sobota, 21 lutego 2015

Rozdział 11

        Krążyłam po korytarzach jak głupia i szukałam drogi powrotnej. Bez efektów. Każde miejsce, zakamarek i mebel wydawał się taki sam. Bałam się, że biegam w kółko. Próbowałam wrócić do tych starych schodów przeciwpożarowych, ale nie wiedziałam, gdzie mogą się znajdować. Byłam głodna, zmarzięta i zmęczona. Co prawda, spałam kilka godzin, ale nic mi one nie dały. Zrobiłabym wszystko, aby być teraz w swoim pokoju. Nie tutaj, ale w domu, blisko przyjaciół i taty. Nie cierpię tego miejsca. Odkąd tu jestem nic nie jest tak, jak być powinno.

         Słońce chowało się już za horyzont, gdy nagle usłyszałam zbliżające się kroki. Ruszyłam w tamtym kierunku.

- Lucia! Marcello! - usłyszałam.

         Szukali nas. Widać mój Przewodnik również się zgubił. Albo specjalnie nie wrócił.

- Hej! - zawołałam i po chwili ujrzałam postać wyłaniającą się zza rogu.

- Lucia! Tu jesteś! - krzyknął jakiś chłopak. Nie pamiętałam jego imienia.

- Jestem Jack - chyba moja mina musiała wiele zdradzać. - Jak ty się tu znalazłaś?

- Próbowałam znaleźć wyjście.

- A czemu w ogóle tu się chowałaś?

- Nie wiem. On najpierw uciekł, więc myślałam, że też muszę.

- Oto się nie martw - uśmiechnął się. - A gdzie on jest?

- Skąd mam wiedzieć?

- Byłem pewny, że będzie z tobą - powiedział Jack lekko zawiedziony.

             Chciałam wyjaśnić wszem i wobec, że szczerze go nienawidzę, a on mnie, ale odpuściłam sobie. Będzie jeszcze na to okazja. Szliśmy niedługo, bo okazało się, że zaraz obok są schody prowadzące na sam dół. Byłam tak blisko. Zaraz po dotarciu tam, zjadłam coś.

             Wszyscy byli już przy stole. No, prawie wszyscy. Marcello nadal chodził nie wiadomo, gdzie. Rispie uznał, że bez sensu go dalej szukać.

- Wciąż go nie ma? - spytała Veronica, która dopiero teraz zjawiła się w jadalni.

- Yhm... - mruknął ktoś w odpowiedzi.

- Skoro tak sądzicie to mogę sobie stąd pójść - powiedział chłopak siedzący na końcu. Osoby będące najbliżej niego aż podskoczyły.

- Nie - warknął Rispie. - Czemu uciekłeś?

- Bo chciałem - odparł z uśmiechem.

- Ty mały... - Amerigo, który był obok, musiał go przytrzymywać, żeby ten nie rzucił się na Marcellego.

- A dlaczego cali ociekaliście wodą?

- Lataliśmy nad jeziorem i pewnym momencie zahaczyłam o coś i wpadłam do awenu. Marcello pomógł mi wyjść - kłamałam jak z nut. Mój pierwszy Przewodnik zrobił zdziwioną minę, ale tylko na chwilę.

- To prawda? - przywódca był zmieszany.

- Oczywiście, że tak - odpowiedział szybko.

                  Reszta posiłku minęła w kompletnej ciszy, którą przerywał jedynie dźwięk obijających się o siebie sztućcy. Nie zjadłam praktycznie niczego, bo moją głowę zaprzątało jedne pytanie. Czemu to zrobiłam? Czemu nie wsypałam Marcellego? Nagle mnie olśniło. Nie chciałam, żeby Rispie go ukarał, bo sama pragnęłam odpłacić mu się za wszystko, co uczynił wobec mnie. Marzyłam o zemście. Dopiero wtedy będziemy kwita.

- Całkiem dobrze łgarz, skarbie - wyszeptał Marcello, gdy wychodziliśmy z pomieszczenia.

- To komplement, czy obelga? - spytałam zdezorientowana.

- Jak wolisz, słońce.

- Mam brać z kogo przykład - warknęłam.

- I tego się trzymaj, kochanie - powiedział i zniknął w tłumie.

                     Wiedziałam, że muszę znaleźć jego słaby punkt. Nieważne, czy miał być to jakiś lęk, fobia, czy cokolwiek innego, ale po prostu coś, co da mi jakąś przewagę. Choćby małą.


                                                       ~~~~~~~~~~~~~~~~~~


Zdążyłam napisać! :D Jutro wyjeżdżam, ale jak tylko będę miała dostęp do Wi-Fi to dodam jakąś notkę. :) Pozdrawiam, Alexandra.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz