Obudziłam się na kamiennej podłodze. Cela była brudna, ciemna i ciasna. Nie wiedziałam, gdzie nas zabrali, ale byłam pewna, że jest to miejsce, do którego nie chce się trafić. Z mojej wizji pamiętam tylko urywki. Jakiś chłopak, czyjś krzyk i ogień. Tak, coś się paliło, wybuchł pożar.
Wtedy spostrzegłam, że trzy z czterech ścian to kraty. Miałam przez nie widok do sąsiednich pomieszczeń. Nikogo tu nie było. Tylko ja. Zrezygnowana i załamana swoim losem, oparłam się o zimny mur i zasnęłam.
Ze snu wyrwał mnie odgłos szarpaniny. Lekko uchyliłam powieki. Ujrzałam dwóch strażników próbujących wypchnąć Marcello do klatki obok. W końcu udało im się to. Zostawili nas samych.
- Gdzie byłeś? - szepnęłam, gdy tamci już wyszli.
- Gdy ty ucinałaś sobie drzemkę, mnie zaprowadzono na przesłuchanie, skarbie - odparł.
- Ja... Nieważne - machnęłam ręką. - Zwaliłeś wszystko na mnie?
- Oczywiście, że nie - oburzył się. - Ja chciałem dostać karę, kochanie.
- Co? - zdziwiłam się.
- No, bo to takie ekscytujące, słońce- powiedział.
- Uderzyli cię w głowę, tak?
- Chciałbym, złotko, chciałbym...
Postanowiłam nie ciągnąć tematu. Skoro tak bardzo pragnął wyroku, to proszę. Nie będę mu w tym przeszkadzać. Po kilku godzinach przyszli wartownicy. Okazało się, że ułaskawiono nas, co spotkało się z wielkim zawodem Marcellego.
- To nie fair - syczał całą drogę na obiad.
Gdy weszliśmy, oczy wszystkich były skierowane w naszą stronę. Miałam ochotę zapaść się pod ziemię. Co prawda, powszechnie znana jest wersja, że to mój pierwszy Przewodnik mnie tam zaprowadził, a ja nic o tym nie wiedziałam, ale to kłamstwo. Najpierw sama tam poszłam.
Usiadłam koło Agnès i Kimiko. Spojrzały się na mnie ze współczuciem i zrozumieniem. Udawanym. Rispie ,, poprosił " nas - mnie i Marcellego - abyśmy zostali na chwilę po skończeniu posiłku.
Kiedy zostaliśmy sami, jego przyjazne nastawienie od razu zmieniło się w wściekłość, a może nawet w nienawiść.
- Co wam strzeliło do tych głupich łbów?! - wysapał.
- Wiele rzeczy, a o jaką ci dokładnie chodzi? - spytał się chłopak. On naprawdę nie może opowiedzieć normalnie?
- Jak ja ci powiem o co mi chodzi... - zezłościł się.
- Słucham?
- Mów! - krzyknął.
- To z ciekawości - wyszeptałam.
- A więc tak? To wszystko wyjaśnia - odpowiedział. - W takim razie teraz wy nie będziecie mieli u mnie życia, jasne? Też z ciekawości.
Bałam się gniewu Rispiego. Wiedziałam, że dotrzyma słowa, że od teraz jesteśmy skończeni. Marcello się tym nie przejął, jak zawsze, ale ja? To mój brat i drugi Przewodnik!
Będzie mnie męczył na treningach i nie pozwoli nawet na chwilę przerwy. Wykończy mnie.
Mój główny nauczyciel maszerował z uśmiechem na ustach. Cieszył się. Nie brał pod uwagę, że to może skończyć się dla niego okropnie. Nie obchodził go jego los, mógłby być o krok od śmierci, ale on dalej by się śmiał.
- Jak ty możesz taki być? - nie wytrzymałam.
- Jaki, kotku?
- No... Taki! - nie wiedziałam jak ubrać to w słowa.
- Ile mam lat, złotko? - zatrzymał się.
- Siedemnaście - zdziwił mnie tym pytaniem.
- Nie dokładnie - odparł. - Urodziłem się pod koniec XIX wieku, skarbie.
Osłupiałam. Że niby kiedy?! Ponad sto wiosen?!
- Kłamiesz.
- Nie. Wtedy zabrano mnie tu - zaczął. - Życie biednego sieroty nie jest łatwe, słońce. Zwłaszcza w XIX-wiecznej Wenecji. Jedyne co wyniosłem z tamtego życia to to, że musisz sobie radzić, bo inaczej zginiesz, kochanie. I ja jakoś sobie radzę. Może w lekko nietypowy sposób, moja droga.
Nie mogłam nic powiedzieć. Tyle rzeczy naraz. Czyli Upadłe Anioły mają nawet po kilkaset lat? Nie rozumiałam tego.
Zamyśliłam się i nie zauważyłam osoby przede mną. Wpadłam na nią i dopiero wtedy zobaczyłem, kto to.
- Uważaj jak chodzisz - Książę Ciemności otrzepał płaszcz.
- O-oczywiście - wyjąkałam.
- Pozdrów go ode mnie - usłyszeliśmy głos Marcello.
Pan Piekieł ze zdziwieniem spojrzał na chłopaka.
- Na razie oddaję i czekam na więcej, bo bardzo mnie wciągęło - powiedział Mroczny Anioł z kpiącym uśmieszkiem i rzucił do Lucyfera... Jego czarny notatnik.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Trochę przeszłości Marcellego, trochę złości Rispiego. Wszystko co potrzeba! :D Pozdrawiam, Alexandra.
sobota, 28 lutego 2015
piątek, 27 lutego 2015
Rozdział 16
Duży zegar stojący w holu wybił właśnie dwunastą w nocy. Biegłam najszybciej, ale też najciszej jak mogłam. Spóźniłam się, niedobrze. Kiedy wreszcie dotarłam na miejsce, z trudem oddychałam. Rozejrzałam się w poszukiwaniu pewnej osoby. Nie było go, jak raz się z tego cieszyłam. Wtedy usłyszałam za sobą szmer. Zrezygnowana obróciłam się twarzą w kierunku dźwięku.
- Nie ładnie być niepunktualnym, skarbie - powiedział głos dochodzący z mroku.
- I kto to mówi.
- Ja - Marcello wynurzył się z cienia. - Chodź już, kochanie.
Wędrowaliśmy w milczeniu, każdy zajęty swoimi myślami. Byłam bardzo ciekawa, jakie tajemnice skrywa ten niepozorny korytarz. Na początku myślałam, że mogą tu być cele potępieńców, ale przypomniałam sobie, że są one w innych budynkach. Smród, który tu panował, przyprawiał mnie o mdłości. Okropne miejsce.
- Ciekawe, co tu żyje? - wydusiłam, gdy wreszcie przyzwyczaiłam się do zapachu tu panującego.
- Całkiem tu przyjemnie, złotko - wzruszył ramionami, a ja spojrzałam na niego ze zdziwieniem. - Bywało się i mieszkało w gorszych okolicach.
- Naprawdę czasem cię nie rozumiem.
- Jak będziesz dobrą dziewczynką to kiedyś ci to wytłumaczę - odparł.
Nie wiedziałam o co chodzi Lucyferowi, że tak bardzo nie chce, żeby ktoś tu wchodził. Przecież tu nic nie ma. Nagle ogromny szczur przebiegł mi przed nogami. Krzyknęłam ze strachu i obrzydzenia. Gwałtownie zrobiłam krok do tyłu i mocno oparłam się plecami o kamienną ścianę. Coś zagrzytało i skrzypnęło. Mur zaczął się cofać, a maszyneria ustępować. Po chwili pojawiło się nowe przejście.
- Marcello?
- Widzę... - odpowiedział cicho. Widać nie tego się spodziewał.
Ruszyliśmy w głąb ukrytego korytarza. Tu było zupełnie inaczej niż tam. Pachniało tu czekoladą i woskiem, który zalegał na uchwytach świec. Podłogę zdobił elegancki, krwistoczerwony dywan. Aż żal chodzić po nim w brudnych butach. Palcami przyjechałam po chropowatej powierzchni ściany.
- Co to za miejsce? - spytałam z zachwytem.
- Nie wiem, ale zaraz się dowiemy, słońce - wskazał na solidne, prawie czarne wrota po prawej.
- Chcesz tam wejść?
- Oczywiście, skarbie - powoli otworzył drzwi i zajrzał do środka. - Pusto.
Weszliśmy po pokoju. Był dość skromne urządzony, przynajmniej w porównaniu do całego budynku. Dwuosobowe łóżko po środku, małe biurko, komoda i regał na książki - wszystko w kolorze czystego obsydianu. Marcello bez skrępowania zaczął grzebać po szafkach, a ja przysiadłam na brzegu aksamitnej narzuty i nerwowo spoglądałam raz po raz na chłopaka.
- Nie gap się na mnie tymi swoimi fiołkowymi ślepiami, kochanie - mruknął.
- Wypraszam sobie. Mam oczy, nie ślepia - oburzyłam się.
- Jak tam chcesz. Zobacz co znalazłem, kotku.
Spojrzałam na przedmiot, który trzymał w ręku. Czarny notatnik. I tyle.
- Co w tym ciekawego?
- Zobacz tu, złotko - wskazał na napis na pierwszej stronie. Ten zeszyt należał do... Lucyfera.
- Można wiedzieć, co wy tu robicie?! - usłyszeliśmy głos zimniejszy od stali.
Staliśmy po środku sali, w której jedliśmy wieczerze. Pan Piekieł wpatrywał się w nas ze złością, a towarzyszący mu Rispie - z pogardą.
- Czemu złamaliście zakaz i dotykaliście moich osobistych rzeczy? - spytał Książę Ciemności.
- Wybacz, panie, ale nie sądziłem, że piszesz pamiętniczki - szydził Marcello, a ja dalej milczałam.
- Nie pogrążaj się, śmieciu - Krispin powoli tracił nad sobą panowanie.
- Ujmę to inaczej. Kto był pomysłodawcą tego idiotycznego przedsięwzięcia?
- Ja - zgłosił się na ochotnika Upadły Anioł, który wcześniej nabijał się z samego Pana Piekieł.
- Mogłem się spodziewać. Wiesz, że grozi ci za to okrutna kara?
- Tak - powiedział chłopak i zaczął się szaleńczo śmiać. - I nie mogę się jej doczekać.
To nie jest normalny nastolatek, nawet jak na Mrocznego Anioła.
- Zabrać ich - rozkazał Lucyfer i dodał z lekkim rozczarowaniem. - Oboje.
Stałam nieruchomo i wpatrywałam się w przestrzeń. Nie dochodziły do mnie żadne dźwięki. Nagle po pomieszczenia wdarło się znane mi już oślepiająco białe światło, a ja poczułam, że tracę grunt pod nogami.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~
I rozdział 16 skończony. :) Pisałam go późna, ale jest. :D Życzę Wam miłego weekendu. Pozdrawiam, Alexandra.
- Nie ładnie być niepunktualnym, skarbie - powiedział głos dochodzący z mroku.
- I kto to mówi.
- Ja - Marcello wynurzył się z cienia. - Chodź już, kochanie.
Wędrowaliśmy w milczeniu, każdy zajęty swoimi myślami. Byłam bardzo ciekawa, jakie tajemnice skrywa ten niepozorny korytarz. Na początku myślałam, że mogą tu być cele potępieńców, ale przypomniałam sobie, że są one w innych budynkach. Smród, który tu panował, przyprawiał mnie o mdłości. Okropne miejsce.
- Ciekawe, co tu żyje? - wydusiłam, gdy wreszcie przyzwyczaiłam się do zapachu tu panującego.
- Całkiem tu przyjemnie, złotko - wzruszył ramionami, a ja spojrzałam na niego ze zdziwieniem. - Bywało się i mieszkało w gorszych okolicach.
- Naprawdę czasem cię nie rozumiem.
- Jak będziesz dobrą dziewczynką to kiedyś ci to wytłumaczę - odparł.
Nie wiedziałam o co chodzi Lucyferowi, że tak bardzo nie chce, żeby ktoś tu wchodził. Przecież tu nic nie ma. Nagle ogromny szczur przebiegł mi przed nogami. Krzyknęłam ze strachu i obrzydzenia. Gwałtownie zrobiłam krok do tyłu i mocno oparłam się plecami o kamienną ścianę. Coś zagrzytało i skrzypnęło. Mur zaczął się cofać, a maszyneria ustępować. Po chwili pojawiło się nowe przejście.
- Marcello?
- Widzę... - odpowiedział cicho. Widać nie tego się spodziewał.
Ruszyliśmy w głąb ukrytego korytarza. Tu było zupełnie inaczej niż tam. Pachniało tu czekoladą i woskiem, który zalegał na uchwytach świec. Podłogę zdobił elegancki, krwistoczerwony dywan. Aż żal chodzić po nim w brudnych butach. Palcami przyjechałam po chropowatej powierzchni ściany.
- Co to za miejsce? - spytałam z zachwytem.
- Nie wiem, ale zaraz się dowiemy, słońce - wskazał na solidne, prawie czarne wrota po prawej.
- Chcesz tam wejść?
- Oczywiście, skarbie - powoli otworzył drzwi i zajrzał do środka. - Pusto.
Weszliśmy po pokoju. Był dość skromne urządzony, przynajmniej w porównaniu do całego budynku. Dwuosobowe łóżko po środku, małe biurko, komoda i regał na książki - wszystko w kolorze czystego obsydianu. Marcello bez skrępowania zaczął grzebać po szafkach, a ja przysiadłam na brzegu aksamitnej narzuty i nerwowo spoglądałam raz po raz na chłopaka.
- Nie gap się na mnie tymi swoimi fiołkowymi ślepiami, kochanie - mruknął.
- Wypraszam sobie. Mam oczy, nie ślepia - oburzyłam się.
- Jak tam chcesz. Zobacz co znalazłem, kotku.
Spojrzałam na przedmiot, który trzymał w ręku. Czarny notatnik. I tyle.
- Co w tym ciekawego?
- Zobacz tu, złotko - wskazał na napis na pierwszej stronie. Ten zeszyt należał do... Lucyfera.
- Można wiedzieć, co wy tu robicie?! - usłyszeliśmy głos zimniejszy od stali.
Staliśmy po środku sali, w której jedliśmy wieczerze. Pan Piekieł wpatrywał się w nas ze złością, a towarzyszący mu Rispie - z pogardą.
- Czemu złamaliście zakaz i dotykaliście moich osobistych rzeczy? - spytał Książę Ciemności.
- Wybacz, panie, ale nie sądziłem, że piszesz pamiętniczki - szydził Marcello, a ja dalej milczałam.
- Nie pogrążaj się, śmieciu - Krispin powoli tracił nad sobą panowanie.
- Ujmę to inaczej. Kto był pomysłodawcą tego idiotycznego przedsięwzięcia?
- Ja - zgłosił się na ochotnika Upadły Anioł, który wcześniej nabijał się z samego Pana Piekieł.
- Mogłem się spodziewać. Wiesz, że grozi ci za to okrutna kara?
- Tak - powiedział chłopak i zaczął się szaleńczo śmiać. - I nie mogę się jej doczekać.
To nie jest normalny nastolatek, nawet jak na Mrocznego Anioła.
- Zabrać ich - rozkazał Lucyfer i dodał z lekkim rozczarowaniem. - Oboje.
Stałam nieruchomo i wpatrywałam się w przestrzeń. Nie dochodziły do mnie żadne dźwięki. Nagle po pomieszczenia wdarło się znane mi już oślepiająco białe światło, a ja poczułam, że tracę grunt pod nogami.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~
I rozdział 16 skończony. :) Pisałam go późna, ale jest. :D Życzę Wam miłego weekendu. Pozdrawiam, Alexandra.
czwartek, 26 lutego 2015
Rozdział 15
Szłam długim, krętym korytarzem, którego całym oświetleniem było kilka starych świec. Smród pleśni i zgnilizny unosił się wszędzie. Dotychczas nikogo nie spotkałam, na szczęście. Z każdym krokiem w wszechobecny mrok bałam się coraz bardziej. Wydawało mi się, że za rogiem kryje się zło, którego świat nie widział. Okropnie zrobiłam, że w ogóle się tu znalazłam.
Nagle poczułam dotyk czyjejś zimnej ręki na swoim ramieniu. Aż podskoczyłam ze strachu. Krzyknęłam cicho i skuliłam się, czekając na zasłużoną karę. Zamiast niej usłyszałam śmiech.
- No, no. Lu-cek bę-dzie wście-kły - zanuciła szyderczo osoba za mną.
- Nie rób tak już nigdy - wysyczałam. - Myślałam, że to strażnik.
- To byłoby jeszcze śmieszniejsze, skarbie - powiedział Marcello z durnym uśmieszkiem. - Co tu robisz? Nie próbuj kłamać, bo wezwę wartowników.
- Nie zrobisz tego, bo wtedy ciebie też złapią.
- I co z tego? Nikt nie był na tyle naiwny, żeby wierzyć, że nie złamię zakazu, kochanie - zlekceważył to. - Ale ty... To co innego. Jesteś nowicjuszką, zawiedziesz ich zaufanie, słońce.
Przeraził mnie taki obrót spraw. To prawda, wszyscy wiedzieli, że on i tak tu przyjdzie. Jeżeli ktoś się dowie, że tu myszkowałam... Nie miałabym życia. Musiałam stąd uciec.
- Nie mów nikomu, błagam! - to okropne, że mój los zależał od takiego gnojka.
- Zastanowię się, złotko - zamyślił się. - Pod jednym warunkiem.
- Jakim? - spytałam z nadzieją.
- W nocy tu wrócimy i zobaczymy, co kryje się na końcu korytarza, moja droga - spojrzałam na niego zdziwiona. - No co? Jestem ciekawy, skarbie.
- A do czego ja ci się przydam?
- Jak nas złapią, to popchnę cię na nich, a sam ucieknę.
Popatrzyłam na niego, jak na osobę niespełna rozumu. No cóż, takie zachowanie do niego pasuje. Mimo to zszokował mnie. Oby to się nie wydarzyło, bo inaczej jestem skończona. Chłopak ruszył do wyjścia, a ja za nim. Nie chciałam już tu być.
- Skoro już musimy razem wracać to przeróbmy jutrzejszą lekcję, skarbie - dodał. - Przynajmniej będę miał potem spokój.
Na szczęście nie było tego dużo. Marudził coś Upadłych Aniołach. Nie uważałam aż w końcu kazał po prostu pytać o to, czego chcę się dowiedzieć.
- Czy się starzejemy? Jak na razie nie widziałam nikogo powyżej czterdziestki.
- Zanim stałaś się jedną z nas, powiedziałem ci kiedyś, że moje serce nie bije. Dzięki temu zatrzymujemy się w jakimś wieku, kochanie. W moim przypadku to siedemnaście lat.
Przyłożyłam dłoń na klatkę piersiową. Unosiła się miarowo, czułam też puls. Nie rozumiałam tego. Jak?! Pytająco spojrzałam na mojego pierwszego Przewodnika. Zaśmiał się nieprzyjemnie.
- Wiedziałem, że to sprawdzisz, słońce - powiedział z kpiną. - To stanie się dopiero, gdy zostaniesz pełnoprawnym Mrocznym Aniołem.
To wyjaśniłoby to, że Rispie ma dwadzieścia lat, a nie dwanaście. Jeszcze raz wsłuchałam się w swoje serce. To musi być okropne uczucie, gdy ono nagle przestaje bić. Nie chcę tego przeżywać.
- Wszyscy uważają, że to najgorsze co może być, złotko - Marcello, jakby wiedział o czym myślałam. - Ale dla mnie to była najlepsza chwila w życiu. Nowym życiu.
- Ciekawe - próbowałam zakończyć tą rozmowę.
Wtedy okazało się, że jesteśmy na szczycie stromych schodów, które kończyły ten zakazany korytarzyk. Ostrożnie wyjrzałam za gzyms i sprawdziłam, czy ktoś nie idzie. Czysto. Chłopak beztrosko wyszedł na środek, jakby właśnie wychodził z własnego pokoju. Przez niego nas zauważą. Powoli ruszyłam do swojej tymczasowej sypialni.
- Tutaj. Punkt dwunasta w nocy. Pamiętaj, skarbie - mruknął na pożegnanie.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Krótko, ale przynajmniej coś jest. :D Co do opisów postaci. Postaram się je dodać do końca tygodnia. Ciężko wymyślić cokolwiek, żeby nie spoilerować. :) Pozdrawiam, Alexandra.
Nagle poczułam dotyk czyjejś zimnej ręki na swoim ramieniu. Aż podskoczyłam ze strachu. Krzyknęłam cicho i skuliłam się, czekając na zasłużoną karę. Zamiast niej usłyszałam śmiech.
- No, no. Lu-cek bę-dzie wście-kły - zanuciła szyderczo osoba za mną.
- Nie rób tak już nigdy - wysyczałam. - Myślałam, że to strażnik.
- To byłoby jeszcze śmieszniejsze, skarbie - powiedział Marcello z durnym uśmieszkiem. - Co tu robisz? Nie próbuj kłamać, bo wezwę wartowników.
- Nie zrobisz tego, bo wtedy ciebie też złapią.
- I co z tego? Nikt nie był na tyle naiwny, żeby wierzyć, że nie złamię zakazu, kochanie - zlekceważył to. - Ale ty... To co innego. Jesteś nowicjuszką, zawiedziesz ich zaufanie, słońce.
Przeraził mnie taki obrót spraw. To prawda, wszyscy wiedzieli, że on i tak tu przyjdzie. Jeżeli ktoś się dowie, że tu myszkowałam... Nie miałabym życia. Musiałam stąd uciec.
- Nie mów nikomu, błagam! - to okropne, że mój los zależał od takiego gnojka.
- Zastanowię się, złotko - zamyślił się. - Pod jednym warunkiem.
- Jakim? - spytałam z nadzieją.
- W nocy tu wrócimy i zobaczymy, co kryje się na końcu korytarza, moja droga - spojrzałam na niego zdziwiona. - No co? Jestem ciekawy, skarbie.
- A do czego ja ci się przydam?
- Jak nas złapią, to popchnę cię na nich, a sam ucieknę.
Popatrzyłam na niego, jak na osobę niespełna rozumu. No cóż, takie zachowanie do niego pasuje. Mimo to zszokował mnie. Oby to się nie wydarzyło, bo inaczej jestem skończona. Chłopak ruszył do wyjścia, a ja za nim. Nie chciałam już tu być.
- Skoro już musimy razem wracać to przeróbmy jutrzejszą lekcję, skarbie - dodał. - Przynajmniej będę miał potem spokój.
Na szczęście nie było tego dużo. Marudził coś Upadłych Aniołach. Nie uważałam aż w końcu kazał po prostu pytać o to, czego chcę się dowiedzieć.
- Czy się starzejemy? Jak na razie nie widziałam nikogo powyżej czterdziestki.
- Zanim stałaś się jedną z nas, powiedziałem ci kiedyś, że moje serce nie bije. Dzięki temu zatrzymujemy się w jakimś wieku, kochanie. W moim przypadku to siedemnaście lat.
Przyłożyłam dłoń na klatkę piersiową. Unosiła się miarowo, czułam też puls. Nie rozumiałam tego. Jak?! Pytająco spojrzałam na mojego pierwszego Przewodnika. Zaśmiał się nieprzyjemnie.
- Wiedziałem, że to sprawdzisz, słońce - powiedział z kpiną. - To stanie się dopiero, gdy zostaniesz pełnoprawnym Mrocznym Aniołem.
To wyjaśniłoby to, że Rispie ma dwadzieścia lat, a nie dwanaście. Jeszcze raz wsłuchałam się w swoje serce. To musi być okropne uczucie, gdy ono nagle przestaje bić. Nie chcę tego przeżywać.
- Wszyscy uważają, że to najgorsze co może być, złotko - Marcello, jakby wiedział o czym myślałam. - Ale dla mnie to była najlepsza chwila w życiu. Nowym życiu.
- Ciekawe - próbowałam zakończyć tą rozmowę.
Wtedy okazało się, że jesteśmy na szczycie stromych schodów, które kończyły ten zakazany korytarzyk. Ostrożnie wyjrzałam za gzyms i sprawdziłam, czy ktoś nie idzie. Czysto. Chłopak beztrosko wyszedł na środek, jakby właśnie wychodził z własnego pokoju. Przez niego nas zauważą. Powoli ruszyłam do swojej tymczasowej sypialni.
- Tutaj. Punkt dwunasta w nocy. Pamiętaj, skarbie - mruknął na pożegnanie.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Krótko, ale przynajmniej coś jest. :D Co do opisów postaci. Postaram się je dodać do końca tygodnia. Ciężko wymyślić cokolwiek, żeby nie spoilerować. :) Pozdrawiam, Alexandra.
środa, 25 lutego 2015
Rozdział 14
Za bramą rozciągał się ogromny, piaszczysty plac. Surowe, szare budynki ustawione były rzędami. Bardziej przypominało mi to koszary wojskowe niż piekło, ale gdy już się tu trafi, to raczej nie zwraca się uwagi na ogólny wygląd. Dalej szliśmy za Damienem, ale wszyscy zachowywali się tak, jakby byli co najmniej przed naszym zamkiem. Chyba byli tu już wiele razy.
Po chwili udaliśmy się do środkowego gmachu. Zdecydowanie największego, najpilniej strzeżonego i najmniej dostępnego na całym terenie. Zawiasy przeraźliwie skrzypnęły. Masywne, żelazne drzwi otworzyły się ciężko. Wchodziliśmy pojedynczo, jeden za drugim przez wąski tunelik, który był tak słabo oświetlony, że wszyscy wpadaliśmy na siebie nawzajem.
- Zaraz będą schody - mruknął Damien.
Ale ostrzeżenie nic nie dało. Potykaliśmy się i nie jeden raz ktoś prawie spadł. Rispiego nic to nie obchodziło, a Marcello najwidoczniej świetnie się bawił. Gdy na samym dole okazało się, że nikt nie upadł, był tym bardzo zasmucony.
- Zaraz uczta, nie rozchodzić się - strażnik zniknął w bocznym korytarzu.
- Co takiego? - spytałam Amerigo, który stał teraz obok.
- Uczta - wtrącił się Jack. - Spotkasz Pana Piekieł. To wielki zaszczyt.
- Czyżby? - brurknęłam pod nosem.
- Tak - Rispie nagle pojawił się obok mnie. - Masz okazywać szacunek wobec Lucyfera, jasne?
- Yhm.
- Wieczerza gotowa - powiedziała cicho jakaś dziewczyna w ciemnym fartuchu. - Pan zaraz przybędzie.
Udaliśmy się do sali, którą wskazała nam kobieta. Była ogromna, mieścił się w niej długi stół, kilkanaście krzeseł, ściany zdobiły liczne gobeliny, a z sufitu zwisał piękny żyrandol z czarnych kryształów. Nawet Marcello stracił trochę animuszu. Na ławie ustawiono głębokie tace z potrawami, których nazw nawet nie znałam.
Nagle dwoje służących otworzyło drzwi, w których pojawiła się dziwne znajoma postać. Wysoki, blady mężczyzna o jasnych blond włosach i szafirowych oczach. Gdzieś go widziałam, ale gdzie? Wtedy mnie olśniło. To chłopak z mojej wizji! Co on tu robi?! Dopiero teraz zauważyłam, że wszyscy wstali. Pośpiesznie uczyniłam to samo.
- Usiądźcie - gestem ręki nakazał nowoprzybyły. - Nie znoszę tych całych formalności.
Posłusznie zrobiliśmy to co nam kazał. Już wiedziałam z kim mam do czynienia.
- Dawno cię nie widziałem, przyjacielu - zwrócił się do Rispiego głosem pozbawionym czuć.
- Dwa lata. Wtedy byłem tu w sprawie innego nowicjusza - odparł mój brat.
- Może pójdziecie pozbierać kwiatki i upleczecie wianuszki? - usłyszeliśmy czyjś głos. - Jak prawdziwe psiapsiółki.
- Marcello - zgadł Lucyfer. - Bo kto inny? Już miałem na ciebie skargi.
- Kabel - syknął Upadły Anioł. - Gdzie on jest?!
- Uspokój się - westchnął ciężko Książę Ciemności.
Na tym rozmowa się skończyła. Dalej jedliśmy w ciszy, słychać było nawet brzęczenie muchy i wiatr na dworze. Przerażało mnie to. Powoli żułam każdy kęs. Mam nadzieję, że za niedługo wrócimy do zamku.
- Kim jest ten nowy? - spytał po skończonym posiłku blondyn.
- Ta - poprawił Rispie. - To dziewczyna.
- Przejdźmy do sedna.
- Lucia Silvia Costello, szesnaście lat - odpowiedział, a mnie zamurowało.
Zmienił moje nazwisko! Aż tak mu wstyd, że jesteśmy rodziną?! Moje pełne imię to Lucia Rosa di Constanzi! Co za wredny, parszywy gnojek... Muszę z nim porozmawiać na osobności. Marcello spojrzał na mnie zdziwiony. Na początku nie wiedziałam dlaczego. Wtedy zrozumiałam, że w czasie, gdy chodził ze mną do szkoły, nie jednokroknie musiał słyszeć jak się nazywam. Wzruszyłam ramionami. On nie znał moich stosunków z bratem.
- Kto jest jej pierwszym Przewodnikiem?
- Ja - zgłosił się Marcello i zaczął się śmiać.
- Naprawdę? - Lucyfer spojrzał na Krispina.
- Tak wyszło... - chłopak odwrócił wzrok.
- Zbliża się burza piaskowa - poinformował nas Pan Piekieł. - Spędzicie dzisiejszą noc tutaj. Możecie swobodnie przemieszczać się po budynku, ale nie schodźcie do podziemi. Kto złamie zakaz tego czeka surowa kara - powiedział beznamiętnym głosem i wyszedł.
Po chwili zastanowienia uznałam, że muszę wykorzystać okazję do poszperania w tajemnicach Księcia Ciemności. Upewniwszy się, że nikt mnie nie zauważył, ruszyłam w stronę bocznych drzwi.
~~~~~~~~~~~~~~~~~
Mam do Was pytanko. Czy dodać coś w stylu opisów głównych bohaterów, czy nie? Nie chcę wstawiać żadnych zdjęć, bo uważam, że lepiej wykorzystać wyobraźnię, ale po prostu takie ogólne informacje. Imię, nazwisko, wiek itd. Co o tym sądzicie? Wasza opinia jest dla mnie bardzo ważna. :) Pozdrawiam, Alexandra.
Po chwili udaliśmy się do środkowego gmachu. Zdecydowanie największego, najpilniej strzeżonego i najmniej dostępnego na całym terenie. Zawiasy przeraźliwie skrzypnęły. Masywne, żelazne drzwi otworzyły się ciężko. Wchodziliśmy pojedynczo, jeden za drugim przez wąski tunelik, który był tak słabo oświetlony, że wszyscy wpadaliśmy na siebie nawzajem.
- Zaraz będą schody - mruknął Damien.
Ale ostrzeżenie nic nie dało. Potykaliśmy się i nie jeden raz ktoś prawie spadł. Rispiego nic to nie obchodziło, a Marcello najwidoczniej świetnie się bawił. Gdy na samym dole okazało się, że nikt nie upadł, był tym bardzo zasmucony.
- Zaraz uczta, nie rozchodzić się - strażnik zniknął w bocznym korytarzu.
- Co takiego? - spytałam Amerigo, który stał teraz obok.
- Uczta - wtrącił się Jack. - Spotkasz Pana Piekieł. To wielki zaszczyt.
- Czyżby? - brurknęłam pod nosem.
- Tak - Rispie nagle pojawił się obok mnie. - Masz okazywać szacunek wobec Lucyfera, jasne?
- Yhm.
- Wieczerza gotowa - powiedziała cicho jakaś dziewczyna w ciemnym fartuchu. - Pan zaraz przybędzie.
Udaliśmy się do sali, którą wskazała nam kobieta. Była ogromna, mieścił się w niej długi stół, kilkanaście krzeseł, ściany zdobiły liczne gobeliny, a z sufitu zwisał piękny żyrandol z czarnych kryształów. Nawet Marcello stracił trochę animuszu. Na ławie ustawiono głębokie tace z potrawami, których nazw nawet nie znałam.
Nagle dwoje służących otworzyło drzwi, w których pojawiła się dziwne znajoma postać. Wysoki, blady mężczyzna o jasnych blond włosach i szafirowych oczach. Gdzieś go widziałam, ale gdzie? Wtedy mnie olśniło. To chłopak z mojej wizji! Co on tu robi?! Dopiero teraz zauważyłam, że wszyscy wstali. Pośpiesznie uczyniłam to samo.
- Usiądźcie - gestem ręki nakazał nowoprzybyły. - Nie znoszę tych całych formalności.
Posłusznie zrobiliśmy to co nam kazał. Już wiedziałam z kim mam do czynienia.
- Dawno cię nie widziałem, przyjacielu - zwrócił się do Rispiego głosem pozbawionym czuć.
- Dwa lata. Wtedy byłem tu w sprawie innego nowicjusza - odparł mój brat.
- Może pójdziecie pozbierać kwiatki i upleczecie wianuszki? - usłyszeliśmy czyjś głos. - Jak prawdziwe psiapsiółki.
- Marcello - zgadł Lucyfer. - Bo kto inny? Już miałem na ciebie skargi.
- Kabel - syknął Upadły Anioł. - Gdzie on jest?!
- Uspokój się - westchnął ciężko Książę Ciemności.
Na tym rozmowa się skończyła. Dalej jedliśmy w ciszy, słychać było nawet brzęczenie muchy i wiatr na dworze. Przerażało mnie to. Powoli żułam każdy kęs. Mam nadzieję, że za niedługo wrócimy do zamku.
- Kim jest ten nowy? - spytał po skończonym posiłku blondyn.
- Ta - poprawił Rispie. - To dziewczyna.
- Przejdźmy do sedna.
- Lucia Silvia Costello, szesnaście lat - odpowiedział, a mnie zamurowało.
Zmienił moje nazwisko! Aż tak mu wstyd, że jesteśmy rodziną?! Moje pełne imię to Lucia Rosa di Constanzi! Co za wredny, parszywy gnojek... Muszę z nim porozmawiać na osobności. Marcello spojrzał na mnie zdziwiony. Na początku nie wiedziałam dlaczego. Wtedy zrozumiałam, że w czasie, gdy chodził ze mną do szkoły, nie jednokroknie musiał słyszeć jak się nazywam. Wzruszyłam ramionami. On nie znał moich stosunków z bratem.
- Kto jest jej pierwszym Przewodnikiem?
- Ja - zgłosił się Marcello i zaczął się śmiać.
- Naprawdę? - Lucyfer spojrzał na Krispina.
- Tak wyszło... - chłopak odwrócił wzrok.
- Zbliża się burza piaskowa - poinformował nas Pan Piekieł. - Spędzicie dzisiejszą noc tutaj. Możecie swobodnie przemieszczać się po budynku, ale nie schodźcie do podziemi. Kto złamie zakaz tego czeka surowa kara - powiedział beznamiętnym głosem i wyszedł.
Po chwili zastanowienia uznałam, że muszę wykorzystać okazję do poszperania w tajemnicach Księcia Ciemności. Upewniwszy się, że nikt mnie nie zauważył, ruszyłam w stronę bocznych drzwi.
~~~~~~~~~~~~~~~~~
Mam do Was pytanko. Czy dodać coś w stylu opisów głównych bohaterów, czy nie? Nie chcę wstawiać żadnych zdjęć, bo uważam, że lepiej wykorzystać wyobraźnię, ale po prostu takie ogólne informacje. Imię, nazwisko, wiek itd. Co o tym sądzicie? Wasza opinia jest dla mnie bardzo ważna. :) Pozdrawiam, Alexandra.
wtorek, 24 lutego 2015
Rozdział 13
Dłuższą chwilę siedziałam na łóżku i rozmyślałam nad tym co się właśnie stało. O co tak właściwie chodziło? Czemu to widziałam? I kim był ten chłopak? Nie mogłam zapomnieć jego twarzy. Jasne blond włosy, blada cera i błękitne oczy, w których kryła się jakaś mroczna tajemnica. Nie był człowiekiem, bo ten by tu nie przeżył, więc kim?
Spojrzałam na zegarek, który stał na komodzie. Za piętnaście ósma. Trzeba się zbierać. W pośpiechu nałożyłam delikatny makijaż, który miał zamaskować fakt, że płakałam. W końcu zbiegłam na dół.
Zdążyłam idealnie na początek zbiórki. Rispie ustawił nas parami i w kolejności alfabetycznej. Jak w przedszkolu... Mi trafił się Luca. Mój brat szedł sam na początku, a Marcello wlókł się na końcu. Najwidoczniej jemu ta " wycieczka " najmniej przypadła do gustu.
- Czemu jesteśmy tak rozmieszczeni? - spytałam chłopaka po mojej lewej.
- Rispie uważa, że w ten sposób łatwiej nas utrzymać w porządku.
- A on? - ramieniem wskazałam mojego pierwszego Przewodnika.
- I tak by się niepostrzeżenie wymkął - machnął lekceważąco ręką.
- A daleko to ta granica? - narzekałam jak małe dziecko.
- Już jesteśmy na miejscu.
Przed nami rozciągał się niesamowicie długi płot. Nie wiem czego się spodziewałam, ale na pewno nie czegoś takiego. Ogrodzenie było wysokie na kilka metrów, zabezpieczone drutem kolczastym i pilnowanym przez kilkudziesięciu strażników. Przyjrzałam im się. Większość była bardzo muskularna, mieli śniadą karnację i ciemne włosy. Ich ciała pokrywały liczne tatuaże. Wyglądali przerażająco. Jeden z nich zbliżył się do nas.
- Kim jesteście, po co tu przybyliście i ilu was jest? - mówił z amerykańskim akcentem.
- Upadłe Anioły, patrol południowej granicy, dwunastu - Rispie robił to już chyba wiele razy.
- Dwunastu? - zdziwił się mężczyzna. - Naliczyłem tylko jedenastu.
Krispin odwrócił się i zmierzył nas wzrokiem.
- Marcello... - wycedził ze złością.
- Tak? - znikąd pojawił się za wartownikiem.
- Wracaj natychmiast do grupy.
- Ani. Mi. Się. Śni. - odparł z głupim uśmieszkiem, wyróżniając każde słowo.
- Widzę, że masz problem z dyscypliną w oddziale - powiedział demon i wymownie spojrzał na pewną osobę.
- Tylko z nim - przywódca zaczerwienił się ze wstydu.
- Mamy sposoby na takich jak on.
- Go się nie da wyprostować. Jak chcesz to możesz spróbować - westchnął zrezygnowany.
Strażnik tylko na to czekał. Marcello bił się z myślami. Zastanawiał się zapewne, czy zrobić na złość jemu, czy ośmieszyć Rispiego. W końcu wybrał.
- Baczność! - rozkazał jegomość.
- Najpierw ty - chłopak z zadowoleniem skrzyżował ręce.
- Powiedziałem: ,, Baczność " - powtórzył trochę mniej pewny siebie.
- Skoro tak bardzo chcesz... - powiedział i... Usiadł na ziemi.
- Jesteś nienormalny, chłopcze.
- Nie pan pierwszy mi to mówi - zaśmiał się Mroczny Anioł.
- Zwracam ci honor - przeprosił mojego drugiego Przewodnika. - Chodźcie za mną.
Ruszyliśmy za nim. Przedstawił się jako Damien i później już się nie odzywał. Marcello beztrosko szedł za nami i nie zwracał uwagi na nic dookoła. Wszyscy byli dziwnie milczący, więc i ja nic nie mówiłam. Po jakiś dziesięciu minutach byliśmy już pod płotem. Wartownicy nie ukrywali zaciekawionych spojrzeń. Nagle brama, której wcześniej nie dostrzegłam, zaczęła się otwierać.
- Nie rozdzielać się - mruknął Damien i wszedł do środka.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Wybaczcie, że wczoraj nie było notki. Za to teraz mam pomysł i jutro powinien być nowy rozdział. :D Pozdrawiam, Alexandra.
Spojrzałam na zegarek, który stał na komodzie. Za piętnaście ósma. Trzeba się zbierać. W pośpiechu nałożyłam delikatny makijaż, który miał zamaskować fakt, że płakałam. W końcu zbiegłam na dół.
Zdążyłam idealnie na początek zbiórki. Rispie ustawił nas parami i w kolejności alfabetycznej. Jak w przedszkolu... Mi trafił się Luca. Mój brat szedł sam na początku, a Marcello wlókł się na końcu. Najwidoczniej jemu ta " wycieczka " najmniej przypadła do gustu.
- Czemu jesteśmy tak rozmieszczeni? - spytałam chłopaka po mojej lewej.
- Rispie uważa, że w ten sposób łatwiej nas utrzymać w porządku.
- A on? - ramieniem wskazałam mojego pierwszego Przewodnika.
- I tak by się niepostrzeżenie wymkął - machnął lekceważąco ręką.
- A daleko to ta granica? - narzekałam jak małe dziecko.
- Już jesteśmy na miejscu.
Przed nami rozciągał się niesamowicie długi płot. Nie wiem czego się spodziewałam, ale na pewno nie czegoś takiego. Ogrodzenie było wysokie na kilka metrów, zabezpieczone drutem kolczastym i pilnowanym przez kilkudziesięciu strażników. Przyjrzałam im się. Większość była bardzo muskularna, mieli śniadą karnację i ciemne włosy. Ich ciała pokrywały liczne tatuaże. Wyglądali przerażająco. Jeden z nich zbliżył się do nas.
- Kim jesteście, po co tu przybyliście i ilu was jest? - mówił z amerykańskim akcentem.
- Upadłe Anioły, patrol południowej granicy, dwunastu - Rispie robił to już chyba wiele razy.
- Dwunastu? - zdziwił się mężczyzna. - Naliczyłem tylko jedenastu.
Krispin odwrócił się i zmierzył nas wzrokiem.
- Marcello... - wycedził ze złością.
- Tak? - znikąd pojawił się za wartownikiem.
- Wracaj natychmiast do grupy.
- Ani. Mi. Się. Śni. - odparł z głupim uśmieszkiem, wyróżniając każde słowo.
- Widzę, że masz problem z dyscypliną w oddziale - powiedział demon i wymownie spojrzał na pewną osobę.
- Tylko z nim - przywódca zaczerwienił się ze wstydu.
- Mamy sposoby na takich jak on.
- Go się nie da wyprostować. Jak chcesz to możesz spróbować - westchnął zrezygnowany.
Strażnik tylko na to czekał. Marcello bił się z myślami. Zastanawiał się zapewne, czy zrobić na złość jemu, czy ośmieszyć Rispiego. W końcu wybrał.
- Baczność! - rozkazał jegomość.
- Najpierw ty - chłopak z zadowoleniem skrzyżował ręce.
- Powiedziałem: ,, Baczność " - powtórzył trochę mniej pewny siebie.
- Skoro tak bardzo chcesz... - powiedział i... Usiadł na ziemi.
- Jesteś nienormalny, chłopcze.
- Nie pan pierwszy mi to mówi - zaśmiał się Mroczny Anioł.
- Zwracam ci honor - przeprosił mojego drugiego Przewodnika. - Chodźcie za mną.
Ruszyliśmy za nim. Przedstawił się jako Damien i później już się nie odzywał. Marcello beztrosko szedł za nami i nie zwracał uwagi na nic dookoła. Wszyscy byli dziwnie milczący, więc i ja nic nie mówiłam. Po jakiś dziesięciu minutach byliśmy już pod płotem. Wartownicy nie ukrywali zaciekawionych spojrzeń. Nagle brama, której wcześniej nie dostrzegłam, zaczęła się otwierać.
- Nie rozdzielać się - mruknął Damien i wszedł do środka.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Wybaczcie, że wczoraj nie było notki. Za to teraz mam pomysł i jutro powinien być nowy rozdział. :D Pozdrawiam, Alexandra.
niedziela, 22 lutego 2015
Rozdział 12
Spodziewałam się, że dzisiaj dostanę kolejny, solidny wycisk na treningu od Rispiego, ale to się nie wydarzyło. W ogóle cały dzień zaczął się zwyczajnie. Pobudka, poranna toaleta, smętne zwleczenie się na dół, powolne przeżuwanie każdego kęsa mojego śniadania. Aż do ogłoszenia planu zajęć.
- Więc. Niestety, ale dzisiaj wszyscy - Rispie znacząco popatrzył na Marcello. - Wszyscy idziemy na patrol południowej granicy. Za niedługo będziemy mieli wyjątkowego gościa i musimy to zrobić - mówił oschle i bez entuzjazmu. - O ósmej przed budynkiem.
Tłum zaczął powoli się rozchodzić i przygotowywać się do wyjścia za godzinę. Szybko dopchałam się do Kimiko.
- O co chodzi? - szepnęłam.
- Lucyfer tu będzie.
- Kiedy?
- Nie wiem - powiedziała cicho.
Siedziałam na łóżku i nieświadomie gładziłam ręką miękką, aksamitną narzutę w kolorze świeżej krwi. Niewidzącym wzrokiem wpatrywałam się w przestrzeń. Nagle oślepiające białe światło wdarło się do pokoju niczym fala. Pochłaniało wszystko dookoła, a po chwili również i mnie.
Znajdowałam się w holu. Rispie i jakiś nieznajomy mężczyzna stali odwróceni do mnie plecami. Na oko oceniłam wiek obcego. Dość młody, wysoki i szczupły. Jasne blond włosy okalały jego głowę. Nie widziałam jego twarzy, nie znałam go, ale wiedziałam, że to ktoś niezwykły i ważny. Może zrobić wiele dobrego, ale też złego. Miałam przeczucie, że wybierze to drugie.
- Musicie być ostrożni, atak może nadejść w każdej chwili - powiedział przybysz smutnym, ale nie przerażonym głosem. Po prostu pozbawionym radości życia.
- Mówiłeś, że mamy czas - warknął Rispie.
- Bo tak myślałem.
- I co nagle się zmieniło?!
- Nie wiem! - zdenerwował się blondyn. - Demony z dnia na dzień zaczęły się buntować. Każdy z twoich ludzi ma być gotowy na najgorsze. Rozumiesz?
- Mamy w oddziale nowicjusza, a większość pozostałych dopiero niedawno zakończyła naukę - wiedziałam, że tym nowicjuszem jestem ja.
- Podwój godziny treningów, pomiń mniej ważne rzeczy. Wymyśl coś.
- Tak jak ty wymyśliłeś coś w sprawie nowicjatu Marcellego - mój brat z politowaniem pokiwał głową. - Był dla mnie prawie jak brat, a przez ciebie zgubił właściwą drogę. Teraz to kłamliwy potwór bez sumienia. Jesteś zadowolony?
- Nie zapominaj z kim rozmawiasz - gość był całkowicie świadomy swojej wyższości.
- Wybacz, panie.
W tym momencie oboje ruszyli w kierunku pojedynczych, nie najmłodszych drzwi. Stara farba łuszczyła się, ukazując niegdyś piękne dębowe drewno. Pobiegłam za nimi, starałam się jak najciszej stawiać kroki. Nie bałam się, gdyż wiedziałam, że mnie nie usłyszą. Jeszcze nie teraz. Nie wiem skąd, ale byłam tego pewna.
Szliśmy długim, wąskim korytarzykiem. Dokąd? Do celu.
Po jakimś czasie zatrzymaliśmy się przed małą, niczym nie wyróżniającą się skrzynią. Normalną, taką jak każda, w której kiedyś trzymało się pierzynę. Rispie bez słowa przykucnął i otworzył ją. Wyjął z niej jedynie brudną, zepsutą pozytywkę w kształcie karuzeli. Dawno temu musiała być przepiękna. Biała porcelana błyszcząca się od słabych promieni słońca, uspokajająca, słodka niczym miód melodia wydobywająca się z wnętrza maszynierii, teraz płakała, płakała nad naszym losem.
- Znalazłem to po pierwszym ataku - zaczął Rispie.
- Dlaczego to wziąłeś? - nieznajomy zmarszczył brwi.
- Miałem nadzieję, że się przyda.
- A co to jest?
- Nie ma pojęcia - westchnął.
Widziałam ten przedmiot pierwszy raz w życiu, ale wiedziałam na jego temat praktycznie wszystko. Należał do Lady Cordelii Cavendish. Była młodą szlachcianką z południowej Anglii, uważaną za wyjątkową piękność, zginęła w tajemniczych okolicznościach. Pozytywka zaginęła pod koniec XIX wieku i odnaleziono ją po ponad stu latach. Przez ten czas tkwiła w ziemi, czekając na właściwy moment.
- Co ona tu robi? - blondyn mnie dostrzegł. Tylko na chwilę skierował swoją twarz w moją stronę, ale i tak widziałam jego bladą cerę i niebieskie niczym morze oczy.
- Lucia! - wściekł się Krispin. - Od kiedy nas śledzisz?! Ile słyszałaś?!
- Ja... Nic - wymyślałam coś na poczekaniu. - Zgubiłam się w korytarzach.
- Nie wierzę ci!
- Ale to prawda. To jest jak labirynt - po raz kolejny splamiłam swe usta kłamstwem.
- Łgarz jak pies! - chłopak zbliżył się i już unosił rękę, żeby mnie uderzyć...
Przygotowałam się na ból, który jednak nie zadszedł. Powoli otworzyłam oczy. Byłam znowu w swoim pokoju, a łzy spływały mi po policzkach. To nie był sen, ale straszna przyszłość.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Tak jak obiecałam, notki zamierzam dodawać codziennie, ale pojawiać się na blogu będą w godzinach późniejszych. :D Pozdrawiam, Alexandra.
- Więc. Niestety, ale dzisiaj wszyscy - Rispie znacząco popatrzył na Marcello. - Wszyscy idziemy na patrol południowej granicy. Za niedługo będziemy mieli wyjątkowego gościa i musimy to zrobić - mówił oschle i bez entuzjazmu. - O ósmej przed budynkiem.
Tłum zaczął powoli się rozchodzić i przygotowywać się do wyjścia za godzinę. Szybko dopchałam się do Kimiko.
- O co chodzi? - szepnęłam.
- Lucyfer tu będzie.
- Kiedy?
- Nie wiem - powiedziała cicho.
Siedziałam na łóżku i nieświadomie gładziłam ręką miękką, aksamitną narzutę w kolorze świeżej krwi. Niewidzącym wzrokiem wpatrywałam się w przestrzeń. Nagle oślepiające białe światło wdarło się do pokoju niczym fala. Pochłaniało wszystko dookoła, a po chwili również i mnie.
Znajdowałam się w holu. Rispie i jakiś nieznajomy mężczyzna stali odwróceni do mnie plecami. Na oko oceniłam wiek obcego. Dość młody, wysoki i szczupły. Jasne blond włosy okalały jego głowę. Nie widziałam jego twarzy, nie znałam go, ale wiedziałam, że to ktoś niezwykły i ważny. Może zrobić wiele dobrego, ale też złego. Miałam przeczucie, że wybierze to drugie.
- Musicie być ostrożni, atak może nadejść w każdej chwili - powiedział przybysz smutnym, ale nie przerażonym głosem. Po prostu pozbawionym radości życia.
- Mówiłeś, że mamy czas - warknął Rispie.
- Bo tak myślałem.
- I co nagle się zmieniło?!
- Nie wiem! - zdenerwował się blondyn. - Demony z dnia na dzień zaczęły się buntować. Każdy z twoich ludzi ma być gotowy na najgorsze. Rozumiesz?
- Mamy w oddziale nowicjusza, a większość pozostałych dopiero niedawno zakończyła naukę - wiedziałam, że tym nowicjuszem jestem ja.
- Podwój godziny treningów, pomiń mniej ważne rzeczy. Wymyśl coś.
- Tak jak ty wymyśliłeś coś w sprawie nowicjatu Marcellego - mój brat z politowaniem pokiwał głową. - Był dla mnie prawie jak brat, a przez ciebie zgubił właściwą drogę. Teraz to kłamliwy potwór bez sumienia. Jesteś zadowolony?
- Nie zapominaj z kim rozmawiasz - gość był całkowicie świadomy swojej wyższości.
- Wybacz, panie.
W tym momencie oboje ruszyli w kierunku pojedynczych, nie najmłodszych drzwi. Stara farba łuszczyła się, ukazując niegdyś piękne dębowe drewno. Pobiegłam za nimi, starałam się jak najciszej stawiać kroki. Nie bałam się, gdyż wiedziałam, że mnie nie usłyszą. Jeszcze nie teraz. Nie wiem skąd, ale byłam tego pewna.
Szliśmy długim, wąskim korytarzykiem. Dokąd? Do celu.
Po jakimś czasie zatrzymaliśmy się przed małą, niczym nie wyróżniającą się skrzynią. Normalną, taką jak każda, w której kiedyś trzymało się pierzynę. Rispie bez słowa przykucnął i otworzył ją. Wyjął z niej jedynie brudną, zepsutą pozytywkę w kształcie karuzeli. Dawno temu musiała być przepiękna. Biała porcelana błyszcząca się od słabych promieni słońca, uspokajająca, słodka niczym miód melodia wydobywająca się z wnętrza maszynierii, teraz płakała, płakała nad naszym losem.
- Znalazłem to po pierwszym ataku - zaczął Rispie.
- Dlaczego to wziąłeś? - nieznajomy zmarszczył brwi.
- Miałem nadzieję, że się przyda.
- A co to jest?
- Nie ma pojęcia - westchnął.
Widziałam ten przedmiot pierwszy raz w życiu, ale wiedziałam na jego temat praktycznie wszystko. Należał do Lady Cordelii Cavendish. Była młodą szlachcianką z południowej Anglii, uważaną za wyjątkową piękność, zginęła w tajemniczych okolicznościach. Pozytywka zaginęła pod koniec XIX wieku i odnaleziono ją po ponad stu latach. Przez ten czas tkwiła w ziemi, czekając na właściwy moment.
- Co ona tu robi? - blondyn mnie dostrzegł. Tylko na chwilę skierował swoją twarz w moją stronę, ale i tak widziałam jego bladą cerę i niebieskie niczym morze oczy.
- Lucia! - wściekł się Krispin. - Od kiedy nas śledzisz?! Ile słyszałaś?!
- Ja... Nic - wymyślałam coś na poczekaniu. - Zgubiłam się w korytarzach.
- Nie wierzę ci!
- Ale to prawda. To jest jak labirynt - po raz kolejny splamiłam swe usta kłamstwem.
- Łgarz jak pies! - chłopak zbliżył się i już unosił rękę, żeby mnie uderzyć...
Przygotowałam się na ból, który jednak nie zadszedł. Powoli otworzyłam oczy. Byłam znowu w swoim pokoju, a łzy spływały mi po policzkach. To nie był sen, ale straszna przyszłość.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Tak jak obiecałam, notki zamierzam dodawać codziennie, ale pojawiać się na blogu będą w godzinach późniejszych. :D Pozdrawiam, Alexandra.
sobota, 21 lutego 2015
Rozdział 11
Krążyłam po korytarzach jak głupia i szukałam drogi powrotnej. Bez efektów. Każde miejsce, zakamarek i mebel wydawał się taki sam. Bałam się, że biegam w kółko. Próbowałam wrócić do tych starych schodów przeciwpożarowych, ale nie wiedziałam, gdzie mogą się znajdować. Byłam głodna, zmarzięta i zmęczona. Co prawda, spałam kilka godzin, ale nic mi one nie dały. Zrobiłabym wszystko, aby być teraz w swoim pokoju. Nie tutaj, ale w domu, blisko przyjaciół i taty. Nie cierpię tego miejsca. Odkąd tu jestem nic nie jest tak, jak być powinno.
Słońce chowało się już za horyzont, gdy nagle usłyszałam zbliżające się kroki. Ruszyłam w tamtym kierunku.
- Lucia! Marcello! - usłyszałam.
Szukali nas. Widać mój Przewodnik również się zgubił. Albo specjalnie nie wrócił.
- Hej! - zawołałam i po chwili ujrzałam postać wyłaniającą się zza rogu.
- Lucia! Tu jesteś! - krzyknął jakiś chłopak. Nie pamiętałam jego imienia.
- Jestem Jack - chyba moja mina musiała wiele zdradzać. - Jak ty się tu znalazłaś?
- Próbowałam znaleźć wyjście.
- A czemu w ogóle tu się chowałaś?
- Nie wiem. On najpierw uciekł, więc myślałam, że też muszę.
- Oto się nie martw - uśmiechnął się. - A gdzie on jest?
- Skąd mam wiedzieć?
- Byłem pewny, że będzie z tobą - powiedział Jack lekko zawiedziony.
Chciałam wyjaśnić wszem i wobec, że szczerze go nienawidzę, a on mnie, ale odpuściłam sobie. Będzie jeszcze na to okazja. Szliśmy niedługo, bo okazało się, że zaraz obok są schody prowadzące na sam dół. Byłam tak blisko. Zaraz po dotarciu tam, zjadłam coś.
Wszyscy byli już przy stole. No, prawie wszyscy. Marcello nadal chodził nie wiadomo, gdzie. Rispie uznał, że bez sensu go dalej szukać.
- Wciąż go nie ma? - spytała Veronica, która dopiero teraz zjawiła się w jadalni.
- Yhm... - mruknął ktoś w odpowiedzi.
- Skoro tak sądzicie to mogę sobie stąd pójść - powiedział chłopak siedzący na końcu. Osoby będące najbliżej niego aż podskoczyły.
- Nie - warknął Rispie. - Czemu uciekłeś?
- Bo chciałem - odparł z uśmiechem.
- Ty mały... - Amerigo, który był obok, musiał go przytrzymywać, żeby ten nie rzucił się na Marcellego.
- A dlaczego cali ociekaliście wodą?
- Lataliśmy nad jeziorem i pewnym momencie zahaczyłam o coś i wpadłam do awenu. Marcello pomógł mi wyjść - kłamałam jak z nut. Mój pierwszy Przewodnik zrobił zdziwioną minę, ale tylko na chwilę.
- To prawda? - przywódca był zmieszany.
- Oczywiście, że tak - odpowiedział szybko.
Reszta posiłku minęła w kompletnej ciszy, którą przerywał jedynie dźwięk obijających się o siebie sztućcy. Nie zjadłam praktycznie niczego, bo moją głowę zaprzątało jedne pytanie. Czemu to zrobiłam? Czemu nie wsypałam Marcellego? Nagle mnie olśniło. Nie chciałam, żeby Rispie go ukarał, bo sama pragnęłam odpłacić mu się za wszystko, co uczynił wobec mnie. Marzyłam o zemście. Dopiero wtedy będziemy kwita.
- Całkiem dobrze łgarz, skarbie - wyszeptał Marcello, gdy wychodziliśmy z pomieszczenia.
- To komplement, czy obelga? - spytałam zdezorientowana.
- Jak wolisz, słońce.
- Mam brać z kogo przykład - warknęłam.
- I tego się trzymaj, kochanie - powiedział i zniknął w tłumie.
Wiedziałam, że muszę znaleźć jego słaby punkt. Nieważne, czy miał być to jakiś lęk, fobia, czy cokolwiek innego, ale po prostu coś, co da mi jakąś przewagę. Choćby małą.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Zdążyłam napisać! :D Jutro wyjeżdżam, ale jak tylko będę miała dostęp do Wi-Fi to dodam jakąś notkę. :) Pozdrawiam, Alexandra.
Słońce chowało się już za horyzont, gdy nagle usłyszałam zbliżające się kroki. Ruszyłam w tamtym kierunku.
- Lucia! Marcello! - usłyszałam.
Szukali nas. Widać mój Przewodnik również się zgubił. Albo specjalnie nie wrócił.
- Hej! - zawołałam i po chwili ujrzałam postać wyłaniającą się zza rogu.
- Lucia! Tu jesteś! - krzyknął jakiś chłopak. Nie pamiętałam jego imienia.
- Jestem Jack - chyba moja mina musiała wiele zdradzać. - Jak ty się tu znalazłaś?
- Próbowałam znaleźć wyjście.
- A czemu w ogóle tu się chowałaś?
- Nie wiem. On najpierw uciekł, więc myślałam, że też muszę.
- Oto się nie martw - uśmiechnął się. - A gdzie on jest?
- Skąd mam wiedzieć?
- Byłem pewny, że będzie z tobą - powiedział Jack lekko zawiedziony.
Chciałam wyjaśnić wszem i wobec, że szczerze go nienawidzę, a on mnie, ale odpuściłam sobie. Będzie jeszcze na to okazja. Szliśmy niedługo, bo okazało się, że zaraz obok są schody prowadzące na sam dół. Byłam tak blisko. Zaraz po dotarciu tam, zjadłam coś.
Wszyscy byli już przy stole. No, prawie wszyscy. Marcello nadal chodził nie wiadomo, gdzie. Rispie uznał, że bez sensu go dalej szukać.
- Wciąż go nie ma? - spytała Veronica, która dopiero teraz zjawiła się w jadalni.
- Yhm... - mruknął ktoś w odpowiedzi.
- Skoro tak sądzicie to mogę sobie stąd pójść - powiedział chłopak siedzący na końcu. Osoby będące najbliżej niego aż podskoczyły.
- Nie - warknął Rispie. - Czemu uciekłeś?
- Bo chciałem - odparł z uśmiechem.
- Ty mały... - Amerigo, który był obok, musiał go przytrzymywać, żeby ten nie rzucił się na Marcellego.
- A dlaczego cali ociekaliście wodą?
- Lataliśmy nad jeziorem i pewnym momencie zahaczyłam o coś i wpadłam do awenu. Marcello pomógł mi wyjść - kłamałam jak z nut. Mój pierwszy Przewodnik zrobił zdziwioną minę, ale tylko na chwilę.
- To prawda? - przywódca był zmieszany.
- Oczywiście, że tak - odpowiedział szybko.
Reszta posiłku minęła w kompletnej ciszy, którą przerywał jedynie dźwięk obijających się o siebie sztućcy. Nie zjadłam praktycznie niczego, bo moją głowę zaprzątało jedne pytanie. Czemu to zrobiłam? Czemu nie wsypałam Marcellego? Nagle mnie olśniło. Nie chciałam, żeby Rispie go ukarał, bo sama pragnęłam odpłacić mu się za wszystko, co uczynił wobec mnie. Marzyłam o zemście. Dopiero wtedy będziemy kwita.
- Całkiem dobrze łgarz, skarbie - wyszeptał Marcello, gdy wychodziliśmy z pomieszczenia.
- To komplement, czy obelga? - spytałam zdezorientowana.
- Jak wolisz, słońce.
- Mam brać z kogo przykład - warknęłam.
- I tego się trzymaj, kochanie - powiedział i zniknął w tłumie.
Wiedziałam, że muszę znaleźć jego słaby punkt. Nieważne, czy miał być to jakiś lęk, fobia, czy cokolwiek innego, ale po prostu coś, co da mi jakąś przewagę. Choćby małą.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Zdążyłam napisać! :D Jutro wyjeżdżam, ale jak tylko będę miała dostęp do Wi-Fi to dodam jakąś notkę. :) Pozdrawiam, Alexandra.
piątek, 20 lutego 2015
Rozdział 10
Tego dnia znów miałam lekcje z Marcellim. I tym razem, gdy wyszłam przed budynek, nikogo nie było. Nie miałam najmniejszej ochoty na jego chore gierki, więc zwyczajnie skierowałam się do wejścia. Gdy tylko się odwróciłam, usłyszałam ciche uderzenie o bruk. Mój nauczyciel był wyraźnie niezadowolony, że zabawa tak szybko się skończyła.
- Wykształć skrzydełka, skarbie i leć.
- Gdzie? - przyjrzałam mu się podejrzliwie.
- Agnès pokazała ci jeziorko?
- Tak... - odparłam zaciekawiona.
- To tam - rzucił przez ramię i odleciał.
Rozwinięcie ich bolało tak samo mocno jak wczoraj, ale przynajmniej trwało trochę krócej. Nie kłamał. Dziwne, prawda? Musiałam bardzo się namęczyć, żeby go dogonić. Był już daleko, a nawet się nie starał. Nie zdziwiłoby mnie, gdyby był najszybszym pośród zamieszkujących ten zamek Upadłych Aniołów. Denerwuje mnie coraz bardziej. W końcu dotarliśmy do celu.
- I jak się lata, kochanie?
- Wspaniale! - powiedziałam entuzjastycznie.
- W takim razie mam pewien pomysł, słońce.
- Jaki? - trochę się wystraszyłam.
- Może sprawdzisz, czy Mroczne Aniołki dobrze pływają? - spytał, a ja dostrzegłam coś okropnego.
Marcello wykorzystał mój moment nieuwagi i... Przywiązał mi coś ciężkiego do nogi. Nagle poczułam silne popchnięcie i po chwili zanurzyłam się w zimnych odmętach lazurowej wody. Nie wiedziałam, co robić, miałam już mały zapas tlenu, a opadałam coraz głębiej. Siłowałam się z liną, ale to tylko pogarszało sytuację. Utonę zaraz. Zaczęło robić mi ciemno przez oczami, gdy nagle coś szarpnęło mnie do góry. To moja jedyna szansa na przeżycie. Nie mogłam jej zmarnować.
Wtedy poczułam chłód wrześniowego poranka i wiedziałam już, że jesteśmy na brzegu. Łapczywie chwytałam powietrze i zanosiłam się kaszlem. Spojrzałam w górę i dostrzegłam, że Marcello też jest cały mokry. Czyli najpierw próbuje mnie utopić, a potem rzuca się na ratunek?! Cudownie...
- Prawie mnie zabiłeś! - wrzeszczałam.
- Gdybym naprawdę chciał, to dawno już by cię rybki jadły, kochanie - powiedział wciskając wodę z włosów.
- N-nie zrobiłbyś tego - wyjąkałam lekko przestraszona.
- Teraz jeszcze nie, ale kiedyś... Kto wie? - odparł i chyba to sobie wyobraził, bo natychmiast się uśmiechnął.
- Jesteś chory!
- Już to kiedyś słyszałem - po chwili dodał - Chodź, wracamy do domu, skarbie.
- Nie możemy polecieć? - zdziwiłam się.
- Jak chcesz dostać zapalenia płuc, to proszę, złotko. Ja bynajmniej nie chcę - ruszył w kierunku drzew.
- Czekaj! - zawołałam i pobiegłam za nim.
Wędrówka nie trwała długo, ale byłam całkowicie przemoczona, więc do najlepszych nie należała. Byłam wściekła na mojego Przewodnika, a on w ogóle nie przejął się tym, że mogło mi się coś stać.
- Czemu to zrobiłeś? - spytałam, gdy już w miarę uspokoiłam.
- To był sprawdzian, a ty go oblałaś, słońce - wzruszył ramionami.
- Że co?!
- Ten test miał sprawdzić, czy umiesz wykorzystać to kim jesteś w stresujących sytuacjach, skarbie.
- Na co by mi się one teraz przydały?! - zezłościłam się.
- Co się dzieje, gdy Upadły Anioł wykształca skrzydła? - odpowiedział mi pytaniem na pytanie.
- No... Szpony. Pojawiają się szpony.
- Właśnie, a u nas są one wystarczająco mocne, aby przeciąć sznur, kochanie - tłumaczył mi to, jakbym była czteroletnim dzieckiem, które nie rozumie, że powinno już iść spać.
- To można to zrobić pod wodą?
- Nie wiem, chciałem to sprawdzić - powiedział, gdy wchodziliśmy przez drzwi.
Wspaniale wręcz. Jeden mój Przewodnik to szalony psychopata, a drugi to mój brat, którego nic a nic nie obchodzę. Dopiero teraz dostrzegłam, że w holu znajduje się dziewięć osób. Trafiliśmy na powrót patroli. Musieliśmy wyglądać żałośnie.
- Cholera - syknął zdenerwowany Marcello.
- Co robimy? - szepnęłam, ale go już nie było. Widać rozpływanie się w powietrzu opanował do perfekcji.
Wszyscy wpatrywali się we mnie wyczekująco, ale nie wiedziałam, co mam czynić. Cofnęłam się o krok i natrafiłam na jakieś wrota. Szybko na nie zerknęłam. Uznałam, że to jedyna szansa na ucieczkę. Nie mam pojęcia, gdzie prowadzą, ale teraz nie ma to znaczenia.
- Ja... - zaczęłam i kopnęłam w drzwi za mną.
Otworzyły się, a ja natychmiastowo zniknęłam w ich czeluściach. Stare schody przeciwpożarowe. Biegłam, ile sił w nogach, przeskakując, co dwa stopnie. Nikt mnie nie gonił, ale i tak bałam się zatrzymać. Wypadłam na jakiś opuszczony korytarz, skręciłam w lewo i znów byłam, gdzie indziej. Powtórzyłam to jeszcze kilka razy aż wreszcie zmęczona ukucnęłam i oparłam się o jakiś brudny mebel. Drobinki kurzu latały wszędzie, wywołując u mnie alergię. Przez okna nic nie było widać, pewnie ostatni raz były myte wiele lat temu. Ale mimo to zostałam tam, nie chciałam wracać.
Siedziałam tak już kilka godzin. Przynajmniej ubrania miałam już suche. Musiało być późno, bo powieki same mi się zamykały. Postanowiłam pójść spać, ale nagle coś sobie uświadomiłam. Jak znajdę drogę powrotną?
~~~~~~~~~~~~~~~~~
Tak, więc napisałam. :D Zaraz lecę pisać dalej, a Wam życzę miłego weekendu! Pozdrawiam, Alexandra.
- Wykształć skrzydełka, skarbie i leć.
- Gdzie? - przyjrzałam mu się podejrzliwie.
- Agnès pokazała ci jeziorko?
- Tak... - odparłam zaciekawiona.
- To tam - rzucił przez ramię i odleciał.
Rozwinięcie ich bolało tak samo mocno jak wczoraj, ale przynajmniej trwało trochę krócej. Nie kłamał. Dziwne, prawda? Musiałam bardzo się namęczyć, żeby go dogonić. Był już daleko, a nawet się nie starał. Nie zdziwiłoby mnie, gdyby był najszybszym pośród zamieszkujących ten zamek Upadłych Aniołów. Denerwuje mnie coraz bardziej. W końcu dotarliśmy do celu.
- I jak się lata, kochanie?
- Wspaniale! - powiedziałam entuzjastycznie.
- W takim razie mam pewien pomysł, słońce.
- Jaki? - trochę się wystraszyłam.
- Może sprawdzisz, czy Mroczne Aniołki dobrze pływają? - spytał, a ja dostrzegłam coś okropnego.
Marcello wykorzystał mój moment nieuwagi i... Przywiązał mi coś ciężkiego do nogi. Nagle poczułam silne popchnięcie i po chwili zanurzyłam się w zimnych odmętach lazurowej wody. Nie wiedziałam, co robić, miałam już mały zapas tlenu, a opadałam coraz głębiej. Siłowałam się z liną, ale to tylko pogarszało sytuację. Utonę zaraz. Zaczęło robić mi ciemno przez oczami, gdy nagle coś szarpnęło mnie do góry. To moja jedyna szansa na przeżycie. Nie mogłam jej zmarnować.
Wtedy poczułam chłód wrześniowego poranka i wiedziałam już, że jesteśmy na brzegu. Łapczywie chwytałam powietrze i zanosiłam się kaszlem. Spojrzałam w górę i dostrzegłam, że Marcello też jest cały mokry. Czyli najpierw próbuje mnie utopić, a potem rzuca się na ratunek?! Cudownie...
- Prawie mnie zabiłeś! - wrzeszczałam.
- Gdybym naprawdę chciał, to dawno już by cię rybki jadły, kochanie - powiedział wciskając wodę z włosów.
- N-nie zrobiłbyś tego - wyjąkałam lekko przestraszona.
- Teraz jeszcze nie, ale kiedyś... Kto wie? - odparł i chyba to sobie wyobraził, bo natychmiast się uśmiechnął.
- Jesteś chory!
- Już to kiedyś słyszałem - po chwili dodał - Chodź, wracamy do domu, skarbie.
- Nie możemy polecieć? - zdziwiłam się.
- Jak chcesz dostać zapalenia płuc, to proszę, złotko. Ja bynajmniej nie chcę - ruszył w kierunku drzew.
- Czekaj! - zawołałam i pobiegłam za nim.
Wędrówka nie trwała długo, ale byłam całkowicie przemoczona, więc do najlepszych nie należała. Byłam wściekła na mojego Przewodnika, a on w ogóle nie przejął się tym, że mogło mi się coś stać.
- Czemu to zrobiłeś? - spytałam, gdy już w miarę uspokoiłam.
- To był sprawdzian, a ty go oblałaś, słońce - wzruszył ramionami.
- Że co?!
- Ten test miał sprawdzić, czy umiesz wykorzystać to kim jesteś w stresujących sytuacjach, skarbie.
- Na co by mi się one teraz przydały?! - zezłościłam się.
- Co się dzieje, gdy Upadły Anioł wykształca skrzydła? - odpowiedział mi pytaniem na pytanie.
- No... Szpony. Pojawiają się szpony.
- Właśnie, a u nas są one wystarczająco mocne, aby przeciąć sznur, kochanie - tłumaczył mi to, jakbym była czteroletnim dzieckiem, które nie rozumie, że powinno już iść spać.
- To można to zrobić pod wodą?
- Nie wiem, chciałem to sprawdzić - powiedział, gdy wchodziliśmy przez drzwi.
Wspaniale wręcz. Jeden mój Przewodnik to szalony psychopata, a drugi to mój brat, którego nic a nic nie obchodzę. Dopiero teraz dostrzegłam, że w holu znajduje się dziewięć osób. Trafiliśmy na powrót patroli. Musieliśmy wyglądać żałośnie.
- Cholera - syknął zdenerwowany Marcello.
- Co robimy? - szepnęłam, ale go już nie było. Widać rozpływanie się w powietrzu opanował do perfekcji.
Wszyscy wpatrywali się we mnie wyczekująco, ale nie wiedziałam, co mam czynić. Cofnęłam się o krok i natrafiłam na jakieś wrota. Szybko na nie zerknęłam. Uznałam, że to jedyna szansa na ucieczkę. Nie mam pojęcia, gdzie prowadzą, ale teraz nie ma to znaczenia.
- Ja... - zaczęłam i kopnęłam w drzwi za mną.
Otworzyły się, a ja natychmiastowo zniknęłam w ich czeluściach. Stare schody przeciwpożarowe. Biegłam, ile sił w nogach, przeskakując, co dwa stopnie. Nikt mnie nie gonił, ale i tak bałam się zatrzymać. Wypadłam na jakiś opuszczony korytarz, skręciłam w lewo i znów byłam, gdzie indziej. Powtórzyłam to jeszcze kilka razy aż wreszcie zmęczona ukucnęłam i oparłam się o jakiś brudny mebel. Drobinki kurzu latały wszędzie, wywołując u mnie alergię. Przez okna nic nie było widać, pewnie ostatni raz były myte wiele lat temu. Ale mimo to zostałam tam, nie chciałam wracać.
Siedziałam tak już kilka godzin. Przynajmniej ubrania miałam już suche. Musiało być późno, bo powieki same mi się zamykały. Postanowiłam pójść spać, ale nagle coś sobie uświadomiłam. Jak znajdę drogę powrotną?
~~~~~~~~~~~~~~~~~
Tak, więc napisałam. :D Zaraz lecę pisać dalej, a Wam życzę miłego weekendu! Pozdrawiam, Alexandra.
czwartek, 19 lutego 2015
Rozdział 9
Nie byłam pewna, czy to, co powiedział Marcello było tylko niewinnym żarcikiem. Znałam go na tyle długo, że wiedziałam, że byłby zdolny zrzucić mnie z dachu. Po tym całym lataniu nie miałam najmniejszej ochoty jeść, więc zaszyłam się w swoim pokoju i postanowiłam trochę poczytać. Jedyną książką, którą udało mi się znaleźć był ,,Don Kichot" Miguela de Cervantesa. Nie mając nic innego do roboty, zabrałam się za czytanie.
Nagle drzwi otwarły się z wielkim hukiem i stanął w nich mój kochany braciszek. Nie był w najlepszym humorze.
- Odłóż książkę, rusz cztery litery i chodź ze mną - powiedział oschle.
- Gdzie znowu? - jęknęłam obolała.
- Ćwiczenia z walki. Biegiem.
Nie dał mi nawet chwili na przebranie, po prostu pociągnął mnie za rękę i wywlókł z pokoju. Byłam zmęczona, plecy nadal mnie piekły i nie jadłam jeszcze obiadu. Kolejny trening to ostatnia rzecz o jakiej marzę. Ostatnia. Już chyba wolałabym zostać rzucona niedźwiedziom na pożarcie. Albo spędzić ten czas z moim pierwszym Przewodnikiem. Nie, to byłoby jednak gorsze. W takim razie przedostatnia.
Rispie zaprowadził mnie do piwnicy, gdzie znajdowała się sala treningowa i kazał mi go atakować. Z marnym skutkiem. Ja upadałam, a on tylko na mnie krzyczał. Co chwila lądowałam na twardej macie i skręcałam się z bólu, ale jedno pytanie cały czas mnie nurtowało. W końcu nie wytrzymałam.
- Dlaczego mu o tym powiedziałeś? - spytałam i przez to nie zauważyłam kolejnego posunięcia mojego rywala i znowu leżałam na ziemi.
- Komu i o czym? - chłopak przestał mnie atakować i skupił się na mojej wypowiedzi.
- No... Marcellemu o tym, że jesteśmy rodzeństwem.
- Że co?! On wie?! - trząsł się ze wściekłości.
- A to nie ty mu powiedziałeś? - byłam zbita z tropu.
- Oczywiście, że nie! - wrzasnął i wybiegł z pomieszczenia. - Gdzie on jest?!
Nie czekałam na nich długo, gdyż zaledwie kilka minut później oboje już tu byli. Co prawda, Marcello został wciągnęty siłą i nie do końca wiedział o co chodzi, ale był. Rispie nie okazał ani trochę człowieczeństwa i zwyczajnie uderzył chłopaka z wielką siłą w brzuch. Ten zachwiał się, ale utrzymał się na nogach.
- Co ty ode mnie chcesz?! - z trudem łapał powietrze.
- Skąd to wiesz?! - ryknął i znowu zadał cios, lecz tym tazem chybił.
- A co? Wiem wiele rzeczy - odparł z normalną dla siebie bezczelnością.
- O mnie i Luci! - wycharczał ze wściekłością Krispin i po raz kolejny go uderzył. Tym razem w głowę i to tak mocno, że chłopak aż upadł.
- A, o tym - powiedział i zaczął się głośno śmiać.
Mina mi zbledła. Oszalał. Marcello zwariował. I to przez mojego brata.
- Postradałeś rozum?! Odpowiadaj! - Rispie nadal był bezlitosny. Nie mogłam na to patrzeć.
- I ty nazywasz się przywódcą?! - zdenerwowałam się.
- Tak, właśnie tak siebie nazywam - odparł bez skruchy. - Masz trzymać gębę na kłódkę, jasne? - zwrócił się do Anioła wciąż leżącego na podłodze.
- Oczywiście, bo niby co miałbym na tym zyskać?
- Nic, ale jeżeli komukolwiek o tym powiesz, zdechniesz. Potraktuję cię jak kundla, którym zresztą jesteś - wysyczał i wyszedł trzaskając za sobą drzwiami.
Chwilę jeszcze na nie patrzyłam, ale kiedy byłam pewna, że nie wróci, skierowałam swój wzrok na Marcellego. Nadal się uśmiechał, ale przynajmniej przestał się tak przerażająco śmiać. Super, nie dość, że psychopata, to teraz na dodatek wariat. Wtedy chłopak zaczął powoli wstawać na nogi.
- Już sobie poszedł, skarbie? - spytał z miną ani trochę nie przypominającą miny osoby, która właśnie oszalała.
