Nie byłam pewna, czy to, co powiedział Marcello było tylko niewinnym żarcikiem. Znałam go na tyle długo, że wiedziałam, że byłby zdolny zrzucić mnie z dachu. Po tym całym lataniu nie miałam najmniejszej ochoty jeść, więc zaszyłam się w swoim pokoju i postanowiłam trochę poczytać. Jedyną książką, którą udało mi się znaleźć był ,,Don Kichot" Miguela de Cervantesa. Nie mając nic innego do roboty, zabrałam się za czytanie.
Nagle drzwi otwarły się z wielkim hukiem i stanął w nich mój kochany braciszek. Nie był w najlepszym humorze.
- Odłóż książkę, rusz cztery litery i chodź ze mną - powiedział oschle.
- Gdzie znowu? - jęknęłam obolała.
- Ćwiczenia z walki. Biegiem.
Nie dał mi nawet chwili na przebranie, po prostu pociągnął mnie za rękę i wywlókł z pokoju. Byłam zmęczona, plecy nadal mnie piekły i nie jadłam jeszcze obiadu. Kolejny trening to ostatnia rzecz o jakiej marzę. Ostatnia. Już chyba wolałabym zostać rzucona niedźwiedziom na pożarcie. Albo spędzić ten czas z moim pierwszym Przewodnikiem. Nie, to byłoby jednak gorsze. W takim razie przedostatnia.
Rispie zaprowadził mnie do piwnicy, gdzie znajdowała się sala treningowa i kazał mi go atakować. Z marnym skutkiem. Ja upadałam, a on tylko na mnie krzyczał. Co chwila lądowałam na twardej macie i skręcałam się z bólu, ale jedno pytanie cały czas mnie nurtowało. W końcu nie wytrzymałam.
- Dlaczego mu o tym powiedziałeś? - spytałam i przez to nie zauważyłam kolejnego posunięcia mojego rywala i znowu leżałam na ziemi.
- Komu i o czym? - chłopak przestał mnie atakować i skupił się na mojej wypowiedzi.
- No... Marcellemu o tym, że jesteśmy rodzeństwem.
- Że co?! On wie?! - trząsł się ze wściekłości.
- A to nie ty mu powiedziałeś? - byłam zbita z tropu.
- Oczywiście, że nie! - wrzasnął i wybiegł z pomieszczenia. - Gdzie on jest?!
Nie czekałam na nich długo, gdyż zaledwie kilka minut później oboje już tu byli. Co prawda, Marcello został wciągnęty siłą i nie do końca wiedział o co chodzi, ale był. Rispie nie okazał ani trochę człowieczeństwa i zwyczajnie uderzył chłopaka z wielką siłą w brzuch. Ten zachwiał się, ale utrzymał się na nogach.
- Co ty ode mnie chcesz?! - z trudem łapał powietrze.
- Skąd to wiesz?! - ryknął i znowu zadał cios, lecz tym tazem chybił.
- A co? Wiem wiele rzeczy - odparł z normalną dla siebie bezczelnością.
- O mnie i Luci! - wycharczał ze wściekłością Krispin i po raz kolejny go uderzył. Tym razem w głowę i to tak mocno, że chłopak aż upadł.
- A, o tym - powiedział i zaczął się głośno śmiać.
Mina mi zbledła. Oszalał. Marcello zwariował. I to przez mojego brata.
- Postradałeś rozum?! Odpowiadaj! - Rispie nadal był bezlitosny. Nie mogłam na to patrzeć.
- I ty nazywasz się przywódcą?! - zdenerwowałam się.
- Tak, właśnie tak siebie nazywam - odparł bez skruchy. - Masz trzymać gębę na kłódkę, jasne? - zwrócił się do Anioła wciąż leżącego na podłodze.
- Oczywiście, bo niby co miałbym na tym zyskać?
- Nic, ale jeżeli komukolwiek o tym powiesz, zdechniesz. Potraktuję cię jak kundla, którym zresztą jesteś - wysyczał i wyszedł trzaskając za sobą drzwiami.
Chwilę jeszcze na nie patrzyłam, ale kiedy byłam pewna, że nie wróci, skierowałam swój wzrok na Marcellego. Nadal się uśmiechał, ale przynajmniej przestał się tak przerażająco śmiać. Super, nie dość, że psychopata, to teraz na dodatek wariat. Wtedy chłopak zaczął powoli wstawać na nogi.
- Już sobie poszedł, skarbie? - spytał z miną ani trochę nie przypominającą miny osoby, która właśnie oszalała.
- Nic ci nie jest?! - zdziwiłam się.
- Przecież, że nie, kochanie. Nie bój się.
- Myślałam, że naprawdę coś ci się stało! - wkurzyłam się, że znów byłam taka naiwna.
- Dobry ze mnie kłamca, słońce - ruszył w kierunku wyjścia. - Gdyby mnie teraz zabił to nie widziałbym, jak spadasz z dachu, a tego nie mogę sobie odpuścić, złotko.
- Palant - warknęłam, chociaż wiedziałam, że już wyszedł.
Uznałam, że to koniec mojego treningu, więc poszłam na obiad.
Mimo głodu straciłam apetyt. Teraz, gdy bawiłam się ziarenkami ryżu, zrozumiałam coś strasznego. Rispie zabiłyby go i nawet by przy tym nie mrugnął. Nie obchodzili go jego ludzie, którzy ślepo mu ufają. Nie, dla niego liczył się tylko on sam, jego własne potrzeby. Ta myśl napawała mnie lękiem. Lękiem przed własnym bratem. Nie wiem, co wydarzyło się przez te osiem lat, ale na pewno nic dobrego. Zmienił się.
- Będziesz jeść, czy się bawić? - spytała jakaś dziewczyna, chyba Lisa.
- Nie, już skończyłam. Przepraszam.
- Nie ma za co. - uśmiechnęła się i dodała z troską. - Coś się stało?
- Nic takiego. Po prostu jestem zmęczona. Dobranoc - pożegnałam się.
Chciałam jeszcze trochę poczytać, ale wyczerpanie wzięło górę i zasnęłam przytulona do książki.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Za ewentualne błędy przepraszam, ale pisałam to w nocy, bo chciałam zdążyć. :D Tak wiem, tylko winny się tłumaczy. :) Pozdrawiam cieplutko, Alexandra.
Kolejny raz mam ochotę przytulić Marcellego i śmiać się jak wariat/psychopata razem z nim. Tak czytam i czytam i wybucham właśnie takim wariackim śmiechem jak Marcello :D
OdpowiedzUsuńWidzę intrygę zniechęcenia mnie do Rispiego, ale sorry, fanklub nadal prosperuje. Na jego miejscu też nie byłabym zachwycona takim obrotem sprawy i już zastanawiam się dlaczego Rispie ma taki słaby punkt w postaci siostry... W ogóle już mam wysnute niestworzone domysły na temat tego kto z kim i dlaczego, ale coś czuję, że i tak mnie zaskoczysz ;)
Co do błędów to jeden raz rzuciło mi się w oczy niezmienianie na chwilę czasu z przeszłego na teraźniejszy, w tym momencie gdy powiedziała, że trening to ostatnia rzecz o jakiej marzy, a nie że była to ostatnia rzecz o jakiej marzyła. Ale nie martw się bo ja też zawsze robię pomieszanie z poplątaniem z czasami, zwłaszcza kiedy pisze w pierwszej osobie.
Czekam na następny i już mi szkoda, że w przyszłym tygodniu będą rzadsze notki ;-;
Czekam na Lucyfera, którego mam już portret psychologiczny/fizjonomiczny w głowie i nie mogę się już go doczekać!!
Weny, weny, weny, czekam na Lucyfera!!
PS. Nie śpiesz się z nim, jestem masochistką i lubię czekać w cierpieniu :*
Mieszam z czasami i dobrze o tym wiem, ale nic na to nie poradzę. Nie, nie chcę Cię zniechęcić do Rispiego, po prostu już we wcześniejszym zamyśle miał być taką postacią. :D Mogę Cię też pocieszyć. Być może dam radę w przyszłym tygodniu dodawać notki często. :D Zapewne ominę jakiś dzień, ale postaram się codziennie coś dodawać. Pozdrawiam.
UsuńOh, jak ja mam nadzieje na te notki, bo w szkole mam zbyt dużo czasu na zastanawianie się nad losami twoich bohaterów :D
UsuńRispie, taki niedobry <3 kolejna postać do mojego sassylandu
Weny!
Postaram się, żeby były. Nawet, jeśli mam zarywać noce. :D Pozdrawiam.
UsuńWiesz, że cię uwielbiam <3
UsuńJa też zarywam noce, łączmy się w bólu
Nie mam pojęcia co napisać, bo Agnes napisała już chyba wszystko co planowałam. Jeśli o mnie chodzi, nie wiem co byś musiała zrobić, by zniechęcić mnie do Raspiego, ale widzę jeden problem... Może dotyczy on tylko mnie, ale nie potrafię wybrać którego wolę. Uwielbiam i Raspiego i Marcellego, chociaż oni razem chyba nie najlepiej się dogadują i są trochę inni, ale kocham ich obu!
OdpowiedzUsuńPozdrawiam, wilk :)
Nie najlepiej się dogadują to chyba zbyt delikatnie powiedziane. :D Pozdrawiam.
UsuńJuż w mojej chorej głowie formuje się obraz Riespie x Marcello, rzucających sobą o ściany w przerwach pomiędzy pocałunkami :3
UsuńI to wszystko przez ten niewinny komentarz, został on katalizatorem do obudzenia destrukcyjnej mocy zwanej szipowaniem chłopców, którzy są sassy :*