niedziela, 1 lutego 2015

Rozdział 4

        Czułam się dzisiaj jeszcze gorzej niż zwykle. Nawet tak prosty sprawdzian jak ten, wydawał się najtrudniejszy na świecie. Kształtne litery napisane granatowym tuszem mojego ulubionego długopisu, rozmywały mi się teraz przed oczami. Na dodatek zaczął się wypisywać. Ze wszelkich sił starałam się przypomnieć sobie jakieś informacje, ale to na nic. Mój umysł był pusty niczym wyschnięta studnia bez dna. Poprawo testu z historii - szykuj się, nadchodzę.
       
- O nie! - syknęłam na mój przyrząd pisarski.

- Coś się stało, kochanie? - usłyszałam cichy szept, dochodzący z lewej strony.

- Długopis mi się wypisał - odparłam gotowa na kąśliwe uwagi, które jednak nie nadeszły.

- Masz. Weź ten - powiedział z lekkim uśmiechem.

- Dziękuję - odparłam zmieszana.

- Co to za rozmowy? Cisza! - pani Jansen była nie w humorze.

         Całą przerwę myślałam o tym drobnym akcie uprzejmości. Nie pasowało mi to do niego. Odkąd go poznałam, myślałam, że to zła osoba, a on jednak może mieć serce. Wzruszyłam ramionami i płynnym ruchem ręki ogarnęłam hebanowe loki z twarzy. To zastanawiające. Muszę koniecznie się go o to spytać.

         Chodziłam po wszystkich korytarzach, zajrzałam do każdej otwartej klasy, ale nie potrafiłam go znaleźć, znowu. Czyżby powtórka z rozrywki?

         Nagle dostrzegłam mroczną, wysoką postać podpierającą ścianę przy bibliotece. To on. Szybkim krokiem ruszyłam w jego kierunku.

- Cześć - powiedziałam cicho.

- O co chodzi, skarbie? O coś musi, bo bez powodu byś mnie nie szukała po całej szkole. Więc?

- O nic mi nie chodzi. Po prostu cię... Zauważyłam.

- Oczywiście...

- Dobra. Chciałam cię przeprosić. Może nie jesteś aż tak okropny jak sądziłam, może masz serce.

- Ależ mam. Po prostu już nie bije.

- Co?! Jesteś martwy?!

- Nie! - odparł ze śmiechem. - Żyję, ale moje serce przestało bić, bo dzięki temu się nie starzeję. Z tobą będzie tak samo, złotko.

- Nie zaczynaj. Pa! - pożegnałam się.

         
           Resztę dnia spędziłam z Marthą w Nimfie, czyli małej kawiarni na rogu ulicy św. Anny i Marii. To miłe, zaciszne miejsce, w którym można siedzieć cały czas. Rozłożyłyśmy się na miękkiej, czerwonej jak wiśnie sofie i rozmawiałyśmy o głupotach. Martha nawijała o chłopakach, co chwilę rzucając blond włosami i trzepocząc długimi rzęsami. Nawet trzecia z kolei kawa jej nie uciszyła. Lubię z nią przebywać, bo nie muszę dużo mówić, wystarczy tylko przytakiwać. To umożliwia mi rozmyślania.


            Do późnej nocy odrabiałam zadania domowe. Dużo tego. Napisać charakterystykę postaci z książki, rozwiązać tonę ćwiczeń z matematyki i fizyki, przygotować doświadczenie z chemii i na dodatek - rozprawka z francuskiego. Cudownie. Dopiero teraz spostrzegłam, że nadal piszę długopisem Marcellego. Normalny, srebrny, z czarnym tuszem, a jednak krył w sobie niezwykłość właściciela. Tak mały przedmiot, a już zdążył przesiąknąć tym tumanem tajemniczości, który wisi nad Marcellim niczym wygłodniały pies. To dziwne trzymać w ręce jego własność, wiedząc, że dał ci ją z własnej, niczym nie zmuszonej woli, z zwykłej dobroci serca, którego, wydawać się mogło, nie posiada, które nie bije i nie zrobi tego już dla nikogo.

- Czemu wpatrujesz się w mój długopis od piętnastu minut? - doszedł do mnie czymś dobrze znany głos.

- Długo mnie obserwujesz? - spytałam Marcellego siedzącego na ramie mojego okna.

- Tak... Odkąd wróciłaś do domu, kochanie. Jak ty możesz jeść tofu? - odparł ze wstrętem, co wywołało u mnie salwę śmiechu. - A teraz ty odpowiesz mi.

- To nie jest aż takie złe, nawet smaczne - powiedziałam nadal się śmiejąc.

- I tak nie spróbuję. Wracamy do mojego pytania.

- Co? A tak! Po prostu się zamyśliłam.

- A o czym, słońce?

- Coś ty taki ciekawski? - spytałam z udawanym oburzeniem.

- Ja? No co ty? - odparł robiąc niewinną minę, co spowodowało, że znowu zaczęłam się śmiać jak głupia.

- Nie jesteś taki zły jak myślałam... Przepraszam.

- Wiem to, przecież urodziłem się już idealnym. Mam to w genach.

- Masz tam też coś o arogancji? - teraz oboje się śmialiśmy.

               Nagle stało się coś nie do wytłumaczenia. Marcello upadł na drewnianą podłogę i zaczął kaszleć i oddychać z wielkim trudem, niby przygnieciony przez jakąś ciężką rzecz. Nie miałam pojęcia, co robić, a on się dusił. Kaszel się nasilił, bałam się jak nigdy w życiu. Nie mogłam go stracić, nie teraz, gdy zaczęłam widzieć w nim ludzkie cechy.

               Nie wiedząc jak mu pomóc, uklęłam obok i chwyciłam za rękę.

- Nic ci nie będzie... Uspokój się... - szeptałam przerażona. - Spokojnie...

               Wtedy to ustało, a Marcello powoli dochodził do siebie. Nadal zaniepokojona podałam mu szklankę wody i cierpliwie czekałam aż wypije.

- Co się właśnie stało? - spytałam zdezorientowana.

- To Rispie - powiedział chłopak z widocznym trudem.

- Czego on od ciebie chce?

- To przyjaciel. Nie martw się, wiedział kiedy przestać, aby nie zrobić mi krzywdy, złotko.

- Przyjaciele się tak nie zachowują! - krzyknęłam oburzona. Całe szczęście, że taty nie ma w domu.

- Chciał mi tylko przypomnieć, że jestem tu, aby wykonać zadanie, a nie bawić się w znajdowanie nowych znajomych - mówił dalej, a ja dostrzegłam w jego oczach strach. - Już pójdę.

                Zaczął powoli wstawać, ale zachwiał się na nogach i musiałam go podtrzymać, aby nie upadł. Od razu widać, że nie da rady dojść tam, gdzie mieszka. Już teraz wyglądał jakby miał zaraz stracić przytomność, a jedynie próbował wstać. Nie pozwolę mu wyjść w takim stanie. Jest blady jak śmierć, a wzrok ma zamglony. Zrobiło mi się go szkoda.

- Nie ma opcji. Będziesz spał w starym pokoju Krispina. Taty nie ma dzisiaj w domu, więc nikt nie będzie się czepiał.

- No nie wiem...

- Zaraz kolacja. Jak lepiej się poczujesz to zejdź na dół.

                Posiłek upłynął w ciszy, którą przerywał jedynie dźwięk obijających się o siebie sztućcy. Marcello wyglądał już dużo lepiej i chyba też tak się czuł, bo skrzywił się na widok mojego tofu, które stało w misce przy zlewie. To nie jest aż takie złe. Mimo to dobrze, że odzyskał choć trochę humoru. Nie umiałabym patrzeć jak jest smutny i zagubiony. Co ten Rispie sobie myślał?! Że może dusić nic winnego chłopaka?! I przyjaciela?! Mam szczerą nadzieję, że nigdy nie spotkam tej podłej osóbki.


                Było już późno, więc postanowiłam pokazać Marcellemu pokój, w którym będzie spał. Nie jest to duże pomieszczenie, ale wyjątkowo przytulne. Jasnozielone ściany pasują do mahoniowych mebli. Nie jest ich tu dużo, ale to nie szkodzi. Szerokie łóżko przykryte szarą narzutą stoi w centrum pokoju, stolik nocny obok, spora szafa po lewej stronie i stare biurko pod wysokim oknem. To wszystko.

                 Marcello omiótł wzrokiem po pomieszczeniu i z zadowoleniem usiadł na brzegu posłania. Dłuższą chwilę patrzył tylko na swoje buty, ale w końcu spojrzał na mnie.

- Dziękuję...

- Nie ma za co.

- Ależ jest. Pomagasz mi, a ja nie mogę się odwdzięczyć. Przybyłem tu tylko po to, aby zabrać cię od rodziny i przyjaciół, a ty jesteś dla mnie miła. Nawet nie wiesz jak bardzo wolałbym, żebyś mnie nienawidziła. Wtedy nie miałbym wyrzutów sumienia.

- Nie musisz ich mieć, przecież Rispie ci kazał, a oboje wiemy, że to świr. Nie martw się.

- Postaram się. Dobranoc.

- Miłej nocy - powiedziałam i sama udałam się na spoczynek.


                                                           ~~~~~~~~~~~~~~~~~


Rozdział trochę dłuższy niż zwykle, więc jeśli chcecie to teraz takie będą. Jak widać Marcello nie jest taki okropny, ale jeszcze wiele tajemnic do rozwiązania. Mam nadzieję, że się podoba i pozdrawiam. :-)

6 komentarzy:

  1. Chyba się uzależniłam xd
    Wchodzę sobie dzisiaj i patrzę: nowa notka, jak miło.
    Bardzo lekko i przyjemnie się czyta, aż mam ochotę na więcej.
    Cały czas się uśmiechałam, kiedy czytałam o tym długopisie i muszę cię zasmucić, ale coś czuję, że polubię Rispie, ale to tylko przez słabość do czarnych charakterów, bo Marcello też bardzo lubię. Tylko błagam, niech pozostanie wrednawy i arogancki, niech nie zmienia się w ciapę!
    Opisy bardzo ładne i wplecione w dobre momenty, a nie na siłę. Budują obraz rzeczywistości tak subtelnie, że każdy może zobaczyć to trochę inaczej i bardzo mi się to podoba.
    Niestety nie zwrócę ci uwagi na żadne błędy, bo po prostu nie szukam ich, ale mam wrażenie, że u ciebie ich nie ma. Dla mnie najważniejsza jest interpunkcja i twoja jest dobra ;)
    Weny życzę,
    Dziękuję, bo dzięki tobie napisałam nową notkę na mojego bloga i wrzucę ją za ok. godzinę (taka reklama xd) :*
    Agnes, freespirits.bloog.pl

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za miłe słowa. :-) A z tematu Marcellego. Nie martw się, to tylko chwilowa słabość. ;-) Nie mam zamiaru robić z niego ciapy. :-) Pozdrawiam.
      P.S. Bardzo chętnie przeczytam nową notkę na Twoim blogu.

      Usuń
    2. Mam nadzieję, bo kocham wrednych i aroganckich ludzi, nie tylko bohaterów, ale to wynika chyba z tego, że sama taka jestem...
      Weny życzę, to najważniejsze
      Agnes

      Usuń
    3. Mam tak samo. :-) Zawsze najbardziej lubiłam takich bohaterów w książkach, bo są po prostu tajemniczy i ciekawsi od zawsze posłusznych lizusów. :-) Pozdrawiam.

      Usuń
  2. Dopiero dzisiaj skomentuję, bo gdy przeczytałam, nie miałam czasu.
    Oczywiście muszę się zgodzić z Agnes :-) Tacy bohaterowie są najlepsi <3
    Pozdrawiam, wilk (skoro już te reklamy, to zapraszam na bloga)
    http://w-blaskuksiezyca.blog.pl

    OdpowiedzUsuń