Spodziewałam się, że dzisiaj dostanę kolejny, solidny wycisk na treningu od Rispiego, ale to się nie wydarzyło. W ogóle cały dzień zaczął się zwyczajnie. Pobudka, poranna toaleta, smętne zwleczenie się na dół, powolne przeżuwanie każdego kęsa mojego śniadania. Aż do ogłoszenia planu zajęć.
- Więc. Niestety, ale dzisiaj wszyscy - Rispie znacząco popatrzył na Marcello. - Wszyscy idziemy na patrol południowej granicy. Za niedługo będziemy mieli wyjątkowego gościa i musimy to zrobić - mówił oschle i bez entuzjazmu. - O ósmej przed budynkiem.
Tłum zaczął powoli się rozchodzić i przygotowywać się do wyjścia za godzinę. Szybko dopchałam się do Kimiko.
- O co chodzi? - szepnęłam.
- Lucyfer tu będzie.
- Kiedy?
- Nie wiem - powiedziała cicho.
Siedziałam na łóżku i nieświadomie gładziłam ręką miękką, aksamitną narzutę w kolorze świeżej krwi. Niewidzącym wzrokiem wpatrywałam się w przestrzeń. Nagle oślepiające białe światło wdarło się do pokoju niczym fala. Pochłaniało wszystko dookoła, a po chwili również i mnie.
Znajdowałam się w holu. Rispie i jakiś nieznajomy mężczyzna stali odwróceni do mnie plecami. Na oko oceniłam wiek obcego. Dość młody, wysoki i szczupły. Jasne blond włosy okalały jego głowę. Nie widziałam jego twarzy, nie znałam go, ale wiedziałam, że to ktoś niezwykły i ważny. Może zrobić wiele dobrego, ale też złego. Miałam przeczucie, że wybierze to drugie.
- Musicie być ostrożni, atak może nadejść w każdej chwili - powiedział przybysz smutnym, ale nie przerażonym głosem. Po prostu pozbawionym radości życia.
- Mówiłeś, że mamy czas - warknął Rispie.
- Bo tak myślałem.
- I co nagle się zmieniło?!
- Nie wiem! - zdenerwował się blondyn. - Demony z dnia na dzień zaczęły się buntować. Każdy z twoich ludzi ma być gotowy na najgorsze. Rozumiesz?
- Mamy w oddziale nowicjusza, a większość pozostałych dopiero niedawno zakończyła naukę - wiedziałam, że tym nowicjuszem jestem ja.
- Podwój godziny treningów, pomiń mniej ważne rzeczy. Wymyśl coś.
- Tak jak ty wymyśliłeś coś w sprawie nowicjatu Marcellego - mój brat z politowaniem pokiwał głową. - Był dla mnie prawie jak brat, a przez ciebie zgubił właściwą drogę. Teraz to kłamliwy potwór bez sumienia. Jesteś zadowolony?
- Nie zapominaj z kim rozmawiasz - gość był całkowicie świadomy swojej wyższości.
- Wybacz, panie.
W tym momencie oboje ruszyli w kierunku pojedynczych, nie najmłodszych drzwi. Stara farba łuszczyła się, ukazując niegdyś piękne dębowe drewno. Pobiegłam za nimi, starałam się jak najciszej stawiać kroki. Nie bałam się, gdyż wiedziałam, że mnie nie usłyszą. Jeszcze nie teraz. Nie wiem skąd, ale byłam tego pewna.
Szliśmy długim, wąskim korytarzykiem. Dokąd? Do celu.
Po jakimś czasie zatrzymaliśmy się przed małą, niczym nie wyróżniającą się skrzynią. Normalną, taką jak każda, w której kiedyś trzymało się pierzynę. Rispie bez słowa przykucnął i otworzył ją. Wyjął z niej jedynie brudną, zepsutą pozytywkę w kształcie karuzeli. Dawno temu musiała być przepiękna. Biała porcelana błyszcząca się od słabych promieni słońca, uspokajająca, słodka niczym miód melodia wydobywająca się z wnętrza maszynierii, teraz płakała, płakała nad naszym losem.
- Znalazłem to po pierwszym ataku - zaczął Rispie.
- Dlaczego to wziąłeś? - nieznajomy zmarszczył brwi.
- Miałem nadzieję, że się przyda.
- A co to jest?
- Nie ma pojęcia - westchnął.
Widziałam ten przedmiot pierwszy raz w życiu, ale wiedziałam na jego temat praktycznie wszystko. Należał do Lady Cordelii Cavendish. Była młodą szlachcianką z południowej Anglii, uważaną za wyjątkową piękność, zginęła w tajemniczych okolicznościach. Pozytywka zaginęła pod koniec XIX wieku i odnaleziono ją po ponad stu latach. Przez ten czas tkwiła w ziemi, czekając na właściwy moment.
- Co ona tu robi? - blondyn mnie dostrzegł. Tylko na chwilę skierował swoją twarz w moją stronę, ale i tak widziałam jego bladą cerę i niebieskie niczym morze oczy.
- Lucia! - wściekł się Krispin. - Od kiedy nas śledzisz?! Ile słyszałaś?!
- Ja... Nic - wymyślałam coś na poczekaniu. - Zgubiłam się w korytarzach.
- Nie wierzę ci!
- Ale to prawda. To jest jak labirynt - po raz kolejny splamiłam swe usta kłamstwem.
- Łgarz jak pies! - chłopak zbliżył się i już unosił rękę, żeby mnie uderzyć...
Przygotowałam się na ból, który jednak nie zadszedł. Powoli otworzyłam oczy. Byłam znowu w swoim pokoju, a łzy spływały mi po policzkach. To nie był sen, ale straszna przyszłość.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Tak jak obiecałam, notki zamierzam dodawać codziennie, ale pojawiać się na blogu będą w godzinach późniejszych. :D Pozdrawiam, Alexandra.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz