już miałam stamtąd iść, gdy nagle usłyszałam czyjś szloch. Dochodził on z jednego z tych pomieszczeń, które mijałam. Ostrożnie podeszłam i zaczęłam nasłuchiwać. Płacz stał się wyraźniejszy. Przez przypadek zahaczyłam ręką o drewniany stolik obok mnie, a mały wazonik, który na nim się znajdował, zachwiał się. Z przerażeniem w oczach obserwowałam nieuchronny bieg wydarzeń. Naczynie kołysało się coraz bardziej i bardziej, aż wreszcie z hukiem rozbiło się o podłogę, a ostre kawałki ceramiki rozprysły się na wszystkie strony. W pokoju obok ucichło.
- Kto tam jest?! - pisnął ktoś dziewczęcym głosikiem.
- Nikt kto chciałby cię skrzywdzić - odparłam po chwili namysłu.
Dobiegły do nas czyjeś wołania. Zapewne usłyszeli hałas... Wiedziałam, że muszę szybko coś wymyślić. Nagle mnie olśniło. Wytworzyłam szpony i zaczęłam majstrować przy zamku od drzwi. W ostatniej chwili wpadłam do celi jak huragan. Jasnowłosa dziewczyna przyglądała mi się dziwnie. Nie rozumiała jak ktoś mógł dobrowolnie wejść do więzienia, którym ten pokój najwyraźniej był. Gdy wszelkie odgłosy z zewnątrz ucichły, uśmiechnęłam się do niej.
- Jestem Lucia - wyciągnęłam w jej stronę dłoń, a ona niepewnie uścisnęła ją. - Mary Alice, prawda?
Pokiwała twierdząco głową.
- Nie bój się mnie, nic ci nie zrobię - starałam się zabrzmieć miło. - Nie wiem jak traktowali cię moi pobratymcy, ale i tak cię za nich przeproszę, bo wiem jacy są.
- Nie było źle - szepnęła, a gorzkie łzy popłynęły po jej bladych policzkach.
- Więc czemu płaczesz? - było mi jej szkoda, ale w końcu to szpieg...
- Ja... To nic - otarła twarz. - Po co tu przyszłaś o tej porze?
- Zgubiłam się - to chyba moje najczęstsze wytłumaczenie.
- No tak... - spojrzała na mnie z nadzieją. - Wiesz może czy mnie wypuszczą, a jeżeli tak, to kiedy?
- Wybacz, ale nic mi na ten temat nie wiadomo - przyznałam z żalem.
Naprawdę było mi przykro, że nie mogłam udzielić jej odpowiedzi. Nie znałam jej praktycznie w ogóle, ale chciałam jej pomóc. Może to była jakaś sztuczka Anioła? Nie miałam pojęcia. Ze smutkiem stwierdziłam, że muszę już iść, jeśli chcę uniknąć spotkania kogoś w towarzystwie więźnia. To raczej by mi tylko zaszkodziło.
- Jak się czegoś dowiem, zaraz cię poinformuję - obiecałam.
- Jesteś inna od swoich braci i sióstr - zwróciła się do mnie. - Masz dobre serce i to cię wyróżnia. Pielęgnuj to dobro w sobie, a zobaczysz, że jeszcze ci pomoże. Zdobędziesz wielu potężnych przyjaciół, ale też wrogów i musisz nauczyć się ich rozróżniać.
- Postaram się - zaczęłam otwierać drzwi. - Pa.
- Do zobaczenia.
Nie rozumiałam wtedy jej słów, ale już wkrótce na własnej skórze przekonałam się co oznaczają.
~~~~~~~~~~~~~~~~~
Przepraszam za wszelkie błędy, ale okropnie mi się wszystko tnie i w ogóle. :) Pozdrawiam, Alexandra.
Właśnie siedziałam na sofie, gdy do pomieszczenia, w którym przebywałam, weszła jakaś służąca. Pisnęła cichutko ze strachu, gdyż w pierwszej chwili mnie nie zauważyła.
- Co tu robisz o tej porze, panienko? - była szczerze zdziwiona.
- Nie mogłam spać - oparłam krótko. - Która godzina...?
- Emily, panienko - rudowłosa dziewczyna przedstawiła się. - Gdy opuszczałam kuchnię, było kilka minut po czwartej.
- Dziękuję - zaczęłam wstawać. - Udam się do mojego pokoju.
Nie czekając na odpowiedź, opuściłam to miejsce. Oczywiście, że nie miałam najmniejszego zamiaru tam iść, ale wolałam dłużej nie rozmawiać z Emily, bo dobrze wiedziałam, że między służbą szybko rozchodzą się wszelkie wieści i plotki, a ja nie chciałam być ich bohaterką. Zamiast tego skręciłam w pierwszą po lewej odnogę głównego korytarza.
Minął kwadrans zanim natrafiłam na jakieś drzwi, ale były zamknięte. Potem ta sytuacja tylko się powtarzała. Następne wrota to samo i tak w kółko. Żadnych okien. Już miałam stamtąd iść, gdy nagle usłyszałam czyjś szloch. Dochodził on z jednego z tych pomieszczeń, które mijałam. Ostrożnie podeszłam i zaczęłam nasłuchiwać. Płacz stał się wyraźniejszy. Przez przypadek zahaczyłam ręką o drewniany stolik obok mnie, a mały wazonik, który na nim się znajdował, zachwiał się. Z przerażeniem w oczach obserwowałam nieuchronny bieg wydarzeń. Naczynie kołysało się coraz bardziej i bardziej, aż wreszcie z hukiem rozbiło się o podłogę, a ostre kawałki ceramiki rozprysły się na wszystkie strony. W pokoju obok ucichło.
- Kto tam jest?! - pisnął ktoś dziewczęcym głosikiem.
- Nikt kto chciałby cię skrzywdzić - odparłam po chwili namysłu.
Dobiegły do nas czyjeś wołania. Zapewne usłyszeli hałas... Wiedziałam, że muszę szybko coś wymyślić. Nagle mnie olśniło. Wytworzyłam szpony i zaczęłam majstrować przy zamku od drzwi. W ostatniej chwili wpadłam do celi jak huragan. Jasnowłosa dziewczyna przyglądała mi się dziwnie. Nie rozumiała jak ktoś mógł dobrowolnie wejść do więzienia, którym ten pokój najwyraźniej był. Gdy wszelkie odgłosy z zewnątrz ucichły, uśmiechnęłam się do niej.
- Jestem Lucia - wyciągnęłam w jej stronę dłoń, a ona niepewnie uścisnęła ją. - Mary Alice, prawda?
Pokiwała twierdząco głową.
- Nie bój się mnie, nic ci nie zrobię - starałam się zabrzmieć miło. - Nie wiem jak traktowali cię moi pobratymcy, ale i tak cię za nich przeproszę, bo wiem jacy są.
- Nie było źle - szepnęła, a gorzkie łzy popłynęły po jej bladych policzkach.
- Więc czemu płaczesz? - było mi jej szkoda, ale w końcu to szpieg...
- Ja... To nic - otarła twarz. - Po co tu przyszłaś o tej porze?
- Zgubiłam się - to chyba moje najczęstsze wytłumaczenie.
- No tak... - spojrzała na mnie z nadzieją. - Wiesz może czy mnie wypuszczą, a jeżeli tak, to kiedy?
- Wybacz, ale nic mi na ten temat nie wiadomo - przyznałam z żalem.
Naprawdę było mi przykro, że nie mogłam udzielić jej odpowiedzi. Nie znałam jej praktycznie w ogóle, ale chciałam jej pomóc. Może to była jakaś sztuczka Anioła? Nie miałam pojęcia. Ze smutkiem stwierdziłam, że muszę już iść, jeśli chcę uniknąć spotkania kogoś w towarzystwie więźnia. To raczej by mi tylko zaszkodziło.
- Jak się czegoś dowiem, zaraz cię poinformuję - obiecałam.
- Jesteś inna od swoich braci i sióstr - zwróciła się do mnie. - Masz dobre serce i to cię wyróżnia. Pielęgnuj to dobro w sobie, a zobaczysz, że jeszcze ci pomoże. Zdobędziesz wielu potężnych przyjaciół, ale też wrogów i musisz nauczyć się ich rozróżniać.
- Postaram się - zaczęłam otwierać drzwi. - Pa.
- Do zobaczenia.
Nie rozumiałam wtedy jej słów, ale już wkrótce na własnej skórze przekonałam się co oznaczają.
~~~~~~~~~~~~~~~~~
Przepraszam za wszelkie błędy, ale okropnie mi się wszystko tnie i w ogóle. :) Pozdrawiam, Alexandra.
sobota, 4 kwietnia 2015
Rozdział 35
Obudziłam się kilka dobrych godzin przed świtem. Próbowałam jeszcze zasnąć, ale w końcu wstałam, ubrałam się i zeszłam na dół. Nikogo nie było, więc wzięłam jedno jabłko z misy, która stała na stole i rozejrzałam się wokoło w poszukiwaniu zegarka. Dochodziła trzecia w nocy, czyli miałam sporo czasu zanim ktoś zacznie zakłócać mój spokój. Postanowiłam, że zwiedzę trochę budynek.
Błąkałam się bez celu po krętych korytarzach i jak można było się spodziewać, wkrótce się zgubiłam. Nagle dostrzegłam przytłumione światło sączące się spod ciężkich, dębowych drzwi jak wieczorna mgła. Powoli podeszłam do nich i ostrożnie zajrzałam do środka przez dziurkę od klucza. Przy starym, ale solidnym biurku stały dwie postacie, które ze sobą rozmawiały. Przyjrzałam im się. W pierwszej rozpoznałam Pana Piekieł, ale jego towarzysza nigdy wcześniej nie widziałam.
Był mniej więcej wzrostu Księcia Ciemności, może trochę niższy, ale niewiele, włosy miał jasnobrązowe i zielone, kocie oczy. Tłumaczył coś Lucyferowi, więc wytężyłam słuch. W tej chwili nie obchodziły mnie maniery.
- Nikt nie spotkał go od Wygnania - mężczyzna powoli tracił cierpliwość. - Naprawdę wierzysz, że jeszcze żyje? - spytał z politowaniem.
- Tak, Mefisto, wierzę - oparł się o mebel za sobą. - I przestanę póki nie zobaczę go całego i zdrowego albo nie dostarczą mi jego zwłok - głos mu się załamał, gdy wypowiadał ostatnie słowa.
Mefisto - gdzieś już słyszałam to imię, ale o tej godzinie ledwo pamiętałam własne, więc musiałam zastanowić się nad tym później.
- Stawiam na to drugie... - zaczął szmaragdowooki chłopak, który już po chwili stał przyciśnięty do kamiennej ściany z dłonią Pana Piekieł zaciśniętą na bladej szyi.
- Odwołaj to! - krzyknął blondyn i tylko wzmocnił uścisk.
- Musisz się z tym wreszcie pogodzić - wycharczał.
- Nie! - zawołał Książę Ciemności i puścił go, a ten ciężko dysząc, upadł na podłogę. - Nie.
Lucyfer usiadł w wielkim, skórzanym fotelu i milczał. Wydawał się taki mały i bezbronny, jak dziecko. Pierwszy raz widziałam go w takim stanie i nie był to miły widok. Zrobiło mi się go szkoda. Nie wiedziałam o kim mówili, ale najwyraźniej był to ktoś dla niego ważny. Brat? Przyjaciel? Nie miałam pojęcia.
Nagle brązowowłosy zaczął wstawać. Chwiejąc się delikatnie, podszedł do niego i położył mu dłoń na ramieniu. Uśmiechnął się pokrzepiająco, ale to nic nie dało. Westchnął i skierował się do wyjścia.
- Może ja już pójdę - pożegnał się. - Do zobaczenia wkrótce.
W ostatniej chwili odskoczyłam od drzwi i schowałam się w wąskim pasku cienia rzucanym przez nie. Mefisto rozejrzał się, ale na szczęście mnie nie zauważył. Zostawił lekko uchylone wrota, więc dobrze słyszałam jak Pan Piekieł uderza z wściekłością o blat biurka i syczy jakieś słowa w niezrozumiałym mi języku. Uznałam, że najlepiej będzie, jeżeli jak najszybciej opuszczę to miejsce.
Mijałam właśnie jadalnię, gdy zderzyłam się z impetem z czymś, a raczej... Z kimś. Wpatrywałam się bez słowa w zielonookiego nieznajomego, który niedawno opuścił gabinet Księcia Ciemności. Bałam się jego gniewu, ale nie wyglądał na kogoś rozłoszczonego. Bardziej rozbawionego.
- Gdzie ci się tak śpieszy? - zaśmiał się. - Tak wcześnie zaczynasz pracę?
- Nie jestem służącą - dopiero wtedy zrozumiałam, że popełniłam duży błąd. Starałam się schować za czarnymi jak noc włosami.
- To kim? - spojrzał na mnie zaciekawiony.
- Upadłym... - zaczęłam cicho.
- Upadłą Anielicą? - dokończył za mnie. - Co tu robisz o tej godzinie? - zdziwił się.
- Nie mogłam spać - wyznałam zgodnie z prawdą. - Muszę już iść.
- Oczywiście, ale zdradź mi tylko swoje imię - poprosił. - Ja nazywam się Mefisto - dodał.
Co mi szkodzi mu powiedzieć? - pomyślałam. Podniosłam głowę i bąknęła niewyraźnie:
- Lucia.
~~~~~~~~~~~~~~~~~
Udało mi się! :D Naprawdę bałam się, że nie wyrobię, ale jednak jest. Jutro też będzie notka, lecz już dzisiaj życzę Wam bogatego zająca, smacznego jajka i mokrego dyngusa. :) Pozdrawiam, Alexandra.
Błąkałam się bez celu po krętych korytarzach i jak można było się spodziewać, wkrótce się zgubiłam. Nagle dostrzegłam przytłumione światło sączące się spod ciężkich, dębowych drzwi jak wieczorna mgła. Powoli podeszłam do nich i ostrożnie zajrzałam do środka przez dziurkę od klucza. Przy starym, ale solidnym biurku stały dwie postacie, które ze sobą rozmawiały. Przyjrzałam im się. W pierwszej rozpoznałam Pana Piekieł, ale jego towarzysza nigdy wcześniej nie widziałam.
Był mniej więcej wzrostu Księcia Ciemności, może trochę niższy, ale niewiele, włosy miał jasnobrązowe i zielone, kocie oczy. Tłumaczył coś Lucyferowi, więc wytężyłam słuch. W tej chwili nie obchodziły mnie maniery.
- Nikt nie spotkał go od Wygnania - mężczyzna powoli tracił cierpliwość. - Naprawdę wierzysz, że jeszcze żyje? - spytał z politowaniem.
- Tak, Mefisto, wierzę - oparł się o mebel za sobą. - I przestanę póki nie zobaczę go całego i zdrowego albo nie dostarczą mi jego zwłok - głos mu się załamał, gdy wypowiadał ostatnie słowa.
Mefisto - gdzieś już słyszałam to imię, ale o tej godzinie ledwo pamiętałam własne, więc musiałam zastanowić się nad tym później.
- Stawiam na to drugie... - zaczął szmaragdowooki chłopak, który już po chwili stał przyciśnięty do kamiennej ściany z dłonią Pana Piekieł zaciśniętą na bladej szyi.
- Odwołaj to! - krzyknął blondyn i tylko wzmocnił uścisk.
- Musisz się z tym wreszcie pogodzić - wycharczał.
- Nie! - zawołał Książę Ciemności i puścił go, a ten ciężko dysząc, upadł na podłogę. - Nie.
Lucyfer usiadł w wielkim, skórzanym fotelu i milczał. Wydawał się taki mały i bezbronny, jak dziecko. Pierwszy raz widziałam go w takim stanie i nie był to miły widok. Zrobiło mi się go szkoda. Nie wiedziałam o kim mówili, ale najwyraźniej był to ktoś dla niego ważny. Brat? Przyjaciel? Nie miałam pojęcia.
Nagle brązowowłosy zaczął wstawać. Chwiejąc się delikatnie, podszedł do niego i położył mu dłoń na ramieniu. Uśmiechnął się pokrzepiająco, ale to nic nie dało. Westchnął i skierował się do wyjścia.
- Może ja już pójdę - pożegnał się. - Do zobaczenia wkrótce.
W ostatniej chwili odskoczyłam od drzwi i schowałam się w wąskim pasku cienia rzucanym przez nie. Mefisto rozejrzał się, ale na szczęście mnie nie zauważył. Zostawił lekko uchylone wrota, więc dobrze słyszałam jak Pan Piekieł uderza z wściekłością o blat biurka i syczy jakieś słowa w niezrozumiałym mi języku. Uznałam, że najlepiej będzie, jeżeli jak najszybciej opuszczę to miejsce.
Mijałam właśnie jadalnię, gdy zderzyłam się z impetem z czymś, a raczej... Z kimś. Wpatrywałam się bez słowa w zielonookiego nieznajomego, który niedawno opuścił gabinet Księcia Ciemności. Bałam się jego gniewu, ale nie wyglądał na kogoś rozłoszczonego. Bardziej rozbawionego.
- Gdzie ci się tak śpieszy? - zaśmiał się. - Tak wcześnie zaczynasz pracę?
- Nie jestem służącą - dopiero wtedy zrozumiałam, że popełniłam duży błąd. Starałam się schować za czarnymi jak noc włosami.
- To kim? - spojrzał na mnie zaciekawiony.
- Upadłym... - zaczęłam cicho.
- Upadłą Anielicą? - dokończył za mnie. - Co tu robisz o tej godzinie? - zdziwił się.
- Nie mogłam spać - wyznałam zgodnie z prawdą. - Muszę już iść.
- Oczywiście, ale zdradź mi tylko swoje imię - poprosił. - Ja nazywam się Mefisto - dodał.
Co mi szkodzi mu powiedzieć? - pomyślałam. Podniosłam głowę i bąknęła niewyraźnie:
- Lucia.
~~~~~~~~~~~~~~~~~
Udało mi się! :D Naprawdę bałam się, że nie wyrobię, ale jednak jest. Jutro też będzie notka, lecz już dzisiaj życzę Wam bogatego zająca, smacznego jajka i mokrego dyngusa. :) Pozdrawiam, Alexandra.
piątek, 3 kwietnia 2015
Rozdział 34
Z rozdziawioną buzią wpatrywałam się w drobną postać, która zdawała się wtedy jeszcze mniejsza. Blada, chuda... Wyglądała jak dziecko, którym zapewne była. Jej niewinne szaro-niebieskie oczy ukryte były za zasłoną włosów tak jasnych, że prawie białych. Zebrani milczeli, a Pan Piekieł wpatrywał się w nią, jakby właśnie ujrzał starego znajomego i nie był z tego powodu zbyt rad. Dziewczyna ze wszelkich sił starała się umknąć jego wzroku.
Poczułam, że ktoś szarpie mnie za ramię. Z wyrzutem spojrzałam na Marcellego. Co to, to nie! Wiedziałam, że zostanę tam, a on nie miał prawa mi tego zakazać. Mój Przewodnik pokręcił jedynie głową i odpuścił. Zdziwiło mnie to, ale postanowiłam skorzystać z sytuacji i wróciłam do obserwacji.
Dalej panowała grobowa cisza, jakby każdy bał się ją przerwać. W końcu uczynił to Władca Ciemności.
- Witaj, Mary Alice - zaczął spokojnym głosem. - Dawno się nie widzieliśmy... Ile to? Trzysta lat?
- Czterysta - poprawiła go cicho.
- Naprawdę? - ze zdziwieniem uniósł brwi. - Jak ten czas leci... Już straciłem rachubę.
- Nie dziwię się - uśmiechnęła się słabo. - Cztery wieki to dużo, a ty pewnie miałeś ważniejsze rzeczy na głowie niż rozmyślanie o byłych przyjaciołach.
- Zgadłaś.
Choć ich relacje nie były takie jak dawniej, to te słowa mimo wszystko musiały ją bardzo zranić. Nie byłam pewna, czy było to celowe, ale i tak to okrutne. Czegoś takiego nie chciałoby się usłyszeć od wroga, a co dopiero od kogoś, kto kiedyś był ci bliski. Bardziej lub mniej, ale bliski.
- I ty byłeś aniołem?! - prychnęła zgorszona, a jej ledwo co odzykany humor prysnął jak mydlana bańka.
- A ty nadal jesteś i co z tego?
Anioł?! Taki z nieba, który pilnuje ludzi, dba, aby nie byli źli?
- To, że ja jestem dobra, a ty nie - zaczęła. - To, że mnie podaje się jako przykład do naśladowania, a tobą straszy się niegrzeczne dzieci. To, że...
- Dosyć! - krzyknął wściekły blondyn, a jego szafirowe oczy pociemniały. - Zabrać ją skąd - rozkazał i wyszedł z pomieszczenia głośno trzaskając drzwiami.
Chwilę nikt nic nie mówił, ale w końcu dwaj strażnicy podeszli powoli do więźnia i wyprowadzili ją. Rispie również opuścił pomieszczenie pod pretekstem dopilnowania, żeby Mary Alice trafiła do odpowiedniej celi. Został tylko Raziel.
- Miło z twojej strony, że przedstawiłeś jej z grubsza moją sylwetkę, braciszku - Marcello znikąd pojawił się obok chłopaka.
Odruchowo rozejrzałam się po małym pokoiku, w którym się znajdowałam. Sama. Nawet nie zauważyłam, kiedy zniknął. Jakby wyparował... Raziel jednak nie wydawał się tym zaskoczony. Najwidoczniej już do tego przywykł.
- Skąd wiedziałem, że będziesz podsłuchiwał?
- Po prostu mnie znasz - wyszczerzył białe jak śnieg zęby.
- Twoja podopieczna - ta wkurzająca małolata - też tu jest?
Wkurzająca małolata?! Wypraszam sobie! Co on sobie myślał?! Byłam tak oburzona, że ze złości kopnęłam w ścianę przede mną, co spowodowało jedynie dużo hałasu i ból. Usłyszałam ich niezbyt miły śmiech.
- Tak... Chyba będę musiał po nią pójść, bo w końcu coś zniszczy - odparł, po czym zwrócił się do mnie. - Nic ci się nie stało, skarbie? - spytał z udawaną troską.
- Uważaj, żeby ci się nic nie stało - wysyczałam.
- Jaka bezczelna - zauważył Raziel. - Będzie z niej dobra Upadła Anielica.
Nie byłam zbyt wdzięczna za taki komplement. Chciałam tylko jak najszybciej się stamtąd wydostać i udać się do swojego pokoju. Nie miałam najmniejszej ochoty przebywać, z którymś z tego przerażającego rodzeństwa ani sekundy dłużej. Czy jedynie Clementina była choć trochę normalna?!
- Zabierz mnie skąd - zażądałam. Mój głos zabrzmiał jak zduszony szloch.
- Niby czemu, kochanie? - Marcello spojrzał na mnie z wyższością.
- Zrób to, o co prosi, bo zaraz się jeszcze popłacze - kpił jego brat.
- Zgoda - westchnął. - Zaraz będę z powrotem.
***
Jego czarne oczy błyszczały w przytłumionym świetle korytarza. Wędrowaliśmy już jakiś czas, a on nie odezwał się nawet słowem. To nie była to ta sama droga co przedtem.
- Gdzie idziemy? - nie wytrzymałam.
- Dama musi być cierpliwa, słońce - powiedział. - Ale ty też możesz spróbować.
Prychnęłam zszokowana. Jeszcze jedna taka odzywka, a dostałby w twarz. W sumie to od każdej innej dziewczyny już dawno by dostał.
Nagle zatrzymał się przed małymi prostokątnymi drzwiczkami. Powoli zaczął je otwierać, a ja poczułam zimne powietrze wdzierające się do środka. Gestem ręki nakazał mi przez nie wyjść. Po chwili zastanowienia zrobiłam to. Znalazłam się na dachu. Odwróciłam się w jego kierunku i spojrzałam na niego zdziwiona.
- Skąd już chyba trafisz do swojej sypialni - uśmiechnął się wrednie i zatrzasnął wrota.
Na początku próbowałam je otworzyć, ale moje starania były płonne. Zamknął je na klucz. Z resztą i tak bym się tam jedynie zgubiła. Z westchnieniem wykształciłam krucze skrzydła i zleciałam na sam dół, a stamtąd ruszyłam prosto do pokoju. Nie raczyłam nawet odpowiedzieć na pytanie Jacka, którego spotkałam w holu.
Gdy wreszcie dotarłam na miejsce, rzuciłam się na łóżko i natychmiast zasnęłam.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
W końcu dodaję notkę! :D Nawet nie wiecie jak za tym tęskniłam. Od dzisiaj rozdziały znów będą codziennie. :) Co prawda na blogu pojawiać będą się wieczorem, ale wcześniej się nie wyrobię... Mam nadzieję, że nie przeszkadza Wam to za bardzo. Pozdrawiam, Alexandra.
Poczułam, że ktoś szarpie mnie za ramię. Z wyrzutem spojrzałam na Marcellego. Co to, to nie! Wiedziałam, że zostanę tam, a on nie miał prawa mi tego zakazać. Mój Przewodnik pokręcił jedynie głową i odpuścił. Zdziwiło mnie to, ale postanowiłam skorzystać z sytuacji i wróciłam do obserwacji.
Dalej panowała grobowa cisza, jakby każdy bał się ją przerwać. W końcu uczynił to Władca Ciemności.
- Witaj, Mary Alice - zaczął spokojnym głosem. - Dawno się nie widzieliśmy... Ile to? Trzysta lat?
- Czterysta - poprawiła go cicho.
- Naprawdę? - ze zdziwieniem uniósł brwi. - Jak ten czas leci... Już straciłem rachubę.
- Nie dziwię się - uśmiechnęła się słabo. - Cztery wieki to dużo, a ty pewnie miałeś ważniejsze rzeczy na głowie niż rozmyślanie o byłych przyjaciołach.
- Zgadłaś.
Choć ich relacje nie były takie jak dawniej, to te słowa mimo wszystko musiały ją bardzo zranić. Nie byłam pewna, czy było to celowe, ale i tak to okrutne. Czegoś takiego nie chciałoby się usłyszeć od wroga, a co dopiero od kogoś, kto kiedyś był ci bliski. Bardziej lub mniej, ale bliski.
- I ty byłeś aniołem?! - prychnęła zgorszona, a jej ledwo co odzykany humor prysnął jak mydlana bańka.
- A ty nadal jesteś i co z tego?
Anioł?! Taki z nieba, który pilnuje ludzi, dba, aby nie byli źli?
- To, że ja jestem dobra, a ty nie - zaczęła. - To, że mnie podaje się jako przykład do naśladowania, a tobą straszy się niegrzeczne dzieci. To, że...
- Dosyć! - krzyknął wściekły blondyn, a jego szafirowe oczy pociemniały. - Zabrać ją skąd - rozkazał i wyszedł z pomieszczenia głośno trzaskając drzwiami.
Chwilę nikt nic nie mówił, ale w końcu dwaj strażnicy podeszli powoli do więźnia i wyprowadzili ją. Rispie również opuścił pomieszczenie pod pretekstem dopilnowania, żeby Mary Alice trafiła do odpowiedniej celi. Został tylko Raziel.
- Miło z twojej strony, że przedstawiłeś jej z grubsza moją sylwetkę, braciszku - Marcello znikąd pojawił się obok chłopaka.
Odruchowo rozejrzałam się po małym pokoiku, w którym się znajdowałam. Sama. Nawet nie zauważyłam, kiedy zniknął. Jakby wyparował... Raziel jednak nie wydawał się tym zaskoczony. Najwidoczniej już do tego przywykł.
- Skąd wiedziałem, że będziesz podsłuchiwał?
- Po prostu mnie znasz - wyszczerzył białe jak śnieg zęby.
- Twoja podopieczna - ta wkurzająca małolata - też tu jest?
Wkurzająca małolata?! Wypraszam sobie! Co on sobie myślał?! Byłam tak oburzona, że ze złości kopnęłam w ścianę przede mną, co spowodowało jedynie dużo hałasu i ból. Usłyszałam ich niezbyt miły śmiech.
- Tak... Chyba będę musiał po nią pójść, bo w końcu coś zniszczy - odparł, po czym zwrócił się do mnie. - Nic ci się nie stało, skarbie? - spytał z udawaną troską.
- Uważaj, żeby ci się nic nie stało - wysyczałam.
- Jaka bezczelna - zauważył Raziel. - Będzie z niej dobra Upadła Anielica.
Nie byłam zbyt wdzięczna za taki komplement. Chciałam tylko jak najszybciej się stamtąd wydostać i udać się do swojego pokoju. Nie miałam najmniejszej ochoty przebywać, z którymś z tego przerażającego rodzeństwa ani sekundy dłużej. Czy jedynie Clementina była choć trochę normalna?!
- Zabierz mnie skąd - zażądałam. Mój głos zabrzmiał jak zduszony szloch.
- Niby czemu, kochanie? - Marcello spojrzał na mnie z wyższością.
- Zrób to, o co prosi, bo zaraz się jeszcze popłacze - kpił jego brat.
- Zgoda - westchnął. - Zaraz będę z powrotem.
***
Jego czarne oczy błyszczały w przytłumionym świetle korytarza. Wędrowaliśmy już jakiś czas, a on nie odezwał się nawet słowem. To nie była to ta sama droga co przedtem.
- Gdzie idziemy? - nie wytrzymałam.
- Dama musi być cierpliwa, słońce - powiedział. - Ale ty też możesz spróbować.
Prychnęłam zszokowana. Jeszcze jedna taka odzywka, a dostałby w twarz. W sumie to od każdej innej dziewczyny już dawno by dostał.
Nagle zatrzymał się przed małymi prostokątnymi drzwiczkami. Powoli zaczął je otwierać, a ja poczułam zimne powietrze wdzierające się do środka. Gestem ręki nakazał mi przez nie wyjść. Po chwili zastanowienia zrobiłam to. Znalazłam się na dachu. Odwróciłam się w jego kierunku i spojrzałam na niego zdziwiona.
- Skąd już chyba trafisz do swojej sypialni - uśmiechnął się wrednie i zatrzasnął wrota.
Na początku próbowałam je otworzyć, ale moje starania były płonne. Zamknął je na klucz. Z resztą i tak bym się tam jedynie zgubiła. Z westchnieniem wykształciłam krucze skrzydła i zleciałam na sam dół, a stamtąd ruszyłam prosto do pokoju. Nie raczyłam nawet odpowiedzieć na pytanie Jacka, którego spotkałam w holu.
Gdy wreszcie dotarłam na miejsce, rzuciłam się na łóżko i natychmiast zasnęłam.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
W końcu dodaję notkę! :D Nawet nie wiecie jak za tym tęskniłam. Od dzisiaj rozdziały znów będą codziennie. :) Co prawda na blogu pojawiać będą się wieczorem, ale wcześniej się nie wyrobię... Mam nadzieję, że nie przeszkadza Wam to za bardzo. Pozdrawiam, Alexandra.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)