piątek, 20 lutego 2015

Rozdział 10

            Tego dnia znów miałam lekcje z Marcellim. I tym razem, gdy wyszłam przed budynek, nikogo nie było. Nie miałam najmniejszej ochoty na jego chore gierki, więc zwyczajnie skierowałam się do wejścia. Gdy tylko się odwróciłam, usłyszałam ciche uderzenie o bruk. Mój nauczyciel był wyraźnie niezadowolony, że zabawa tak szybko się skończyła.

- Wykształć skrzydełka, skarbie i leć.

- Gdzie? - przyjrzałam mu się podejrzliwie.

- Agnès pokazała ci jeziorko?

- Tak... - odparłam zaciekawiona.

- To tam - rzucił przez ramię i odleciał.

               Rozwinięcie ich bolało tak samo mocno jak wczoraj, ale przynajmniej trwało trochę krócej. Nie kłamał. Dziwne, prawda? Musiałam bardzo się namęczyć, żeby go dogonić. Był już daleko, a nawet się nie starał. Nie zdziwiłoby mnie, gdyby był najszybszym pośród zamieszkujących ten zamek Upadłych Aniołów. Denerwuje mnie coraz bardziej. W końcu dotarliśmy do celu.

- I jak się lata, kochanie?

- Wspaniale! - powiedziałam entuzjastycznie.

- W takim razie mam pewien pomysł, słońce.

- Jaki? - trochę się wystraszyłam.

- Może sprawdzisz, czy Mroczne Aniołki dobrze pływają? - spytał, a ja dostrzegłam coś okropnego.

                    Marcello wykorzystał mój moment nieuwagi i... Przywiązał mi coś ciężkiego do nogi. Nagle poczułam silne popchnięcie i po chwili zanurzyłam się w zimnych odmętach lazurowej wody. Nie wiedziałam, co robić, miałam już mały zapas tlenu, a opadałam coraz głębiej. Siłowałam się z liną, ale to tylko pogarszało sytuację. Utonę zaraz. Zaczęło robić mi ciemno przez oczami, gdy nagle coś szarpnęło mnie do góry. To moja jedyna szansa na przeżycie. Nie mogłam jej zmarnować.

                     Wtedy poczułam chłód wrześniowego poranka i wiedziałam już, że jesteśmy na brzegu. Łapczywie chwytałam powietrze i zanosiłam się kaszlem. Spojrzałam w górę i dostrzegłam, że Marcello też jest cały mokry. Czyli najpierw próbuje mnie utopić, a potem rzuca się na ratunek?! Cudownie...

- Prawie mnie zabiłeś! - wrzeszczałam.

- Gdybym naprawdę chciał, to dawno już by cię rybki jadły, kochanie - powiedział wciskając wodę z włosów.

- N-nie zrobiłbyś tego - wyjąkałam lekko przestraszona.

- Teraz jeszcze nie, ale kiedyś... Kto wie? - odparł i chyba to sobie wyobraził, bo natychmiast się uśmiechnął.

- Jesteś chory!

- Już to kiedyś słyszałem - po chwili dodał - Chodź, wracamy do domu, skarbie.

- Nie możemy polecieć? - zdziwiłam się.

- Jak chcesz dostać zapalenia płuc, to proszę, złotko. Ja bynajmniej nie chcę - ruszył w kierunku drzew.

- Czekaj! - zawołałam i pobiegłam za nim.

                            Wędrówka nie trwała długo, ale byłam całkowicie przemoczona, więc do najlepszych nie należała. Byłam wściekła na mojego Przewodnika, a on w ogóle nie przejął się tym, że mogło mi się coś stać.

- Czemu to zrobiłeś? - spytałam, gdy już w miarę uspokoiłam.

- To był sprawdzian, a ty go oblałaś, słońce - wzruszył ramionami.

- Że co?!

- Ten test miał sprawdzić, czy umiesz wykorzystać to kim jesteś w stresujących sytuacjach, skarbie.

- Na co by mi się one teraz przydały?! - zezłościłam się.

- Co się dzieje, gdy Upadły Anioł wykształca skrzydła? - odpowiedział mi pytaniem na pytanie.

- No... Szpony. Pojawiają się szpony.

- Właśnie, a u nas są one wystarczająco mocne, aby przeciąć sznur, kochanie - tłumaczył mi to, jakbym była czteroletnim dzieckiem, które nie rozumie, że powinno już iść spać.

- To można to zrobić pod wodą?

- Nie wiem, chciałem to sprawdzić - powiedział, gdy wchodziliśmy przez drzwi.

                                 Wspaniale wręcz. Jeden mój Przewodnik to szalony psychopata, a drugi to mój brat, którego nic a nic nie obchodzę. Dopiero teraz dostrzegłam, że w holu znajduje się dziewięć osób. Trafiliśmy na powrót patroli. Musieliśmy wyglądać żałośnie.

- Cholera - syknął zdenerwowany Marcello.

- Co robimy? - szepnęłam, ale go już nie było. Widać rozpływanie się w powietrzu opanował do perfekcji.

                                  Wszyscy wpatrywali się we mnie wyczekująco, ale nie wiedziałam, co mam czynić. Cofnęłam się o krok i natrafiłam na jakieś wrota. Szybko na nie zerknęłam. Uznałam, że to jedyna szansa na ucieczkę. Nie mam pojęcia, gdzie prowadzą, ale teraz nie ma to znaczenia.

- Ja... - zaczęłam i kopnęłam w drzwi za mną.

                                   Otworzyły się, a ja natychmiastowo zniknęłam w ich czeluściach. Stare schody przeciwpożarowe. Biegłam, ile sił w nogach, przeskakując, co dwa stopnie. Nikt mnie nie gonił, ale i tak bałam się zatrzymać. Wypadłam na jakiś opuszczony korytarz, skręciłam w lewo i znów byłam, gdzie indziej. Powtórzyłam to jeszcze kilka razy aż wreszcie zmęczona ukucnęłam i oparłam się o jakiś brudny mebel. Drobinki kurzu latały wszędzie, wywołując u mnie alergię. Przez okna nic nie było widać, pewnie ostatni raz były myte wiele lat temu. Ale mimo to zostałam tam, nie chciałam wracać.

                                    Siedziałam tak już kilka godzin. Przynajmniej ubrania miałam już suche. Musiało być późno, bo powieki same mi się zamykały. Postanowiłam pójść spać, ale nagle coś sobie uświadomiłam. Jak znajdę drogę powrotną?


                                                         ~~~~~~~~~~~~~~~~~


Tak, więc napisałam. :D Zaraz lecę pisać dalej, a Wam życzę miłego weekendu! Pozdrawiam, Alexandra.


   

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz