czwartek, 26 marca 2015

Ważne!

       :( Bardzo mi przykro, ale następna notka ukaże się dopiero za tydzień, bo po prostu nie mam teraz kiedy jej napisać. :( Jest szansa, że uda mi się coś dodać w weekend, ale nic nie obiecuję. Jeszcze trochę, a rozdziały znów będą regularnie. :) Szkoła to szkoła i muszę się na niej trochę bardziej skupić, lecz już po świętach postaram się tak rozporządzić czasem, że znów codziennie będę coś wstawiać. Pozdrawiam, Alexandra.

poniedziałek, 23 marca 2015

Rozdział 33

       Do twierdzy dotarliśmy w przeciągu kilku minut. W korytarzach panował ogromny harmider, każdy chciał dowiedzieć się czegokolwiek na temat szpiega. Ci, którzy ponoć  widzieli, opisywali go jako postawnego mężczyznę udającego strażnika, był w takim też stroju. Plotki mnożyły się w zastraszającym tempie. Wątpiłam, czy w ogóle miały w sobie, choć ziarnko prawdy.

       Mimo tego, że w przesłuchaniu nie wolno było uczestniczyć nikomu, oprócz Lucyfera, Rispiego, Raziela, Clementiny, która nie przyszła i oczywiście samego więźnia, to Marcello i tak znalazł sposób, aby brać w nim udział, a ja razem z nim. Mianowicie - ten chłopak znał więcej tajemnych przejść i pomieszczeń niż sami projektanci tego budynku. Nie miałam pojęcia jak, gdyż z tego co wiedziałam, nie przebywał tu za często.

       Z naszej kryjówki mieliśmy idealny podgląd na całą sytuację. Konfidenta jeszcze nie wprowadzono, ale oczekiwanie nie trwało długo. Po niecałym kwadransie dwóch wartowników zaciągnęło chudą, jakby wymizerniałą postać na środek pokoju, a potem brutalnie posadziło ją na dębowym, lekko przypalonym krześle. Odziany był w coś, co przypominało asasyńskie szaty, a szczupłą, bladą twarz skrywał szeroki pas materiału tak samo obsydianowoczarnego jak reszta ubioru. Nie odznaczał się zbyt szczególnie wysokim wzrostem ani wielką posturą - zwyczajny kilkunastolatek.

- Jak się nazywasz? - spytał Pan Piekieł głosem zimnym jak lód.

       Odpowiedziała mu cisza.

- Jak się nazywasz? - ponowił pytanie.

       Głuche milczenie znów zapanowało w jadalni.

- Wiesz z kim masz do czynienia? - blondyn zachował zimną krew.

       Nadal nic.

- Odcięto ci język, bezczelny szpiclu?! - Rispie postanowił się wtrącić. Wydać się mogło, że jego rysy były jeszcze ostrzejsze, niż zwykle.

       Żywiłam cichą nadzieję, że wkrótce coś się wydarzy, bo przebywanie we dwójkę w klitce tak małej, że nawet jedna osoba miałaby tam bardzo ograniczoną swobodę ruchów, nie należało do rzeczy najprzyjemniejszych. Marcello w ogóle to nie zwracał na to uwagi, gdyż wpatrywał się w szpiega od dłuższego czasu, jakby w ten sposób mógł przeniknąć wzrokiem przez czarną jak węgiel tkaninę i ujrzeć jego prawdziwe oblicze.

- Mam dla ciebie radę - zaczął Raziel spokojnym i miłym tonem. Cały czas stał do zebranych tyłem, ale ja dobrze widziałam jego buzię.  - Wyjaw wszystko teraz, bo im dłużej zwlekasz, tym bardziej będziesz potem cierpieć. A wtedy nie obronię cię ani ja, ani nikt inny - ciągle się uśmiechał, ale był to uśmiech, który nie wróżył niczego dobrego. - Ale teraz mogę, chociaż spróbować.

        Tajemnicza postać prychnęła. Widać wypowiedź Upadłego Anioła nie wywarła na niej porządanego efektu. Spojrzałam na mojego towarzysza. Przez chwilę był nieobecny i marszył z zastanowieniem czoło. Nagle otwarł szeroko atramentowe oczy, jakby doznał olśniania. Zaśmiał się cicho pod nosem.

- Naprawdę nas nie doceniasz - Raziel odwrócił się do więźnia przodem, a ten z sykiem wciągnął powietrze. "Przyozdobione" trzema bliznami lico chłopaka mogło przerazić nawet dorosłego mężczyznę. - O co chodzi? - spytał, choć dobrze wiedział. - Ach! O to - dotknął dłonią szram. - To zasługa mojego kochanego braciszka. Zapewne za niedługo go poznasz, gdyż jest bardzo wścibski. Przemiły jegomość - ironia była bardziej, niż dostrzegalna.

         Przez twarz Marcello przemknął cień zadowolenia, jakby był dumny ze swojej niezbyt pochlebnej opinii. Pokręciłam głową i bezgłośnie westchęłam.

- Więc - zaczął Książę Ciemności. - Może teraz się przedstawisz?

         Konfident pokręcił jedynie przecząco głową.

- Rispie - Lucyfer przywołał go gestem ręki.

- Yhm - mruknął, ale natychmiast odżył, słysząc polecenie.

- Zdejmij mu maskę - rozkazał.

- Ja sobie życzysz - odparł z widoczną satysfakcją.

           Źrenice szpiega rozszerzyły gwałtownie, gdy mój brat pozbawił go jedynej rzeczy, która pozwalała mu ukryć swą tożsamość. W sali zapanowało milczenie, gdyż okazało się, że zagrożeniem dla nich była... Drobna, młoda dziewczyna.


                                                         ~~~~~~~~~~~~~~~~~


Przepraszam, że nie było nowych rozdziałów, ale nie miałam, kiedy się za to wziąć. :) Pozdrawiam, Alexandra.

piątek, 20 marca 2015

Rozdział 32

       Od trzech dni trwały prace przy odbudowie jadalni. Przyjęto wersję, że to był zwyczajny pożar, ale ja wiedziałam swoje. Lucyfer przychodził tylko wtedy, gdy miał ochotę, ale i tak zachowywał się, jakby zaciągnięto go tu siłą. Marcello, co prawda uczestnił w tym od początku, lecz jak można było się spodziewać, jego "pomoc" polegała na wygłupianiu się. Skończyło się na tym, że pobrudził świeżo pomalowaną ścianę i dostał zakaz wchodzenia tam aż do odwołania. Okazało się, że najmniej zaangażowane w to przedsięwzięcie, były osoby, które zawiniły. Rispie również nie miał zamiaru nic robić w tym kierunku, a Raziel i Clementina znikali na całe dnie. Nie ufałam im... Pojawili się nagle i znikąd, a oni praktycznie od razu im zaufali. Nie wszyscy, ale większość.

        Po kilku godzinach postanowiłam trochę odpocząć i przewietrzyć się. Szłam właśnie koło starego, ogromnego dębu. Gdy byłam młodsza, miałam może dziesięć lub jedenaście lat, uwielbiałam wspinać się po wysokich drzewach, które rosły w lasku za naszym domem. Kiedy chciałam uciec od wspomnień związanych z mamą lub Krispinem, wchodziłam coraz wyżej, jakby to w coś dawało. Chociaż, gdy byłam już na szczycie, adrenalina zwyciężyła i już nie myślałam o nich. Po chwili zastanowienia zaczęłam wdrapywać się na najniższe gałęzie, ale na nich nie poprzestałam. Byłam już prawie na samej górze, gdy usłyszałam czyjś śmiech. Wystraszyłam się i prawie spadłam, ale w ostatniej chwili chwyciłam się rękami konaru. Wiedziałam, że długo się tak nie utrzymam, więc pośpiesznie zaczęłam się podciągać.

- Zamierzasz rozpocząć karierę małpy cyrkowej, skarbie? - spytał, a ja już byłam bezpieczna i ciężko dyszałam.

- Co masz na ubraniu? - nie odpowiedziałam na zadane mi pytanie.

- To tylko białe pióro, słońce - odparł i otrzepał płaszcz. - Nie bój się, nic ci nie zrobi.

- Przecież wiem - zaczerwieniłam się. - Ale skąd ono się wzięło?

- Nie ma pojęcia - wzruszył ramionami. - To należy do Raziela.

         Popatrzyłam na niego ze zdziwieniem.

- On nigdy nie pozwalał mi nawet dotykać swoich rzeczy, więc wykorzystałem okazję i mu ją wziąłem.

         Uznałam, że lepiej nie drążyć tematu i usiadłam wygodniej. Marcellemu zachciało się poćwiczyć rzucanie ostrymi przedmiotami, a za cel wybrał gałąź, na której byłam. Na początku się tym nie przejęłam, bo myślałam, że ma tylko swój sztylet, lecz okazało się, że wziął z kuchni wszystkie noże. Wkrótce obszar wokół mnie wyglądał jak jeż. Ale wreszcie skończyła mu się broń.

- Może byś zeszła, złotko?

- Po co?

- Bo boli mnie już kark od tego, że ciągle muszę zadzierać głowę do góry.

- To tego nie rób i po prostu sobie stąd pójdź - zaproponowałam.

- Powiem to inaczej. Zrób co ci każę albo spowoduję, że stamtąd spadniesz.

          Po chwili znalazłam się na dole. Byłam pewna, że był gotów spełnić swą groźbę, więc wolałam nie ryzykować. Nie miałam najmniejszej ochoty przebywać w jego towarzystwie, ale też nie chciałam wracać jeszcze do koszarów, do osób, które tam były. Wolnym krokiem ruszyłam na północ, choć szczerze, nigdy tam jeszcze nie byłam. Mój Przewodnik udał się za mną.

- Zaraz się zgubisz, kochanie - stwierdził.

- I tak nie zawrócę - burknęłam.

- Potem będziesz żałować... - ostrzegł.

- Zaryzykuję.

             Nagle usłyszeliśmy, że ktoś nas woła po imieniu. Popatrzyliśmy w tamtym kierunku.

- Lucia! Marcello! - wołała Lisa i rozglądała się dookoła. W końcu nas zauważyła. - O! Tu jesteście!

- Co chcesz? - powiedział szorstko chłopak.

- Lucyfer kazał wam wracać - wytłumaczyła się.

- W jakim celu?

- Złapali szpiega.

             Mój nauczyciel przez chwilę stał nieruchomo, ale nagle wykształcił skrzydła i poleciał do twierdzy. Poszłyśmy w jego ślady.


                                                    ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~


Przepraszam za wszelkie błędy, ale pisząc to, bardzo się śpieszyłam, bo jadę właśnie do rodziny na weekend i mam do dyspozycji jedynie tablet, a w każdej chwili może paść mi bateria. :) Pozdrawiam, Alexandra.

czwartek, 19 marca 2015

Rozdział 31

                                                         Z perspektywy Lucyfera.

        Dziewczęta opuściły nas pośpiesznie i zostawiły samych. Clementina zapewnie wiedziała, że nie był to najlepszy pomysł, ale i tak to zrobiła. Rozejrzałem się po pomieszczeniu. Po wspaniałych meblach i gobelinach zostały tylko zgliszcza. Lekko smucił mnie ten widok, gdyż po tylu latach tu spędzonych, przyzwyczaiłem się już do tego miejsca. Najgorsze jest to, że to ja przyczyniłem się do jego zniszczenia... Moje rozmyślania przerwał bezwstydnie Marcello.

- Czyli wszyscy zginiemy, tak? - spytał, jakby z nadzieją z czarnych oczach. - A będzie to bolesna, czy raczej długa śmierć? A może to i to?

- Nikt nie umrze - zapewniłem.

- Szkoda - westchnął.

         Uważnie przyglądałem się atramentowowłosemu chłopakowi. Nigdy nie wiedziałem, czy tylko żartuje, czy naprawdę tego chce. Gdy tu przybył te kilka lat temu, nie zachowywał się tak jeszcze. Co prawda był trochę inny, ale wtedy uznałem to za szok. W końcu nie codziennie dowiadujemy się o istnieniu mistycznych stworzeń i o tym, że byliśmy jedną z nich. Jednak to nie przemijało, a wręcz nasilało się z każdym dniem...

- Jak ty tak możesz mówić?! - Raziel nie wytrzymał.

         Gdy się dziwił, marszczył nos. Robił to tak samo jak Asmodeusz... Z sykiem wciągnąłem powietrze. Nie mogłem wtedy o nim wspominać. Nie widziałem go od wygnania i nawet nie wiedziałem, czy jeszcze żył. Miałem nadzieję, że nic mu nie było... Ale wtedy nie był na to czas, musiałem zająć się ważniejszymi sprawami od niego. Chociaż nie sądziłem, aby takie rzeczy naprawdę były.

- Nie oddam ci sztyletu! - nie słyszałem większości ich rozmowy. - To moja własność, braciszku! Moja! - wyraźnie zaznaczył ostatnie słowo.

          Braciszku... Nagle coś sobie przypomniałem. Odwróciłem się w stronę Rispiego, który o dziwo nic nie mówił. W jednej chwili arogancki i samolubny dwudziestoletni mężczyzna zmienił się w niepewnego swojego losu chłopca. Normalnie by się nie bał, ale wtedy doskonale zdawał sobie sprawę, że nie byłem w nastroju, a on z chwilowo niesprawną ręką nie ma ze mną najmniejszych szans.

- Chyba masz nam coś do powiedzenia - mój głos był zimniejszy od stali. - Dlaczego nas okłamywałeś?!

- J-ja... - jąkał się, a cała jego pewność siebie dawno zniknęła.

- Niespodziewanie zapomniałeś, tak?! - krzynąłem.

- Wreszcie robi się ciekawie! - zawołał radośnie Marcello.

            Podszedłem do niego, a on cofnął się o krok, przy okazji zrzucając jeden z ocalałych wazonów na podłogę, a ten rozbił się. Hałas był dość duży.

- Gadaj!

          Nagle drzwi otworzyły się z hukiem. Stała w nich cała czerwona ze złości Clementina. Było to niezwykłe połączenie z jej białymi jak śnieg włosami i karminowymi oczami. Za nią dało się dostrzec Lucię siedzącą na sofie w korytarzu. Krucze loki zakrywały jej częściowo twarz i nadawały tej drobnej, bladej postaci jeszcze bardziej dziecinny wygląd. Wydawała się taka zagubiona, niewinna... I słaba. Nie pasowała na Upadłego Anioła. Chociaż to mogły być jedynie pozory.

- Mieliście omawiać taktykę obrony, a nie się kłócić! - dała upust swojej złości. - Jeżeli tak będziecie planować, to od razu się poddajcie!

          Jej kazanie trwało prawie kwadrans, ale kiedy wyszła, zapanowała cisza jak makiem zasiał. Słychać było nawet brzęczenie muchy na drugim końcu pomieszczenia. Stan ten utrzymał się jeszcze kilka minut, ale i on musiał się kiedyś skończyć.

- Zbeształa cię moja siostra! - kpił w najlepsze Marcello. - Moja dziewiętnastoletnia siostrzyczka!

- Zamilcz w końcu - jęknąłem. - Czy ty naprawdę potrzebujesz cały czas mówić?!

- Tak - pokiwał głową i zaczął zmierzać do wyjścia z pomieszczenia. - I mam dla ciebie radę. Ciągle się złościsz i zamyślasz, a to bardzo przeszkadza w rządzeniu czymkolwiek, więc zapomnij o nim, bo i tak pewnie nie żyje.

           Na początku nie rozumiałem o co mu chodzi, ale potem mnie olśniło. Przecież czytał mój dziennik i wiedział o Asmodeuszu...

- Odwołaj to! - wybuchnąłem i posłałem w jego stronę kulę ognia, ale on już był po drugiej stronie wrót.

- Nie odwołam tego, Lucusiu! - zawołał.

             Byłem pewien, że coś mu zrobię. Z każdą chwilą irytował mnie coraz bardziej.

- O kim on mówił? - zaciekawił się Raziel, a Rispie wpartywał się wyczekująco.

- Nie wasz interes! - wrzasnąłem i wyszedłem bocznymi drzwiami. - Ani wasz ani nikogo innego - dodałem choć wiedziałem, że już i tak mnie nie słyszą.


                                                       ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~


Następna notka będzie już z perspektywy Luci, ale jeżeli chcecie co jakiś czas tego typu rzeczy, to napiszcie mi w komentarzach. Ważna jest dla mnie Wasza opinia. :)
Pozdrawiam, Alexandra.

       

środa, 18 marca 2015

Rozdział 30

       W milczeniu wpatrywaliśmy się w bladą twarz Clementiny. Jej karminowe oczy były puste i smutne, ale jeżeli dobrze się przyjrzeć, dało się dostrzec też zrozumienie i doświadczenie, którego miała aż za dużo jak na tak młody wiek. Wydawała się miła, musiałam z nią porozmawiać. W drobnej, chudej dłoni mocno ściskała czarny kryształek. Zapomniałam, że w ogóle go wzięła... Spojrzałam na Rispiego. Orle rysy jego twarzy stężały, a ja nie wiedziałam, czy martwi go to, co przed chwilą ułyszał, czy to, że wygadałam nasz sekret. Książę Ciemności przeczesał gęste, jasne włosy szczupłymi palcami i przecząco kiwał głową.

- To nie może być prawda - mruczał pod nosem. - Przecież mieliśmy jeszcze czas...

- Ale o co chodzi? - byłam zdezorientowana.

- Chodź - białowłosa przywołała mnie ruchem ręki. - Chłopcy chyba muszą o czymś ze sobą porozmawiać, a ja ci w tym czasie wszystko wyjaśnię.

       Ledwo zamknęły się za nami drzwi, a już było słychać ich podniesione głosy. Nie chciałbym tam wtedy być. Dziewczyna z westchnieniem usiadła na wzorzystej sofie obitej zielonkawo-niebieskim żakardem, a ja uczyniłam tak samo. Myślałam, że zapadnę się w miękkich jak puch poduszkach, ale ona najwyraźniej była do tego typu rzeczy przyzwyczajona. Po chwili popatrzyła mi prosto w fiołkowe oczy.

- Jakaś Mroczna Istota postanowiła zbuntować się przeciwko władzy Pana Piekieł - wytłumaczyła zanim zdążyłam zadać pytanie. - Nie wszystkim pasuje to, że to on rządzi tą krainą. Według nich, Lucyfer to rozkaprysiony bachor z huśtawką nastrojów, który nie poradzi sobie z taką odpowiedzialnością. Od zawsze spiskowali, ale teraz ktoś postanowił zacząć działać.

- A uda mu się?

- Nie sądzę - uśmiechnęła się wymuszenie. - Oni mają sprzymierzeńców, ale nasi są silniejsi...

       Jej wypowiedź przerwał głośny huk dochodzący z jadalni. Widać, świetnie się tam dogadywali. Mogłam się założyć, że po ich "pokojowych" rozmowach będziemy mieli dużo roboty z zakładaniem szwów i opatrunków. W końcu Clementina zrezygnowana wstała i weszła tam do nich. Usłyszałam tylko jej zdenerwowane wrzaski. Trwało to kilka minut, ale gdy już tu wróciła, była spokojna i rozpromieniona, a w pomieszczeniu obok wreszcie panowała cisza.

- Mogę spytać się o coś nie związanego z tematem? - ukryłam twarz za czarnymi lokami.

        Przytaknęła.

- Skąd Raziel ma te blizny? - wymamrotała bardzo szybko i niezrozumiale. - Jak nie chcesz to nie odpowiadaj.

- Ale niby dlaczego? - zdziwiła się. - Masz prawo wiedzieć. Raziel miał wtedy niecałe osiemnaście lat, ja piętnaście, a młody jedenaście. Zapowiadał się piękny dzień - jej oczy zrobiły się wilgotne.  - Mieliśmy popływać, a w Wenecji o wodę nie trudno, ale Marcello od początku wyrażał niechęć do tego pomysłu. Załamał się po śmierci rodziców, a od niej minęło wtedy niewiele ponad cztery miesiące - po jej policzkach spływały pojedyncze łzy. -  Zaproponował bratu walkę. Oboje myśleliśmy, że będzie ona wyglądała tak, jak zawsze, że potarzają się trochę po ziemi i tyle... Ale nie tym razem. Nie wiedzieliśmy, że umiał już w tak wczesnym wieku wykształcić szpony. Jeszcze nie skrzydła, ale szpony. Wtedy użył ich po raz pierwszy...

- J-ja... Przepraszam. Nie chciałam - byłam wstrząśnięta.

- Nic się nie stało - wytarła buzię w chusteczkę. - Nie chowaliśmy urazy, bo zrobił to przez przypadek. Tylko się bawił...

         Nadal byłam w szoku. Oni chyba naprawdę wierzyli, że Marcello nie uczynił tego specjalnie, ale ja uważałam, że doskonale wiedział co robi. Mógł nawet go zabić! Zniszczył mu życie, bo co ma począć młody mężczyzna, który został tak oszpecony? Przecież w tamtych czasach medycyna była słabo rozwinięta i to cud, że wyszedł z tego jedynie z czymś takim, ale to i tak okropne...

         Nagle wrota sali otworzyły się z łaskotem. Wypadł z nich nie kto inny, tylko Marcello. W ostatniej chwili uchylił się przed kulą czarnego ognia, lecącą w jego kierunku. Błyskawicznie zatrzasnął drzwi i oparł się o nie plecami.

- Nie odwołam tego, Lucusiu! - wrzasnął do Księcia Ciemności będącego po drugiej stronie. - Wszystko idzie, jak należy - zwrócił się do nas, szczerząc białe zęby.

          Przyglądałam mu się z pogardą. Obsydianowe włosy były rozczochrane, lekko kulał, a z lewego kącika ust ciekła mu wąska smużka szkarłatnej krwi.

- Co się stało, skarbie? - poprawił fryzurę. - Prawie się tam dogadaliśmy, słońce - znów doszły do nas krzyki. - Prawie - zaznaczył.


                                                         ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~


Następny rozdział zrobię z perspektywy, któregoś z obecnych podczas kłótni. :) Muszę tak uczynić, bo Luci nie było tam wtedy. Czasem będę zmuszona tak robić, bo inaczej ominę wiele istotnych bardziej lub mniej rzeczy. :) Pozdrawiam, Alexandra.

wtorek, 17 marca 2015

Rozdział 29

        Dwie tajemnicze postacie stały pośrodku pogorzeliska i z litością kiwały głowami. Rodzeństwo Marcellego najwyraźniej nie pochwalało dziecinnego zachowania brata i Pana Piekieł. Niezadowolone miny ich obojga mówiły same za siebie. Rispie wolnym, ale nie pozbawionym swej zwykłej dumy krokiem podszedł do "kolegów". Dopiero wtedy zauważyłam, że nadal kurczowo trzyma się za dłoń, która bolała go niemiłosiernie. Książę Ciemności wbił zawstydzone spojrzenie w podłogę, a gęste, blond włosy opadły na jego twarz. Wydawało mi się, że jego tęczówki odzyskały dawny szafirowy kolor. Zleflektował się... Nieczęsto spotykał się z sprzeciwem, czy inną tego typu rzeczą, więc to było dla niego niecodzienne wydarzenie.  Natomiast Marcello, jakby w ogóle nie zauważył ich przybycia. Interesowało go dosłownie wszystko, ale nie oni.

- Jeżeli masz zamiar nas ignorować, to proszę bardzo, ale wiele stracisz, braciszku - Clementina zrobiła krok w jego kierunku. Czy te pieszczotliwe i wyjątkowo wkurzające określenia, to u nich rodzinne?

- Nie będę z tego powodu płakał - odparł i podniósł na nią wzrok. Jego atramentowoczarne oczy były matowe. - Wyjdź zza kolumny, bo wyglądasz żałośnie, skarbie - zwrócił się do mnie.
     
         Z całych sił starałam się wtopić w tło, ale oni i tak wiedzieli, że tam byłam. Wzięłam głęboki oddech i opuściłam moją marną kryjówkę. Widziałam swoje odbicie w szybie. Bielsza od śniegu, czarne loki w całkowitym nieładzie, a po policzkach spływały pojedyncze łzy. Starałam się otrzeć je, ale jedynie rozmazałam makijaż. Okropność...

- Więc, co takiego ważnego chcieliście nam powiedzieć? Tylko się śpieszcie, bo jesteśmy trochę zajęci - Lucyfer odzyskał trochę animuszu.

- Właśnie widzę... - Raziel westchnął. - Lepiej szybko to opatrz, bo zostanie ci szrama - chłopak odruchowo dotknął trzech blizn biegnących w poprzek jego twarzy. Źrenice blondyna na moment rozszerzyły się.

- Zaraz... - mruknął, wycierając krew z oblicza.

- O co się pobiliście? - spytała białowłosa, kucając, aby podnieść czarny kryształek z ziemi - fragment zniszczonego żyrandolu.

- O głupoty - Rispie wyraził swoją opinię. - Jak zwykle...

          I kto to mówi?! Myślałam, że się na niego rzucę. Zresztą, chyba nie tylko ja... On najbardziej z nas potrzebowałby jakiś zajęć z panowania nad gniewem, a udawał świętoszka! Niesamowicie się zmienił, ale niestety, nie na lepsze. W końcu nie wytrzymałam. Zapominając o strachu, podeszłam do niego i... Uderzyłam go w twarz. Poczułam ogromną ulgę, bo wreszcie oważyłam się to zrobić. Był tak zdziwiony, że nie potrafił nic powiedzieć. Z resztą tak jak wszyscy pozostali. Usłyszałam śmiech mojego Przewodnika. Spojrzałam na niego. Stał w ramie okna, na samej jego górze, bo tylko tam dało się jej otworzyć.

- A już chciałem uciec. Całe szczęście, że tego nie uczyniłem.

- Dlaczego to zrobiłaś?! - Krispin nadal był w szoku.

- Bo zaczynasz przesadzać! - zdenerwowałam się. - Jesteś...

- Niby kim?! - warknął.

- Jeszcze gorszym bratem niż kiedyś! - wrzasnęłam i dopiero wtedy zrozumiałam, co powiedziałam.

- Coś ty zrobiła... - szepnął tak cicho, że tylko ja byłam w stanie go zrozumieć.

           W sali zapanowało milczenie. Przed oczami miałam twarz Rispiego i gdybym go nie znała, pomyślałabym, że zaraz się rozpłacze. Nadal nie rozumiałam, dlaczego robił z tego taką tajemnicę, chociaż sądząc po wyrazie twarzy Pana Piekieł, czeka go kara. Ale za co?! Za to, że ma rodzinę?! Marcello zgrabnie zaskoczył na podłogę i spacerował sobie między skamieniałymi postaciami. Po jakimś czasie podszedł do mnie i szepnął mi na ucho.

- W co się bawimy, złotko? - spytał się i spojrzał mi w fioletowe oczy. Wzrok miał jak mały szczeniak ufnie czekający na wytłumaczenie naszego zachowania. On chyba naprawdę myślał, że to zabawa...

- Ktoś jeszcze ma jakieś ciekawe wiadomości, którymi chciałby się z nami podzielić? - wycedził przez zaciśnięte zęby Książę Ciemności.

- On jest coraz silniejszy i zbiera armię - Clementina ogłosiła to takim głosem, jakby mówiła wyrok śmierci. I chyba rzeczywiście nim był.


                                                      ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~


Krótko, ale jest! :D Wybaczcie, że notki są co dwa dni, ale mam teraz urwanie głowy. Tu egzamin, tu konkurs, tu coś. :( Ale już niedługo. :) Pozdrawiam, Alexandra.

niedziela, 15 marca 2015

Rozdział 28

        Reszta upłynęła spokojnie, bez żadnych niezapowiedzianych sytuacji. Być może było to spowodowane tym, że nie wyszłam z pokoju od czasu naszego powrotu. Drzwi miałam zamknięte na klucz, dodatkowo przesunęłam pod nie szafkę. Co jakiś czas ktoś przychodził sprawdzić, czy żyję. Jak nie Kimiko lub Agnès, to Forneus. Ja jednak nie byłam w nastroju na rozmowy, więc tylko pukałam w ścianę, dając im znak, że wszystko ze mną w porządku. Nie wiedziałam, dlaczego tak zareagowałam. Po prostu straciłam humor, przejmowałam się tym całym zajściem z rodzeństwem Marcellego... Nie miałam pojęcia.

        Bez celu snułam się po sypialni. W końcu moje spojrzenie padło na kremową leżankę pod sporych rozmiarów oknem. Wolnym krokiem podeszłam do niej i z westchnieniem usiadłam. Oparłam głowę o szybę i zamknęłam oczy; wsłuchiwałam się w miarowe uderzenia kropli deszczu bębniących o stare dachówki. Wszystko było szare i ponure, ale mnie się to podobało. Wydawało mi się, że to tysiące łez aniołów, które płaczą nad naszym losem, jakby współczuły nam. Współczucie... Prychnęłam. Nie spotkałam się z nim odkąd tu byłam. Z rozmyślań wyrwało mnie ciche pukanie do drzwi. Milczałam, ale osoba będąca po przeciwnej stronie nie zniechęcała się.

- Lucia - powiedział ktoś. - Wiem, że tam jesteś.

        Nie odpowiedziałam.

- Słuchaj! - po głosie rozpoznałam, że to Jack. - Natychmiast stamtąd wyjdź!

- Nie - odparłam ledwie dosłyszalnym szeptem.

- Rispie rozkazał ci przyjść na kolację. Bądź tam za piętnaście minut.

        Krispin musiał czegoś chcieć, bo inaczej by po mnie nie wołał. Nie było innego wytłumaczenia, bo to na pewno nie braterska troska. Po łebkach zrobiłam delikatny makijaż i odsunęłam szafkę tarasującą wyjście z pomieszczenia. Nie miałam najmniejszej ochoty się stąd ruszać, ale przerażał mnie gniew mojego drugiego Przewodnika. Wiedziałam, że był zdolny do najgorszych rzeczy.

       W jadalni znalazłam się punktualnie, ale nikogo jeszcze nie było. Zignorowałam głosy w mojej głowie, które krzyczały, żebym natychmiast stamtąd uciekała. Ten jeden raz nie posłuchałam swojej intuicji i prawie od razu poczułam tego dotkliwe skutki. Do sali jak burza wpadli Pan Piekieł i mój brat. Aż podskoczyłam krześle.

- Nie bój się - Książę Ciemności gestem dłoni nakazał mi spokój. - Jeszcze nie musisz...

- Co to ma znaczyć?! - mój głos wydał mi się wyższy niż zwykle.

- Mamy tylko kilka pytań - zaczął, ale Rispie mu przerwał.

- Już wcześniej znałaś tych całych... Jak oni się nazywali? A! Clementinę i Raziela - chłopak splunął na ziemię. - To hańba dla wszystkich Upadłych, żeby jeden z nich nosił imię Archanioła!

- Oczywiście, że nie! Widziałam ich pierwszy raz w życiu! - wykrzyczałam, ale on mi nie wierzył.

        Błyskawicznie znalazł się przy mnie i już chciał wymierzyć cios... Nagle coś przeleciało między nami i głęboko wbiło się w drzwiczki kredensu stojącego kilka metrów dalej. Szytylet... Dopiero po chwili zobaczyłam, że Krispin trzyma się kurczowo za dłoń i okropnie klnie. Kilka szkarłatnych kropel krwi skapnęło na kamienną posadzkę. Usłyszałam czyjś nieprzyjemny, sadystyczny śmiech.

- Ta strona nie była pokryta woskiem, więc będzie cię bolało jak cholera - rechotał Marcello, który w tej chwili wynurzył się z cienia. - Nie jest mi z tego powodu przykro.

- Ty... - syknął.

- Znudziło cię już życie rodzinne i postanowiłeś wrócić? - zakpił blondyn.

- Nie - jego bezdennie atramentowe niczym noc oczy błyszczały niebezpieczne. - Chciałem was zwyczajnie pomęczyć i znów zniknąć - nie byłam pewna, czy żartuje. - Jak widać, trafiłem na idealny moment.

- Możemy się przekonać - szmaragdowe tęczówki Lucyfera zaczęły znieniać kolor. Lśniły teraz czystym fioletem i czernią; wyglądały jak dwa niezwykłe kamienie. W środku aż wrzał, ale na zewnątrz zachował swój stoicki spokój.

           Wiedziałam, że zaraz zacznie się walka. Starałam się ze wszelkich sił ukryć w półmroku pokoju. W końcu zaczaiłam się za wysokim filarem i stamtąd postanowiłam to obejrzeć. Nagle kilka przedmiotów uniosło się i poleciało w stronę mojego Przewodnika. Chłopak zrobił unik, a rzeczy, które miały trafić w niego, zmieniły się w kule czarnych jak smoła płomieni. Jeszcze nigdy nie dane mi było oglądać pełni mocy Księcia Ciemności, chociaż to i tak była tylko namiastka jego możliwości... Mimo, że Pan Piekieł był o wiele poteżniejszy, to Marcello miał niewielką, ale zawsze jakąś, przewagę. Mianowicie - nie musiał zawracać sobie głowy żadnymi oporami moralnymi, bo po prostu ich nie miał. Nie zawaha się przed niczym...

            Rispie nawet nie odważył się włączyć do pojedynku, ale nie ze strachu, lecz z obowiązku. To ich sprawa, a on nie ma prawa się wtrącać. Gdyby złamał zakaz... Czekałaby go okrutna kara.

            Niespodziewanie płaszcz Marcellego zajął się ogniem. Ten szybko go zrzucił, ale i tak zdążył się trochę poparzyć, co wywołało wesołość na twarzy Lucyfera. To tylko zmotywowało go do działania. Wyszaprał nóż z drewna, wykształcił skrzydła i skoczył na przeciwnika. Ten prawie natychmiast go odepchnął, ale Upadły Anioł i tak go zranił. Ostrze rozcięło skórę tuż na okiem, przecinając przy okazji łuk brwiowy. Uraz, choć nie duży, krwawił tak bardzo, że praktycznie uniemożliwił widzenie lewemu oku. Książę Ciemności zaryczał ze wściekłości. Siłą woli rozhuśtał ogromny żyrandol z czarnych kamieni szlachetnych,  który z okropnym łaskotem rozbił się o podłogę. Tysiące kryształków poleciało we wszystkie strony, wbijąc się we wszystko, co spotkały na swojej drodze. Kilka z nich utkwiło w nodze mojego Przewodnika. Nawet się nie zachwiał...

- Jestem do takiego bólu przyzwyczajony - wytłumaczył i zaśmiał się. - W ogóle jestem przyzwyczajony do bólu.

- Jeszcze będziesz mnie błagał o litość - warknął.

- Twoje niedoczekanie... Prędzej uznam, że czyjeś cierpienie jest złe niż to uczynię - a do tego nigdy nie dojdzie.

- Spłoniesz żywcem - wydał wyrok blondyn i ciemne płomienie błyskawicznie otoczyły kruczowłosego.

- Raziel mówił prawdę... - siedemnastolatek z pokręcił głową z dezaprobatą.

- W jakim sensie? - mężczyzna tylko na moment stracił czujność, ale jego przeciwnik natychmiast to wykorzystał.

                 Wzniósł się ponad ziemię i rzucił się na Pana Piekieł. Ten próbował zrobić unik, lecz było za późno. Chłopak z całą siłą uderzył w niego, wyciskając powietrze z jego płuc. Nie dał mu nawet chwili na złapanie oddechu, tylko zaatakował ponownie.

- W takim, że nie macie za grosz honoru! - w oczach Marcello było widać aż za dobrze, że szaleństwo zawładnęło nim do reszty, a zdrowego rozsądku już dawno nie posiadał.

- A ty niby go masz?! - splunął mu w twarz.

- Tego nie powiedziałem - odskoczył w bok w ostatniej chwili. Inaczej zostałby zgnieciony przez ciężką, dębową szafkę. - Straciłem go już bardzo dawno temu.

- Wtedy, kiedy zawariowałeś? - Lucyfer uwolnił się i wstał z ziemi.

- Dużo, dużo wcześniej... - zaczął, ale nie skończył.

                Dopiero wtedy spostrzegłam, że całe pomieszczenie było doszczęnie spalone, a wszystkie rzeczy zniszczone. Po środku tego pogorzeliska stała znana mi już para z moich
snów.


                                                     ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~


Rozdział dłuższy niż zakładałam, ale to chyba dobrze. :D Wybaczcie, że wczoraj nie było notki, ale się nie wyrobiłam. :) Pozdrawiam, Alexandra.


piątek, 13 marca 2015

Rozdział 27

       Po kilku minutach otoczyła nas spora grupka Upadłych Aniołów. Przekrzykiwali się wzajemnie, każdy chciał dowiedzieć się czegoś o całym zajściu. Tylko Rispie czekał spokojnie, a to jak na niego było niezwykłe. Ja stałam skamieniała, nie słyszałam ich pytań ani nie czułam ich szturchnięć, Pan Piekieł próbował wszystkich uciszyć, a Marcello pustym wzrokiem wpatrywał się w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą znajdowało się jego
rodzeństwo. Nie zwracał uwagi na krew brata, która poplamiła mu koszulę ani na to, że jego ukochany sztylet leżał w trawie. W końcu postanowiłam do niego podejść.

- Hej - zaczęłam. - Jak... Jak się czujesz?

- Mogłem zabić Raziela - stał do mnie tyłem. - Prawie zabiłem Raziela, skarbie.

- Nie martw się - próbowałam go pocieszyć. Zrobiło mi się go szkoda.

- Ja się tylko smucę - położyłam mu dłoń na ramieniu. - Smucę się, że tego nie uczyniłem, słońce.

        Szybko zabrałam rękę. Jak mógł tak powiedzieć?! Przecież to jego rodzina... Chłopak powoli odwrócił się w moją stronę. Na jego twarzy gościł przerażający uśmiech, a szaleńczy błysk w jego czarnych jak smoła oczach nie zniknął. Zachowywał się tysiąc razy gorzej niż zwykle.

- Rozwiń to coś dzięki czemu fruwasz - wpatrywałam się w niego ze zdziwieniem. - Jestem twoim nauczycielem i teraz jest lekcja, złotko.

- Nie rozumiem cię...

- Zrób co ci kazałem! - jego głos odbijał się echem po dolinie. Twarze zebranych skierowane były w naszą stronę. Rispie próbował się do nas dopchać.

         Mój Przewodnik natychmiast zauważył potencjalne zagrożenie i błyskawicznie wykształcił krucze skrzydła. Mimo, że widziałam to już już wiele razy, nadal mnie to zachwycało. Chłopak rzucił mi ostatnie pełne litości oraz gniewu spojrzenie i wzbił się nad ziemię.

- Ani mi się waż! - krzyknął Krispin.

- Bo co mi zrobisz?

- Mogę cię naprawdę skrzywdzić i chętnie bym to zrobił, ale nie muszę - powiedział i pochylił się, żeby podnieść coś z ziemi. - I tak bez tego nie odlecisz.

          Mroczny Anioł trzymał... Jego sztylet. Źrenice Marcellego mocno się rozszerzyły. Był wściekły. Na niego, bo miał rzecz, która należała do niego i na siebie, ponieważ na śmierć zapomniał o tym, że nóż cały czas spokojnie leżał sobie w trawie i każdy mógł go zabrać. Rispie obejrzał ostrze ze wszystkich stron i skrzywił się z niesmakiem. Jemu też nie odpowiadała czerwona ciesz na nim się znajdująca, która na pewno nie była farbą. Dziwnie się jej przyglądał.

- Czyja to krew? - odpowiedziała mu cisza. - Czyja?!

- Pewnego osobnika płci męskiej.

- Dokładniej?!

- Wroga - powiedział głosem pozbawionym jakichkolwiek emocji. - Tylko tyle musisz wiedzieć.

- Mówi prawdę - westchnął ciężko Pan Piekieł.

            Aż mnie zatkało. Dlaczego nie powiedział wszystkiego?! Czemu zataił najważniejsze fakty?! I po co mój drugi Przewodnik pytał się o krew Raziela? Tyle pytań... Marcellemu najwyraźniej też nie pasowała panująca tu atmosfera. Chłopak uczynił coś, czego nigdy bym się po nim nie spodziewała. Machnął lekceważąco ręką i odleciał. Zostawił sztylet! Rispie z tępą miną wpatrywał się w przedmiot, który ciążył na jego dłoni. On też nawet przez chwilę o czymś takim nie pomyślał. Po kilku sekundach wahania włożył nożyk do kieszeni skórzanej kurtki i podszedł do Księcia Ciemności. Jak oni bardzo się różnili... Niepozorny, jakby skulony blondynek z bólem istnienia w szmaragdowych oczach i silnie zbudowany dwudziestolatek o orlich rysach twarzy i atramentowych włosach. W pewnym momencie wymienili porozumiewawcze spojrzenia. Lucyfer skinął głową.

- Wracamy do fortecy - zarządził i wraz z moim bratem odeszli, a za nimi ruszyła reszta. Ja też. Brakowało jedynie Marcellego.


                                                           ~~~~~~~~~~~~~~~~


Wiem, że krótko, ale dzisiaj mózg odmawiał mi posłuszeństwa i nie umiałam napisać nic więcej. :) Pozdrawiam, Alexandra.


 

czwartek, 12 marca 2015

Rozdział 26

        Z szeroko otwartymi ustami przyglądałam się dwóm postacią zmierzającym w naszą stronę. To byli oni...  Mężczyzna z trzema bliznami i białowłosa kobieta. Rzuciłam okiem na moich towarzyszy. Pan Piekieł wyglądał na zdezorientowanego, a Marcello miał zamyśloną minę, jakby usilnie próbował coś sobie przypomnieć. Dotychczas żywiłam cichą nadzieję, że to tylko wytwory mojej wyobraźni, że nie są prawdziwi, ale wtedy ta naiwna perspektywa pękła jak mydlana bańka.

- Znów masz tą głupią minę - zwrócił się do mnie chłopak.

- Znasz ich? - zdziwił się blondyn.

- Tylko ze snów...

- Cóż za zaszczyt - dziewczyna ukłoniła się teatralnie. - Poznać samego Księcia Ciemności...

- On woli Lucek! - wtrącił się mój Przewodnik. Ktoś prychnął prześmiewczo.

- Wcale nie! - obruszył się.

- Dość tej czczej gadaniny! - zdenerwowała się czerwonooka.

- A mnie to nie obchodzi - Marcello ukazał swoje zainteresowanie sprawą.

       Chcąc podkreślić to, że ma to wszystko w nosie, wyjął swój ukochany sztylet i zaczął się nim bawić. Tajemnicza para przyglądała się temu z zainteresowaniem i wymieniła porozumiewawcze spojrzenia. Nieznajomy po chwili wahania podszedł do niego. Dopiero wtedy zauważyłam, jak bardzo są do siebie podobni... Gdyby nie blizny przybysza można by ich ze sobą pomylić. Po jakimś czasie kobieta również znalazła się przy nich. Ona też miała takie same rysy...

       Po kilku sekundach Marcello łaskawie skierował swoją uwagę na coś innego niż swój nożyk. Spostrzegłszy moje zagubienie, zaśmiał się nieprzyjemnie.

- Nie tylko ty masz rodzeństwo, o którym nikt nie wie, skarbie - w jego głosie słychać było kpinę.

       Wybałuszyłam oczy. Że co?! Nigdy nie wspominał o tym, że ma rodzinę, a co dopiero brata i siostrę! Za niedługo okaże się, że Pan Piekieł ma żonę... Dlaczego nic nie powiedział? Czemu trzymał to w tajemnicy?! Lucyfer też wyglądał na wstrząśniętego.

- Cudowna mina, Lucuś! - szydził. - Twoja też jest niczego sobie, słońce.

- Uspokój się - dziewczyna skarciła go jak małe dziecko.

- Clementina! - powiedział z wyrzutem. Czarnowłosy położył mu dłoń na ramieniu. - Raziel!

- Nosisz imię jednego z Archaniołów? - Księciu Ciemności ciężko było zachować powagę.

- Młody, nie zachowuj się jak przedszkolak - Raziel nawidoczniej nie miał ochoty odpowiadać na zadane mu pytanie.

        Tego było już za dużo jak na wielkie ego Marcellego. Chłopak niezauważalnie szybko doskoczył do brata i unieruchomił go, przykładając mu sztylet do gardła. W jego oczach dostrzegłam morderczy błysk. Wiedziałam, że nie zawaha się, jeśli uzna, że trzeba go zabić. Co gorsza, uczyni to z przerażającą lekkością i przyjemnością. Jego bliscy nie widzieli go od lat i nieświadomi byli, jak bardzo się zmienił. Mało mu zostało ludzkich cech.

- Nie zrobisz mi krzywdy - mężczyzna nie przejął się tym zbytnio.

- Chcesz się przekonać?! - szaleństwo wzięło górę nad zdrowym rozsądkiem.

- Przecież nie tak wychowała cię matka...

- Ona nas porzuciła! - chłopak mocniej przycisnął ostrze do jego skóry. Cienka smużka krwi pociekła po jego bladej szyi. - Zostawiła własne dzieci na pastwę losu!

- Zginęła w pożarze! - głos zabrała Clementina. - To nie jej wina!

          Mroczny Anioł gwałtownie odrzucił brata. Ten z sykiem upadł na ziemię, ale po chwili wstał. Był wściekły, ale starał się to ukryć. Czarne włosy Marcello bezwładnie opadały na jego czerwoną ze złości twarz. Nawet nie wytarł noża...

- Przydałby się nam ktoś taki jak ty - powiedział Raziel. - Jak będziesz gotowy, dołączysz do swoich...

          Jego wypowiedź przerwały głośne nawoływania. Szukali nas. Spojrzeliśmy w tamtym kierunku. Gdy znów się odwróciliśmy, tamtej dwójki już nie było.


                                                           ~~~~~~~~~~~~~~~~~


Wyrobiłam się z notką! Brawo mi! :D Nieme też może być. :) Mam teraz okropnie dużo egzaminów i kartkówek, ale rozdziały będą dodawane w miarę regularnie. Jeszcze kilka tygodni, a wszystko powinno się już ustabilizować. :D Pozdrawiam, Alexandra.

środa, 11 marca 2015

Rozdział 25

    Ktoś szarpnął mnie za ramię. Przestraszona natychmiast zerwałam się na równe nogi i zaczęłam przeszukiwać wzrokiem pomieszczenie, w którym się znajdowałam. To nie był mój pokój... Dopiero po chwili przypomniałam sobie, że w nim nie jestem. Z zamyślenia wyrwał mnie czyjś wredny śmiech.

- Skieruj główkę w lewo, a zobaczysz Upadłego Anioła płci męskiej stojącego przy drzwiach, skarbie - kpił.

- Męskiej? - spytałam. - Jesteś pewien?

- Tak - wycedził. - Zbieraj się, musimy już iść.

- Ale jest jeszcze praktycznie noc! - marudziłam, ale Marcello to nie obchodziło.

      Rzeczywiście było bardzo wcześnie, dopiero za kilka godzin słońce nieśmiało wzniesie się ponad horyzont. Nie żebym bała się ciemności, ale nie przepadam za nią, a ona za mną... Nie miałam najmniejszej ochoty na dalszą wędrówkę. Chłopak patrzył na mnie z niecierpliwością. Z osiąganiem zaczęłam się szykować.

      Mój Przewodnik był jakiś niespokojny. Co chwila oglądał się za siebie albo wybiegał trochę na przód, bacznie obserwował wszystko dookoła. Z każdą minutą bałam się coraz bardziej. Moja podświadomość wytwarzała nieistniejące postacie i potwory, które przyprawiały mnie o dreszcze. Wiedziałam, że to tylko iluzja mojego mózgu, ale i tak się lękałam. Nagle Marcello zatrzymał się i uniósł rękę, dając mi tym samym znak, że mam być cicho. Posłusznie wykonałam niemy rozkaz.

- Słyszysz kogoś? - zwrócił się do mnie.

- Nie - odparłam szeptem.

- Ja też nie, słońce - odpowiedział.

          Z politowaniem pokręciłam głową. Naprawdę wybrał sobie najgorszy moment na takie żarty. Nie chciałam, ale poszłam tu z nim i musiałam to przecierpieć. Postanowiłam, że więcej nie będę zwracać na niego uwagi. Miałam lepsze rzeczy do roboty niż bycie obiektem szyderstw i kpin niezrównoważonego psychicznie Mrocznego Anioła. Ostrożnie wyjęłam czarny notatnik.

                                                                                                                               sobota 14.03

          Nie wiem, gdzie się znalazłem ani ile tu już jestem. Gdy się obudziłem nikogo nie było w pobliżu. Dopiero po kilku godzinach żmudnych poszukiwań odnalazłem małą grupę Aniołów. Ucieszyli się na mój widok, ale mi nie było do śmiechu. Nigdzie nie widziałem Asmodeusza... Rozpytywałem o innych, ale najwidoczniej jesteśmy jedyni w okolicy. Martwię się o niego. Boję się, że coś mu się stało...

           Byłam zdziwiona czułością z jaką Lucyfer pisał o tym całym Asmodeuszu. Przypomniało mi się, że już kiedyś słyszałam tą godność, jeszcze w moim poprzednim życiu... Zadrżałam. Nie cierpię tego zwrotu. Zabrałam się do dalszego czytania.

                                                                                                                               niedziela 15.03

           Doszły dzisiaj do nas okropne wieści. Znaleziono kilku martwych naszych! Byłem przerażony. Zrobiłbym wszystko, żeby nie było wśród nich Asmoseusza. Każda chwila tutaj to dla mnie prawdziwa męka. Ja siedzę bezczynnie, a on może potrzebować mojej pomocy! To już rzecz pewna - tej nocy wyruszam na poszukiwania. 

            Nie mogłam skupić się na tekście. Moje myśli zaprzątało tylko jedno pytanie, które nasuwało mi w kółko. Kim dla Pana Piekieł był ten Upadły Anioł?! Nie wierzyłam, że to tylko bliski przyjaciel. Musiałam spytać się Marcellego.

- Mam sprawę - klepnęłam go po ramieniu.

- Przerwa na siusiu za piętnaście minut, kochanie.

- Nie oto mi chodzi - oblałam się szkarłatnym rumieńcem.

- A więc, kotku?

- Kim był Asmodeusz? - wypaliłam.

- Skąd znasz to imię? - usłyszałam.

            Ja i mój Przewodnik odwróciliśmy się jak na komendę. Przed nami stał Książę Piekieł w całej okazałości. Jego mina była obojętna, ale w oczach krył się lekki strach i zdenerwowanie. Pośpiesznie schowałam ręce za plecy.

- Co tam masz? - podszedł bliżej. Wiedząc, że i tak jestem skończona, podałam mu dziennik. Ukryłam twarz za zasłoną obsydianowych włosów.

- Brawo! - Marcello aż klasnął. - Ukradłaś jego pamiętniczek, złotko! - dodał z podekscytowaniem w oczach w kolorze smoły.
           
- Jeżeli komukolwiek powiesz... - zaczął, ale nie skończył.

              Przetrwało mu nadejście dwóch, mrocznych postaci wyłaniających się z lasu. Tych samych co z moich snów.


                                                          ~~~~~~~~~~~~~~~~~~


Bardzo przepraszam, że wczoraj nie było notki, ale coś mi wypadło. -.- Jest trochę dziennika Lucka, trochę dziwnych zachowań Marcello... Wszystko co trzeba. :D Pozdrawiam, Alexandra.

poniedziałek, 9 marca 2015

Rozdział 24

       Wędrowaliśmy już kilka godzin, ale ani razu się nie zatrzymaliśmy na dłużej niż pięć minut. Marcello cały czas mnie pośpieszał, bo uważał, że wciąż jesteśmy zbyt blisko i z łatwością nas znajdą. Nogi bolały mnie niemiłosiernie, ale go to nie obchodziło. Jedyne co ze sobą wzięłam, to butelka z wodą pitną, cieplejsza kurtka i... Czarny dziennik należący do Pana Piekieł. Mojego Przewodnika zadowolił jego nóż, nie miał nic innego. Zaburczało mi w brzuchu.

- A co będziemy jeść? - kompletnie o tym zapomniałam.

- Upoluję coś - nawet nie zaszczycił mnie spojrzeniem. - Ty raczej się na tym nie znasz, skarbie? Prawda?

- Wybacz, że dotychczas kupowałam pokarm w sklepie, a nie w lesie - naburmuszyłam się.

- Jak zaczniesz skroić fochy, to przywiążę cię do drzewa i poczekam aż dzikie zwierzęta się z tobą rozprawią, kotku - odparł beztrosko. - Tu przenocujemy.

        Przed nami rozciągała się rozległa polana. Wygląda jak ta, na której byłam z Forneusem. Rzeczka, stary młyn... To ona. Od razu powróciły niemiłe wspomnienia. Czyjeś kroki, ucieczka, strach. Wtrząsnął mną dreszcz.

- To tutaj goniło nas to coś - wyszeptałam przerażona.

- A-ale jesteś nai-naiwna - chłopak bezskutecznie próbował powstrzymać głośny śmiech. Nie chciał hałasować, więc musiał aż przygryść skórzany rękaw długiego płaszcza, który zawsze na sobie nosił. - Przecież tym "stworem" byłem ja...

         Wpatrywałam się w niego szeroko rozwartymi, fiołkowymi oczyma. Dobrze pamiętam, że wcześniej temu zaprzeczył. Miał nawet dowody... Nienawidziłam tego, że był tak świetnym kłamcą.

- A to rozcięcie?

- Musiałem być w domu przed wami i przez to nie dbałem o środki bezpieczeństwa.

- Jakbyś kiedyś dbał...

        Nagle poczułam powiew zimnego powietrza tuż przy głowie, błysk metalu i dźwięk ostrza wbijającego się pień drzewa za mną. Usłyszałam sadystyczny rechot Marcellego. Jego perłowo białe zęby odcinały się od mroku nocy, gdy ukazywał je, szczerząc się przerażająco. Obsydianowe włosy opadały na jego twarz, zakrywając częściowo atramentowoczarne tęczówki. Ukazywał wtedy swoje prawdziwe oblicze - szaleńca, który nie zawaha się przed niczym. W takich momentach naprawdę się go bałam. Doktnęłam wierzchem dłoni policzka. Był dziwnie lepki. Krew.

- Zraniłeś mnie - wyszeptałam z niedowierzaniem.

- Wiem, słońce - jego oczy lśniły niebezpiecznie. - Dobrze to wiem...

- Ale czemu prawie nie boli? - przypomniałam sobie, że to należało do Łowcy Demonów.

- Ten fragment jest pokryty cienką warstwą wosku - tłumaczył. - Szytylet nadal jest ostry, ale nie cierpisz tak bardzo, gdy się zranisz, złotko.

- Ale dlaczego w ogóle we mnie rzuciłeś? - tak bardzo chciałam, żebym znów znalazła się w domu - z tatą i Marthą.

- Jest wiele powodów - powiedział i wyciągnął nóż z drzewa. - Teraz po prostu byłem ciekaw, czy się wystraszysz, kochanie.

        Cały czas się uśmiechając, ruszył w stronę walącego się budynku. Zachowując pewien odstęp, poszłam za nim. Wnętrze okazało się być w tak samo złym stanie jak na zewnątrz. Kiedyś biały tynk obchodził teraz ze ścian, kamienna podłoga pokryta była tak grubą warstwą kurzu, że można było pomylić ją z dywanem. Stare worki na mąkę walały się po kątach. Tylko gdzie nie gdzie dostrzegałam głębokie ślady stóp w eleganckich butach. W takich chodził Marcello...

- Zostań tu, skarbie - wyciągnął sztylet i skierował się do wyjścia. - Skombinuję coś na kolację.

        Nie było go już okropnie długo. To miejsce nie należało do najprzyjemniejszych w dzień, a co dopiero po ciemku i to samemu. Wycie wiatru przyprawiało mnie o dreszcze, wydawało mi się, że to błagania o pomoc zagubionych dusz błąkających się po okolicznych lasach. Bałam się, że dwie, mroczne postacie z mojego snu pojawią się niespodziewanie w drzwiach. Nagle zaskrzypiały zawiasy. Aż podskoczyłam. Na tle srebrzystej tarczy księżyca stał wysoki mężczyzna, który trzymał w ręce zakrwawione ciało zająca.

- Czemu tak długo cię nie było?

- Szukałem pożywienia, kotku.

- Nie jadam mięsa - oparłam ze wstrętem.

- Nie zawsze dostajemy,  to co chcemy, słońce - zabrał się za rozpalanie ognia. - Możesz iść spać głodna.

- Chyba tak uczynię.

         Jeszcze raz spojrzałam na zamordowane zwierzątko, odwróciłam się na drugi bok i zasnęłam.


                                                     ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~


Wiem, że krótko, ale ma jeszcze dzisiaj dużo pracy, więc tyle musi wystarczyć. :D Przeklęta szkoła... :) Pozdrawiam, Alexandra.

niedziela, 8 marca 2015

Rozdział 23

       Lekko uchyliłam powieki. Byłam nieprzytomna przez kilka godzin, ale nie wiedziałam ile. Nie byłam w swoim pokoju, ale w jakimś innym pomieszczeniu. Ręką przesunięłam po białej jak śnieg pościeli. Nagle coś sobie przypomniałam. Marcello! Nerwowo rozejrzałam się dookoła. Odetchnęłam z ulgą. Siedział na łóżku obok, oparty o jego ramę i pustym wzrokiem wpatrywał się w przestrzeń. Miał kilka drobnych ran, ale nic poważniejszego mu się nie stało.

- Jak się czujesz? - spytałam.

- To twoja wina - zignorował moje pytanie. - Gdyby nie ty, to to w ogóle by się nie wydarzyło.

- O co ci chodzi?! - oburzyłam się.

- To twoja wina! - wrzasnął, a ja byłam coraz bardziej pewna, że chyba zbyt długo był niedotleniony. - Jakbyś dała mi spokój to nic by się nie stało!

- Znowu bredzisz - westchnęłam.

- Nie - spojrzał na mnie, ale z jego oczu nie dało się nic wyczytać. - Naprawdę sądziłaś, że pożar wybuchł przez przypadek, skarbie?
       
         Powoli kiwnęłam głową, a on zaczął ze mnie szydzić.

- Naiwna Lucia odkrywa, że świat nie jest cały różowy, a jednorożce nie biegają po lasach? Zapomniałem, że nie wiesz jeszcze, jak okrutna może być rzeczywistość, kochanie - zrobił współczującą minę. - To sługusy Lucka podłożyły ogień. Chciał, żebym to ja walczył z tym demonem. Specjalnie dlatego zaprowadził nas na tor. Wiedział, że tam nie wejdę i przegram. To byłoby świetne podsumowanie jego zemsty, ale ty mu przeszkodziłaś i się biedaczek wściekł, słońce.

- N-naprawdę? - byłam wstrząśnięta.

        Chłopak jedynie się zaśmiał i umilkł. Nie odezwał się nawet, gdy przyszedł Pan Piekieł, jedynie uśmiechał się kpiąco. Książę Ciemności mierzył nas nienawistnym spojrzeniem, a towarzyszący mu Rispie patrzył na mnie tak, jakby to ci zrobiłam było złe... Chcąc uniknąć ich wzroku, obróciłam się na drugi bok i zasnęłam.

        Siedziałam na łące takiej ta, na którą chodziłam z mamą, gdy byłam jeszcze bardzo mała. Kwiaty rosły tu tak licznie, że ledwo dało się dostrzec kawałek, gdzie ich nie było, ptaki radośnie śpiewały swoje piękne pieśni, a słońce delikatnie grzało moją twarz. Spojrzałam na granatową sukienkę, w którą byłam ubrana. To dziwne, bo nie chodziłam w tego typu rzeczach od dobrych, kilku lat... Ktoś ze mną był, jakieś dwie osoby, a nie wiedziałam, kim są, bo ich twarze otaczało coś, jakby mgła, która uniemożliwiała mi ich zidentyfikowanie. Jeszcze jedna sprawa przykuła moją uwagę. Czułam, że jestem szczęśliwa, że wszystko będzie dobrze... Na chwilę odzyskałam nadzieję.

       Nagle pociemniało, niebo zrobiło się czarne, zaczęło mżyć, a temperatura zasadniczo spadła. Silny wiatr szarpał gałęźmi starych drzew i wył niczym wilk. Bezpieczeństwo, które jeszcze przed chwilą otaczało mnie niczym ciepła kołderka, uleciało jak powietrze z przebitego balonu. Postacie, które ze mną były, znikły. Zostałam sama...

       Niespodziewanie zza pobliskiego pnia wyłonił się mroczny mężczyzna. Krucze włosy, oczy koloru smoły, trzy głębokie blizny. Przypominał mi kogoś, ale nie byłam pewna kogo... 
Tym razem przybyła z nim jakaś kobieta. Nigdy jej nie widziałam, byłam tego pewna. Takiej osoby się nie zapomina. Długie prawie do pasa, białe włosy poszarpane przez wiatr, czerwone jak krew tęczówki, skóra w odcieniu lekkiej szarości, uśmiech przyprawiający o dreszcze. Ubrana była jak strażnicy w Piekle. Chyba kiedyś była jednym z nich... Kiedyś.

- Wygląda, jakby zaraz miała zemdleć - szydziła dziewczyna, patrząc na mnie z litością.

- To prawda? Boisz się nas? - aż podskoczyłam na dźwięk jego głosu. Brzmiał dokładnie tak jak on. Brakowało tylko...

         Poczułam, że ktoś mną potrząsa. Uchyliłam powieki.

- Wstawaj, skarbie! - krzyknął mi ktoś prosto do ucha. - Chyba, że chcesz tu zostać.

- Nie rozumię cię...

- Zaraz wkroczy tu kilkunastu idiotów, którzy udają, że nie wiedzą jak wybuchł pożar i każą nam wszystko dokładnie opowiedzieć, kochanie - Marcello wzruszył ramionami. - Po prosru muszą mieć pewność, że nikomu nie wygadamy prawdy.

- Ale co w tym złego? - zdziwiłam się.

- Czyli ty naprawdę nie wiesz, jak wyglądają tu przesłuchania - westchnął. - Weź najpotrzebniejsze rzeczy i chodź. Wrócimy tu za kilka dni, słońce.

- Nigdzie z tobą nie idę!

- Jak chcesz - powiedział i podszedł do okna. Miał ze sobą jedynie swój sztylet.

- Zaczekaj! - przestarszyłam się, że mnie tu zostawi. On tylko prychnął i pokręcił głową, ale
zaczekał. Chwyciłam pierwsze co mi się nasunęło i ruszyłam za nim.


                                                       ~~~~~~~~~~~~~~~~~~


Przepraszam, że wczoraj nie było notki, ale dopiero wieczorem zabrałam się za pisanie, a potem wciągnął mnie film... I nie zauważyłam, że zrobiło się wpół do pierwszej. XD Pozdrawiam, Alexandra.

piątek, 6 marca 2015

Rozdział 22

         Przez pół nocy nie mogłam spać, bo nękały mnie koszmary. W roli głównej za każdym razem była ta sama, nieznana mi postać, ale zawsze widziałam ją w lesie, na polanie, którą pokazał mi wczoraj Forneus. Wysoki, wysportowany chłopak z burzą gęstych, czarnych jak smoła włosów i takich też oczu. Mógłby być przystojny, gdy nie trzy, głębokie blizny biegnące wzdłuż jego twarzy. Uśmiech dodałby mu trochę uroku, ale on się nie uśmiechał. Nigdy. Był ponury jak listopadowy poranek - deszczowy i szary, bez nawet najmniejszego promyczka słońca, jakiejkolwiek nadziei...

- Wstawaj! - krzyknął ktoś, budząc mnie przy okazji.

          Lekko uchyliłam powieki, ale jasność, która mnie zalała, była zbyt mocna, jak na przyzwyczajone po nocy do mroku oczy, więc szybko je zamknęłam.

- Ruszaj się! - wiedziałam już, że mam do czynienia z Rispim, więc zaczęłam powoli podnosić się na łokciach. - Jest dużo pracy, nie dysponujemy całym dniem!

- Która godzina? - spytałam zaspana.

- Piąta trzydzieści - odparł i bezceremonialnie zrzucił mnie z łóżka. - Jesteśmy już spóźnieni.

          Piąta trzydzieści?! Spałam jedynie dwie godziny?! Ktokolwiek to wymyślił, był u mnie na czarnej liście.

- Czemu tak w-wcześnie? - ziewnęłam.

- Bo tak - powiedział oschle. - Ubierz się. Czekam pod drzwiami.

          Jaki łaskawy! Prychnęłam. Pozwolił mi na prywatność. Wzięłam pierwsze z brzegu spodnie i bluzkę i wyszłam z pokoju. Rispie zmierzył mnie obojętnym wzrokiem i ruszył schodami, które bezpośrednio prowadziły na dwór. Pobiegłam za nim.

          Przed budynkiem stali już wszyscy, oprócz nas. Nawet Marcello się pofatygował. Pan Piekieł patrzył na nas z niecierpliwością. Ustawiłam się w rzędzie za Lisą. Ani wysoka, ani niska, ostre rysy twarzy, brązowe włosy o rudawym odcieniu. Może dziewiętnastoletnia.

- Jako, że pojutrze opuszczacie nas, chciałem wam dać możliwość treningu na naszym torze - coraz bardziej przypominało mi to wojsko, niż piekło. - Chodźcie za mną.

          Wędrówka nie trwała długo, zaledwie kilka minut. W końcu dotarliśmy na miejsce. Był to ogromny plac z mnóstwem różnych przyrządzeń treningowych. Ścianka wspinaczkowa, rów, przez który trzeba się było przeczołgać i wiele różnych innych rzeczy, które miały nas zakatować. Okropność.

- Śmiało - zachęcił Lucyfer z zadowoleniem, którego na początku nie rozumiałam. - Ostatnia osoba na mecie walczy z najlepszym wojownikiem wśród moich strażników-demonów.

           Wszyscy ruszyli biegiem.

- Nie wolno używać wam anielskich mocy! - dodał Rispie z okrucieństwem w oczach. Sam nie musiał w tym uczestniczyć, więc się cieszył.

            Sprawnie pokonałam ściankę. Lata wspinania się na drzewa na coś się przydały. Po jakimś czasie byłam trzecia, wygrywał ze mną jedynie Marcello i Jack. Ruszyłam w kierunku następnej przeszkody. Długi, ciemny tunel ciągnący się przez spory odcinek skały, był tak wąski, że trzeba by było iść bokiem i jeszcze wciągnąć brzuch. Stał przed nim Marcello i tępo wpatrywał się w niego. Minę miał tak bladą, jakby zobaczył ducha.

- O co chodzi? - spytałam bardziej martwiąc się, czy nie ma tam czegoś, co mogłoby mi przeszkodzić niż z troski o niego.

- N-nic - szepnął cicho i nagle mnie olśniło.

- Boisz się zamkniętych przestrzeni! - zawołałam z satysfakcją.

- Wcale nie! - obruszył się, ale ja wiedziałam, że kłamie. - Dobra. Tak. Zadowolona, skarbie?

- Bardzo - odparłam, ale trochę zrobiło mi się go żal, a może po prostu chciałam zrobić Księciu Ciemności na złość? Przerwę jego zemstę. - Nie zatrzymuj się - westchnęłam, chwyciłam go za rękę i pociągnęłam za sobą.

            Przeszliśmy już prawie połowę drogi, gdy poczułam zapach spalenizny. Spojrzałam na Marcellego. Jego kredowobiała twarz wyrażała czyste przerażenie. Nagle zrozumiałam, czemu. Ktoś podłożył ogień! Słyszałam czyjeś krzyki pełne strachu, pytające, czy ktoś nie został w tunelu. Kimiko. Płomienie niczym węże wdzierały się do środka. Mocniej chwyciłam dłoń Marcellego i ruszyłam w stronę wyjścia. To tylko kilkadziesiąt metrów. Gęsty, pozbawiający tchu dym był wszędzie. Brakowało powietrza, a przez to trudniej się szło, ale musieliśmy wytrzymać jeszcze ten kawałek. Brak tlenu nie pozwalał racjonalnie myśleć, łzy bezsilności spływały po moim policzkach mieszając się z sadzą i pyłem, który na nich osiadł. Mój Przewodnik o dziwo odzystał zimną krew, współpracował ze mną, ale jego spojrzenie było puste, jakby pogodził się z myślą o ewentualnej śmierci. Nie pozwolę na to! Zostało jedynie kilka metrów. Robiło mi się ciemno przed oczami, krok był chwiejny, a z każdą chwilą było tylko gorzej. Pięć metrów... Cztery... Trzy... Dwa... Jeden...

            Wypadliśmy na otwarty teren. Świeże powietrze. Zanosiliśmy się kaszlem, jakby próbując pozbyć się pyłu z płuc. Otoczyła nas grupa Upadłych Aniołów. Na ich twarzach mieszało się przerażenie z ogromną ulgą. Mówili coś, lecz nic z tego do mnie nie docierało. Wtedy zobaczyłam, że Marcello upadł nieprzytomny na ziemię. Chciałam mu pomóc, ale nagle okropnie zaczęło mi się kręcić w głowie i osunęłam się na nierówne podłoże. Co było dalej? Nie pamiętam.


                                                  ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~


Dzisiaj już notka jest. :D Jeszcze raz przepraszam, że wczoraj nie było, ale nie miałam czasu. :( Mam nadzieję, że się rozdział spodobał (tak, wierzę w takie cuda). :)
Pozdrawiam, Alexandra.

środa, 4 marca 2015

Rozdział 21

        ,,Oby nic mu się nie stało" - tak głosiło ostatnie zdanie w trzecim wpisie w dzienniku Pana Piekieł. Nie rozumiałam go. Kim był Asmodeusz? Nie mogłam dalej czytać, bo patrole zaczynały wracać do siedziby. Szybko pobiegłam do pokoju i schowałam czarny notatnik głęboko pod miękkim materacem mojego łóżka. Jeszcze dwa dni i będziemy w naszym zamku. Wszystko co tu się wydarzyło pójdzie w niepamięć. Przestanie istnieć.

       Zaczynało się ściemniać, więc po chwili Forneus się zjawił. Nie miałam najmniejszej ochoty na spacer, ale nie chciałam sprawić mu zawodu. W końcu to tylko krótka przechadzka...

- Jesteś gotowa? - spytał wysoki, opalony chłopak i uśmiechnął się promiennie.

- Tak, już idę - powiedziałam pośpiesznie nakładając letni płaszczyk.

        Noc rzeczywiście była nieprawdopodobnie piękna. Spadające gwiazdy lśniły na tle granatowego nieba. Rześkie powietrze, lekko chłodno, ale nadal przyjemnie. Cieszyłam się, że tu przyszłam. Moja blada cera odcinała się bielą od morza ciemności, a jego zielone oczy przypominały kocie ślepia.

- Cudownie tu - szepnęłam z zachwytem.

- Wiedziałem, że ci się spodoba - roześmiał się. - Pokazać ci coś jeszcze bardziej niezwykłego?

- A to jest możliwe?

- Sama ocenisz - odparł i ruszyliśmy dalej ścieżką.

        Wędrówka nie trwała długo. Wystarczyło przejść kilkanaście metrów, by znaleźć się na
sporej polanie. Widok zapierał dech w piersiach. Stary młyn ukryty pośród wysokich traw i wszelakich kwiatów. Wartka rzeczka płynąca obok i księżyc rzucający na to swą srebrną poświatę. To wszystko było jak sen, z którego nie chciało się obudzić. Forneus nic nie mówił, również się przyglądał.

- Dziękuję, że... - gestem ręki nakazał mi umilknąć. Posłuchałam go.

- Ktoś tu chodzi - szepnął.

         Rzeczywiście było słychać czyjeś kroki. Z każdą pełną napięcia chwilą bałam się coraz bardziej. W panującym mroku nic nie było widać. Nagle młyńskie koło zaczęło się powoli obracać, skrzypiąc przy tym niemiłosiernie. Pisnęłam ze strachu.

- Zacznij ostrożnie się cofać - poradził cicho chłopak. - Schowaj się za mną.

          Najpierw robiłam co mi kazał, ale w końcu przerażenie wzięło górę i ruszyłam biegiem. Mój towarzysz szybko mnie dogonił. Nie był zadowolony.

- Nie słyszałaś co powiedziałem? - syknął.

- Wybacz - przybrałam przepraszający wyraz twarzy, ale w tych ciemnościach i tak nic nie zauważył.

           Nikt nas nie gonił, ale nie zwolniliśmy kroku. Ja nie miałabym odwagi, a on nie chciał mnie zgubić w mrocznym lesie, w którym było niewiadomo co. Po kilku minutach zmęczeni dotarliśmy do twierdzy. Z trudem łapałam oddech.

- Co... To... Było? - wydusiłam wreszcie.

- Nie wiem, ale nie chodź tam w najbliższym czasie, dobrze? - patrzył na mnie w taki sposób, że nie mogłam odmówić.

- Oczywiście - nagle mnie olśniło. - Do zobaczenia - rzuciłam na pożegnanie.

            Nie wysilając się, aby zapukać, wpadłam do jego pokoju. Siedział na parapecie przy otwartym oknie i bawił się swoim ulubionym sztyletem.

- To byłeś ty - stwierdziłam wściekła.

- Nie zaprzeczę, ale też nie potwierdzę, bo nie wiem co masz na myśli, skarbie - odparł, nie przejmując się zbytnio moimi zarzutami.

- Chciałeś mnie nastraszyć!

- Niby kiedy, słońce? - spytał znudzony.    

- Jakiś kwadrans temu! - złościło mnie, że udawał większego idiotę niż był.

- Niestety, kotku, ale piętnaście minut temu byłem tutaj i dostałem talerzem od Lucyfera, który myślał, że znowu wziąłem ten jego głupi pamiętniczek - Marcello podwinął rękaw i pokazał długą, krwawiącą jeszcze lekko ranę, a mnie ogarnęły wyrzuty sumienia. - Nie mogę już chodzić do jadalni, bo on w końcu zniszczy całą zastawę stołową, kochanie.

- Forneus...

- Nie mów tego ohydnego imienia, należącego do jeszcze gorszej osoby, złotko - przerwał mi.

- Jak możesz tak go oceniać!

- Nie znasz go, skarbie - wycedził.

- Ty też nie.

- Zdziwiłabyś się - skierowałam się do wyjścia. - Jedna mała rada. Jeśli go spotkasz, nie daj się nabrać na jego gierki, słońce.

- Nie wierzę ci... -  zaczęłam, ale go już nie było. Rozpłynął się w powietrzu, czy co?! Musiał, bo to ja stałam przy drzwiach, a innego wyjścia nie było...


                                                         ~~~~~~~~~~~~~~~~~~


Wiem, że późno... Ale jest! :D Chciałabym poinformować, że jutro najprawdopodobniej nie będzie notki, bo mam zajęć w szkole od groma i jeszcze kilka projektów na piątek, których nie zdążyłam zrobić... :( To okropne. Pozdrawiam, pełna pesymizmu Alexandra.

wtorek, 3 marca 2015

Rozdział 20

        Lucyfer skonfiskował Marcellemu jego ukochany sztylet. Oczywiście, nie było to dobrowolne. Chłopak protestował i chodził za Panem Piekieł i Rispim tak długo, że w końcu postanowiono odesłać go do jego pokoju.

- To fair! - krzyczał. - Tak, zabrałem ten twój idiotyczny pamiętniczek, ale to nie to samo!

- Czyżby? - spytał Książę Ciemności z satysfakcją w szafirowych oczach.

- Ty naprawdę mnie nie doceniasz, prawda? - chłopak powiedział z litością w głosie. - Zawsze uważasz, że jesteś silniejszy i lepszy od wszystkich, ale kiedyś potkniesz się o własną dumę i poczujesz, że nawet ty czasem też przegrywasz - Marcello z radością przyglądał się jak Lucyfer powoli tracił nad sobą panowanie. - Ale przecież kiedyś już tak było...

- Zabrać go! - wrzasnął czerwony ze złości Pan Piekieł.

          Tym razem mój Przewodnik dobrowolnie dał się wyprowadzić. Będąc przy drzwiach, odwrócił się jeszcze i pokazał Księciu Ciemności język. W samą porę uchylił się przed nadlatującym kubkiem, który z łaskotem rozbił się o jasną ścianę, pozostawiając na niej sporą plamę. Ktoś cicho zaklnął. Atramentowłosy Upadły Anioł zaśmiał się. Przez to znowu prawie dostał jakimś naczyniem. Strażnik nakazał mu już iść, jakby obawiał się, że jego władca zniszczy coś jeszcze.

           Gdy wyszłam z biblioteki, wpadłam na kogoś. Forneus. Jego zielone oczy roztapiały jednym spojrzeniem. Uśmiechnął się.

- Jak minął dzień? - oparł się o ścianę.

- Tak jak zwykle, czyli bardzo... Nie wiem jak to ująć... Interesująco - powiedziałam wreszcie.

- To miło, ja się za to okropnie nudziłem - zaśmiał się.

- Też bym chciała - przyznałam. - Odkąd tu jestem, nie mogę narzekać na brak atrakcji.

- Teraz nie mam czasu, ale może miałabyś ochotę na spacer? Dziś wieczorem ma być podobno deszcz spadających gwiazd - zaproponował.

- Bardzo chętnie - fakt, że się zarumieniłam, próbowałam ukryć za czarnymi lokami, które opadły na moją twarz.

              Nie wiedziałam, czym się zająć. Wszystkich gdzieś wywiało, a ja sama siedziałam w holu w oczekiwaniu na Kimiko, Agnès lub kogokolwiek kogo znałam. Teraz przynajmniej mogłam w spokoju pomyśleć.

              Nagle moją uwagę przykłuł coś co leżało na niskim, szklanym stoliczku. Skórzany, kruczy notatnik. Nie mogłam się opanować i zajrzałam.

                                                                                                                  Środa 11 marca

              Wszczęto bunt. Niektóre Anioły stawiły się po mojej stronie - właściwej, a inne dalej trwały w swoich przestarzałych ideałach. Nie wiem co będzie dalej. 

                                                                                                                  Czwartek 12 marca

               Dzisiaj dołączył do nas nowy sprzymierzeniec - ciemny blondyn o szarych, pięknych oczach i lekko bladej karnacji, imieniem Asmodeusz. 

                                                                                                                   Piątek 13 marca

               Ta data będzie przeklęta! Czeka nas wygnanie i wieczne potępienie. Nigdzie nie widziałem Asmodeusza. Oby...

               Szybko schowałam zeszyt. Ktoś idzie. Starałam się przybrać najbardziej obojętny wyraz twarzy. Spojrzałam w kierunku, z którego dochodził dźwięk kroków.

- Co tam chowasz, skarbie? - Marcello próbował zobaczyć co trzymam za plecami.

- Nic - skłamałam, chociaż on i tak by mi nie uwierzył.

- Ciekawe dopiero robi się potem, kochanie - dostrzegł notatnik.

- Yhm - mruknęłam i zaczerwieniłam się.

                 Nagle zauważyłam, że chłopak bawi się... Sztyletem, który Lucyfer mu odebrał.

- Skąd to masz? - spytałam zdziwiona.

- Naprawdę sądziłaś, że mu go oddam, słońce? - w jego obsydianowych oczach kryło się politowanie.

- Ja... - zaczęłam, ale go już nie było. Wzruszyłam ramionami i zabrałam się za dalszą lekturę.


                                                        ~~~~~~~~~~~~~~~~~~


Szkoła daje się we znaki. :) Mimo to notka jest. Wiem, że krótka, ale miałam mało czasu. :) Pozdrawiam, Alexandra.

poniedziałek, 2 marca 2015

Rozdział 19

        Jak zaczarowana przyglądałam się zielonookiemu chłopakowi. Nie zauważył mnie. Jednocześnie poczułam rozczarowanie, jak i ogromną ulgę. Nerwowo poprawiłam kruczoczarne loki. Biłam się z myślami. W końcu strach wziął przewagę i skryłam się za rogiem, wciśnięta między starą komodę, a beżową, skórzaną sofę. Postanowiłam poczekać aż odejdzie.

         Po dobrych kilku minutach ostrożnie wyjrzałam zza mej kryjówki. Patrzył się w moją stronę i szeroko się uśmiechał. Jak on to pięknie robi... Szybko odpędziłam niechciane myśli i schowałam głowę.

- I tak cię widziałem! - zawołał ze śmiechem, ale nie takim wrednym, tylko przyjaznym. - Wyjdziesz, czy będziesz się tam chować do końca życia?

         Starając się jak najmocniej ukryć twarz za zasłoną włosów, nieśmiało  do niego podeszłam, ale zachowałam kilkumetrowy dystans.

- Nie bój się. Przecież cię nie zjem - powiedział radośnie. - Jak masz na imię?

- Ja... Eee... - jąkałam się.

- Nietypowe - zrobił zdziwioną minę. - W takim razie, miło cię poznać Jae.

- Nie - starałam się wyjaśnić nieporozumienie. - Nazywam się Lucia.

- Jeszcze ładniej - na nowo się rozpromienił. - Ja jestem Forneus.

        Chłopak wytężył wzrok, najwyraźniej kogoś zauważył. Pożegnał się krótko, obiecał, że jeszcze się spotkamy i szybkim krokiem ruszył w kierunku, w którym przed chwilą się patrzył. Nie mogłam doczekać się następnego razu, kiedy go zobaczę. Był idealny. Westchnęłam i z zamiarem pójścia do swojego pokoju skręciłam do bocznego korytarzyka.

        Dzień dłużył się niemiłosiernie, każda minuta wlokła się jak godzina. Jedyną książkę, jaką tu miałam, dawno przeczytałam. Kimiko i Agnès były na patrolu, treningi z Marcellim na razie odwołano, a Rispie nie chciał mnie widzieć.Nawet myślenie o Forneusie wydawało mi się wtedy niezbyt ciekawe.

        Właśnie leżałam na łóżku i podrzucałam małą, czerwoną piłeczkę, gdy rozległo się ciche pukanie drzwi.

- Proszę - zawołałam nieprzerywając zabawy.

- Cześć - powiedział wysoki chłopak o kasztanowych włosach.

- Wybacz, nie wiedziałam, że to ty - oblałam się szkarłatnym rumieńcem.

- Nic nie szkodzi - odparł Forneus z uśmiechem. - Szedłem właśnie do jadalni i uznałem, że po ciebie wpadnę. Dobrze zrobiłem, widać zupełnie o tym zapomniałaś.

- W takim razie już idę - szybko wstałam z pościeli, lekko ją wygładziłam i ruszyłam za nowym znajomym.

         Gdy dotarliśmy na miejsce, byli już wszyscy z wyjątkiem Pana Piekieł i Marcellego. Po chwili jednak obaj łaskawie się zjawili. Mój Przewodnik starał się ukryć rany ma twarzy za gęstą, kruczoczarną grzywką, ale niezbyt mu się to udało. Lucyfer był jakiś zamyślony, więc reszta też zachowała ciszę. Do czasu.

- Marcello - syknęła Elena na chłopaka.

- O co chodzi?

         Dopiero teraz zauważyłam, że znowu bawi się tym dziwnym sztyletem. Tym razem wymyślił nową, tak samo chorą jak poprzednia, gierkę. Kładł sobie nóż, ostrzem do skóry, między oczy, tuż nad nosem i balansował nim w taki sposób, żeby nie spadł. Po bladej cerze spływała wąska smużka krwi. Widać, że było bardzo ostre.

- Przestań to robić - wycedziła dziewczyna przez zaciśnięte zęby. - Nie wszyscy tutaj zgromadzeni mają skłonności sadystyczne i masochistyczne jak ty.

- Nie - odpowiedział krótko.

- Zrób co ci kazała - warknął Rispie, któremu najwyraźniej również nie podobała się ta zabawa. - Albo...

- Albo co? - spytał z błyskiem w atramentowych oczach.

- Albo znowu trzeba ci będzie wymierzyć karę - posępny głos należał do Księcia Ciemności.

          Marcello podskoczył lekko, jakby przemówił do niego stół. Niestety, zapomniał o  sztylecie, który ledwo utrzymywał się w pionie. Narzędzie upadło równocześnie przecinając
skórę tuż pod okiem. Chłopak zawył. Spojrzeliśmy na niego zdziwieni. On nigdy nie okazywał bólu, śmiał się z niego. Wtedy Lucyfer z litością pokiwał głową.

- Co to za nóż? - westchnął ciężko.

- Należał do Łowcy Demonów - przyznał się.

- Jesteś idiotą - stwierdził Rispie. - Kompletnym idiotą.

            Nie bardzo się na tym znałam, ale z tego co usłyszałam, to nawet najmniejsza rana zadana ów nożem była dla Upadłego Anioła okropna. Specjalne zaklęcie sprawiało, że cierpiało się jeszcze mocniej. Prawie mi go było żal. Prawie.

- Będziesz musiał to przeczekać - powiedział Pan Piekieł ze słabo ukrytym zadowoleniem. Jego zemsta potrwała trochę dłużej.


                                                          ~~~~~~~~~~~~~~~


Przepraszam, że dodaje dopiero teraz, ale wcześniej nie mogłam. Najważniejsze, że wyrobiłam się z notką. :D Pozdrawiam, Alexandra.

niedziela, 1 marca 2015

Rozdział 18

        Rispie zarządził, że zostaniemy tu - w siedzibie Pana Piekieł - do końca tygodnia. Marcellego nikt nie spotkał od trzech dni. Zwykle nawet bym o tym nie pomyślała, ale nie w takiej chwili. Oni nie wiedzieli co się stało, lecz ja tak. Lucyfer był wściekły. Marcello natychmiast z powrotem trafił do celi. W sumie dobrze, bo inaczej Książę Ciemności zabiłby go na miejscu. Nigdy nie widziałam go w takim stanie. Rzucił się na niego, klnąc równocześnie jak szewc. Zupełnie nie przypominał depresyjnego chłopaka, którego w nim zauważyłam pierwszego dnia. Nie chciałabym być na jego miejscu. I to tylko dlatego, że ten wziął jego dziennik.

        Włóczyłam się bez celu po korytarzach. Wszyscy mieli jakieś zajęcia, a ja nie wiedziałam co mam robić. Zwykle byłabym na treningu...

        Zbliżała się osiemnasta, czyli pora kolacji. Większość naszej ,,rodzinki" siedziała już przy stole i czekała aż będzie mogła zacząć jeść. Ja stałam przed drzwiami i podpierałam ścianę. Nie chciałam być tam z nimi i udawać, że nic się nie stało.

        Nagle usłyszałam hałas dochodzący z jednej z odnóg głównego korytarza. Po chwili wyłonili się z niej dwaj mężczyźni, zapewne strażnicy. Ktoś tam jeszcze z nimi był. Marcello! Szedł z nimi. Prychnęłam. Szedł. Oni wlekli go za sobą, nie był w stanie iść sam. Zostawili go przy jadalni, ledwo trzymał się na nogach. Skierowałam się ku niemu.

- Pomoc ci? - podniósł głowę.

        Nie był to miły widok. Atramentowoczarne włosy były w kompletnym nieładzie. Kredowobiałą twarz miał całą pokrytą licznymi rankami, jedno oko podbite, a z kącika ust ciekła mu wąska smużka krwi. Otarł ją wierzchem dłoni. Większość urazów i tak ukrył pod ubraniem. Wzrok miał lekko rozbiegany, jakby nie do końca wiedział, gdzie się znajduje i skąd dochodzi ów - mój - głos. Po chwili mnie zauważył.

- Nie trzeba, skarbie - wydusił z trudem, jakby czyjaś dłoń zaciskała się na jego szyi.

- Co oni ci zrobili? - wyszeptałam przerażona. Marcello był durny, ale nikt nie zasłużył na takie traktowanie.

- Mi się podobało, słońce - wysilił się na słaby uśmiech.

- Chodź, zaprowadzę cię do twojego pokoju - wzięłam go pod ramię. Wtedy poczułam cały jego ciężar na sobie.

          Choć  jego sypialnia nie była daleko, to podróż i tak trwała długo. Wyczerpany chłopak co chwila się potykał. Kiedy wreszcie dotarliśmy do celu, z trudem oddychał. Pomogłam mu przemyć rany na twarzy i zaprowadziłam do łóżka. Upadł na nie ciężko ledwo utrzymując pion.

- Mogli cię zabić - nadal byłam w szoku.

- Szczerze - spojrzał mi prosto w moje fiołkowe oczy. - Chętnie bym to powtórzył. Mimo wszystko spodziewałem się czegoś gorszego, złotko.

- Nie żartuj.

- Ależ nic z tych rzeczy, kochanie - zaśmiał się ukazując białe jak perły zęby. - Sam wymierzyłbym sobie okrutniejszą karę.

- Weź się prześpij, bo bredzisz - przyłożyłam dłoń do jego czoła. - Przyjdę później.

- Nie będę czekał z niecierpliwością, kotku - pożegnał się.

             Biegałam jak głupia po wszystkich piętrach w poszukiwaniu pewnych dwóch osób. Miałam ochotę wygarnąć im prosto w twarz, co myślę o nich i ich pomysłach. Byłam już na trzeciej kondygnacji, gdy ujrzałam parę mrocznych, wysokich postaci idących w kierunku schodów. Szybko byłam już przy nich.

- Postradaliście rozum?! - nie bawiłam się w uprzejmości.

- Pomyliłaś nas z jakąś swoją koleżaneczką - odezwał się blondyn spoglądając na mnie błękitnymi oczami. - W innym przypadku nic nie tłumaczy cię z twojego skandalicznego zachowania.

- Wybacz, panie - wściekłość dodała mi odwagi. - Ale, czy pan nie rostradał rozumu?!

- Ty mała gnido... - zaczął Rispie, który w tym świetle wyglądał zdecydowanie groźniej, a jego wyraźne kości policzkowe wydawały się jeszcze wyraźniejsze. Pan Piekieł podniesieniem dłoni nakazał mu zaprzestać.

- Chcę usłyszeć, co ta bezczelna nowicjuszka nam zarzuca  - powiedział ze stoickim spokojem, którego brakowało jego towarzyszowi.

- To, co zrobiliście Marcellemu jest niedopuszczalne. Potraktowaliście go jak śmiecia - nerwowo potrząsnęłam czarnymi lokami.

- Bo nim jest - Krispin w ogóle nie przejmował się losem swoich podwładnych.

- Jeżeli już ktoś tu nim jest, to ty - wysyszczałam mu prosto w twarz.

               Chłopak nie wytrzymał i wymierzył mi porządny policzek. Byłam wstrząśnięta. Uderzyć dziewczynę?! Na dodatek siostrę?! Położyłam rękę na miejsce, gdzie dostałam.
Piekło jak diabli, ale na szczęście nic poza tym. Zdumiona patrzyłam na Rispiego.

- Nienawidzisz mnie, prawda? - poczułam, że gorące łzy mimowolnie spływają po moim bladym obliczu.

- To bardzo prawdopodobne - odparł.

                 Uciekłam. Nie chciałam, żeby uznali mnie za słabą, ale chyba osiągnęłam odwrotny efekt. Miałam zamiar udać się do swojego pokoju, ale wcześniej poszłam zobaczyć co z Marcello.

                Siedział na łóżku i bawił się srebrym sztyletem o rękojeści wysadzanej drogimi kamieniami. Widniał też na niej herb - symbol jakiegoś rodu.

- Co ty robisz?! - wykrzyknęłam na równym stopniu przerażona, jak i zdziwiona.

- Ćwiczę celność, skarbie - powiedział nadal siedząc do mnie tyłem.

- W jaki sposób?  - spytałam i praktycznie natychmiast tego pożałowałam.

- W taki, słońce.

                 Upadły Anioł przewiązał sobie czarne jak węgielki oczy chustą, która leżała obok, ustawił dłoń z mocno przyciśniętymi do siebie palcami zaledwie kilka centymetrów nad udem i... Szybko opuścił nóż. Zamknęłam machinalnie oczy i pisnęłam cicho ze strachu. Po kilku sekundach uchyliłam powieki. Aż otworzyłam usta ze zdumienia. Trafił idealnie między waskie prześwit pomiędzy palecem wskazującym a środkowym, pół centymetra nad nogą. Ani kropli krwi, nic. Dopiero, gdy rozluźnił rękę, zobaczyłam, że pokryta jest drobnymi, cienkimi bliznami. Widać nie zawsze mu się udawało.

- Niesamowite - wyszeptałam.

- Lata praktyki, kochanie - odpowiedział nieskromnie. - Poza tym miałem zabawę.

- Ale przecież to boli, jeżeli coś nie wyjdzie...

- I wtedy jest najfajniej - w jego oczach dało się dostrzec szaleńczy błysk. - Może chcesz spróbować, złotko.

- Raczej podziękuję... - odmówiłam.

- Wiele tracisz, kotku.

- A jak się czujesz? - zmieniłam temat.

- Nietety, ale coraz lepiej - westchnął. - Choć ze wszelkich sił starałem się do tego nie dopuścić.

                   Wyszłam z jego sypialni bez pożegnania. Co tam w ogóle przyszłam? Nagle coś, a raczej ktoś przykłuł moją uwagę. To był jeden z najpiękniejszych chłopaków, jakich w swoim całym życiu spotkałam. Kasztanowe włosy zaczesane do tyłu, opadały falami na ramiona, zielone jak świeżo skoszona trawa tęczówki, lekko opalona skóra i delikatny uśmiech. Czarna koszula opinała się na wyraźnie zarysowanych mięśniach. Opierał się niedbale o ścianę,  jakby na kogoś czekał.

- Cześć - tylko tyle zdołałam wydusić.


                                                    ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~


W poniedziałek do szkoły. :( Ale nie martwcie się. :) Notki będą nadal dodawane codziennie. :D Pozdrawiam, Alexandra.