- Nic ci nie jest?! - zdziwiłam się.
- Przecież, że nie, kochanie. Nie bój się.
- Myślałam, że naprawdę coś ci się stało! - wkurzyłam się, że znów byłam taka naiwna.
- Dobry ze mnie kłamca, słońce - ruszył w kierunku wyjścia. - Gdyby mnie teraz zabił to nie widziałbym, jak spadasz z dachu, a tego nie mogę sobie odpuścić, złotko.
- Palant - warknęłam, chociaż wiedziałam, że już wyszedł.
Uznałam, że to koniec mojego treningu, więc poszłam na obiad.
Mimo głodu straciłam apetyt. Teraz, gdy bawiłam się ziarenkami ryżu, zrozumiałam coś strasznego. Rispie zabiłyby go i nawet by przy tym nie mrugnął. Nie obchodzili go jego ludzie, którzy ślepo mu ufają. Nie, dla niego liczył się tylko on sam, jego własne potrzeby. Ta myśl napawała mnie lękiem. Lękiem przed własnym bratem. Nie wiem, co wydarzyło się przez te osiem lat, ale na pewno nic dobrego. Zmienił się.
- Będziesz jeść, czy się bawić? - spytała jakaś dziewczyna, chyba Lisa.
- Nie, już skończyłam. Przepraszam.
- Nie ma za co. - uśmiechnęła się i dodała z troską. - Coś się stało?
- Nic takiego. Po prostu jestem zmęczona. Dobranoc - pożegnałam się.
Chciałam jeszcze trochę poczytać, ale wyczerpanie wzięło górę i zasnęłam przytulona do książki.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Za ewentualne błędy przepraszam, ale pisałam to w nocy, bo chciałam zdążyć. :D Tak wiem, tylko winny się tłumaczy. :) Pozdrawiam cieplutko, Alexandra.
Nagle drzwi otwarły się z wielkim hukiem i stanął w nich mój kochany braciszek. Nie był w najlepszym humorze.
- Odłóż książkę, rusz cztery litery i chodź ze mną - powiedział oschle.
- Gdzie znowu? - jęknęłam obolała.
- Ćwiczenia z walki. Biegiem.
Nie dał mi nawet chwili na przebranie, po prostu pociągnął mnie za rękę i wywlókł z pokoju. Byłam zmęczona, plecy nadal mnie piekły i nie jadłam jeszcze obiadu. Kolejny trening to ostatnia rzecz o jakiej marzę. Ostatnia. Już chyba wolałabym zostać rzucona niedźwiedziom na pożarcie. Albo spędzić ten czas z moim pierwszym Przewodnikiem. Nie, to byłoby jednak gorsze. W takim razie przedostatnia.
Rispie zaprowadził mnie do piwnicy, gdzie znajdowała się sala treningowa i kazał mi go atakować. Z marnym skutkiem. Ja upadałam, a on tylko na mnie krzyczał. Co chwila lądowałam na twardej macie i skręcałam się z bólu, ale jedno pytanie cały czas mnie nurtowało. W końcu nie wytrzymałam.
- Dlaczego mu o tym powiedziałeś? - spytałam i przez to nie zauważyłam kolejnego posunięcia mojego rywala i znowu leżałam na ziemi.
- Komu i o czym? - chłopak przestał mnie atakować i skupił się na mojej wypowiedzi.
- No... Marcellemu o tym, że jesteśmy rodzeństwem.
- Że co?! On wie?! - trząsł się ze wściekłości.
- A to nie ty mu powiedziałeś? - byłam zbita z tropu.
- Oczywiście, że nie! - wrzasnął i wybiegł z pomieszczenia. - Gdzie on jest?!
Nie czekałam na nich długo, gdyż zaledwie kilka minut później oboje już tu byli. Co prawda, Marcello został wciągnęty siłą i nie do końca wiedział o co chodzi, ale był. Rispie nie okazał ani trochę człowieczeństwa i zwyczajnie uderzył chłopaka z wielką siłą w brzuch. Ten zachwiał się, ale utrzymał się na nogach.
- Co ty ode mnie chcesz?! - z trudem łapał powietrze.
- Skąd to wiesz?! - ryknął i znowu zadał cios, lecz tym tazem chybił.
- A co? Wiem wiele rzeczy - odparł z normalną dla siebie bezczelnością.
- O mnie i Luci! - wycharczał ze wściekłością Krispin i po raz kolejny go uderzył. Tym razem w głowę i to tak mocno, że chłopak aż upadł.
- A, o tym - powiedział i zaczął się głośno śmiać.
Mina mi zbledła. Oszalał. Marcello zwariował. I to przez mojego brata.
- Postradałeś rozum?! Odpowiadaj! - Rispie nadal był bezlitosny. Nie mogłam na to patrzeć.
- I ty nazywasz się przywódcą?! - zdenerwowałam się.
- Tak, właśnie tak siebie nazywam - odparł bez skruchy. - Masz trzymać gębę na kłódkę, jasne? - zwrócił się do Anioła wciąż leżącego na podłodze.
- Oczywiście, bo niby co miałbym na tym zyskać?
- Nic, ale jeżeli komukolwiek o tym powiesz, zdechniesz. Potraktuję cię jak kundla, którym zresztą jesteś - wysyczał i wyszedł trzaskając za sobą drzwiami.
Chwilę jeszcze na nie patrzyłam, ale kiedy byłam pewna, że nie wróci, skierowałam swój wzrok na Marcellego. Nadal się uśmiechał, ale przynajmniej przestał się tak przerażająco śmiać. Super, nie dość, że psychopata, to teraz na dodatek wariat. Wtedy chłopak zaczął powoli wstawać na nogi.
- Już sobie poszedł, skarbie? - spytał z miną ani trochę nie przypominającą miny osoby, która właśnie oszalała.
- Nic ci nie jest?! - zdziwiłam się.
- Przecież, że nie, kochanie. Nie bój się.
- Myślałam, że naprawdę coś ci się stało! - wkurzyłam się, że znów byłam taka naiwna.
- Dobry ze mnie kłamca, słońce - ruszył w kierunku wyjścia. - Gdyby mnie teraz zabił to nie widziałbym, jak spadasz z dachu, a tego nie mogę sobie odpuścić, złotko.
- Palant - warknęłam, chociaż wiedziałam, że już wyszedł.
Uznałam, że to koniec mojego treningu, więc poszłam na obiad.
Mimo głodu straciłam apetyt. Teraz, gdy bawiłam się ziarenkami ryżu, zrozumiałam coś strasznego. Rispie zabiłyby go i nawet by przy tym nie mrugnął. Nie obchodzili go jego ludzie, którzy ślepo mu ufają. Nie, dla niego liczył się tylko on sam, jego własne potrzeby. Ta myśl napawała mnie lękiem. Lękiem przed własnym bratem. Nie wiem, co wydarzyło się przez te osiem lat, ale na pewno nic dobrego. Zmienił się.
- Będziesz jeść, czy się bawić? - spytała jakaś dziewczyna, chyba Lisa.
- Nie, już skończyłam. Przepraszam.
- Nie ma za co. - uśmiechnęła się i dodała z troską. - Coś się stało?
- Nic takiego. Po prostu jestem zmęczona. Dobranoc - pożegnałam się.
Chciałam jeszcze trochę poczytać, ale wyczerpanie wzięło górę i zasnęłam przytulona do książki.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Za ewentualne błędy przepraszam, ale pisałam to w nocy, bo chciałam zdążyć. :D Tak wiem, tylko winny się tłumaczy. :) Pozdrawiam cieplutko, Alexandra.
środa, 18 lutego 2015
Rozdział 8
Wstałam o czwartej rano i już od wpół do szóstej czekałam na Marcello przed zamkiem. Było bardzo zimno, ale bałam się, że jeżeli wejdę teraz do środka, to przegapię lekcję. Normalnie by mi to nie przeszkadzało, ale nie w takiej sytuacji. Skoro wiedział, że jestem siostrą Rispiego to, co jeszcze mógł chować w zanadrzu? Palce zrobiły mi się lekko sine od mrozu, a włosy pokrył szron. Nie cierpię tego, że pogoda jest taka zmienna. Wczoraj było ciepło i przyjemnie, a teraz co? Zima. Minęła szósta, siódma, ósma, dziewiąta, a go nadal nie było. Byłam wściekła i uznałam, że nie obchodzi mnie, co on wie. Właśnie miałam otwierać drzwi, gdy nagle usłyszałam ciche uderzenie o bruk. Odwróciłam się.
- Dzień dobry, kochanie - przywitał się Marcello wesoło.
- Coś ty sobie myślał?! - szczęka drżała mi z zimna.
- Wiele rzeczy, a o co dokładnie ci chodzi, złotko?
- Czemu kazałeś mi tu stać przez ponad trzy godziny?!
- A, to! - machnął lekceważąco ręką. - Po prostu chciałem sprawić, ile wytrzymasz. Całkiem nieźle. No i miałem ubaw.
- Że co?!
- Nie martw się, skarbie, ja też tu siedziałem, więc oboje jesteśmy w równym stopniu poszkodowani. Wystarczy tego dobrego, zabieramy się za trening.
- Nie cierpię cię... - wysyczałam.
- Nie ty jedyna i nie ostatnia, słońce - powiedział.
Wtedy po raz kolejny w moim życiu ujrzałam, jak z pleców chłopaka zaczęły wyrastać ogromne, krucze skrzydła, a paznokcie zmieniły się w ostre szpony. To nie jest najprzyjemniejszy widok. Niespodziewanie Anioł wzbił się w powietrze i pochwyciwszy mnie za ramiona, poleciał w kierunku lasku.
Nie trwało to długo, ale dla mnie to była cała wieczność. Nawet nie mogłam nacieszyć oczu widokiem, gdyż w ciągu tej krótkiej podróży ani razu nie rozchyliłam mocno zaciśniętych ze strachu powiek. Wręcz cudownie - Mroczny Anioł z lękiem wysokości. Przecież to wcale nie przeszkadza! Na szczęście poczułam wtedy grunt pod nogami.
- To było okropne... - wyszeptałam.
- Czyżbyś, skarbie, bała się latania? - kpił w najlepsze Marcello.
- Śmieszy cię to?!
- Tak, ale spokojnie, praktycznie każdy z początku tak ma. Gdy po raz pierwszy wzbijesz się w powietrze, strach minie.
- To dobrze - ulżyło mi.
Chłopak wrócił do poprzedniej postaci i podszedł bliżej.
- Lekcja pierwsza. Musisz się uspokoić, bo inaczej w ogóle ich nie rozwiniesz - pokiwałam głową. - Lekcja druga. Wyobraź sobie, że wykształcasz skrzydła, ale bardzo tego chciej. Popatrz.
Momentalnie Marcello znów był w pełnej okazałości Upadłym Aniołem.
- Teraz ty spróbuj.
- Nigdy mi się nie uda! - krzyknęłam zrozpaczona po kilku nie udanych próbach.
- Widać trzeba cię zmotywować. Postaraj się bardziej albo wszystkim powiem o twoim i Rispiego małym sekreciku. Bardzo mu to zaszkodzi!
Tego było już zbyt dużo. Naprawdę tego chciałam, musiałam to zrobić dla siebie i
brata. Musiałam! Nagle poczułam okropny ból w okolicy pleców. Każdy rozrywany mięsień, staw i skórę. Wrzeszczałam i płakałam, ale to nic nie dawało. Trwało to może kilka minut, ale za to najgorszych w moim życiu. W końcu poczułam, że ta męczarnia się skończyła i mogłam wreszcie odetchnąć z ulgą. Choć nie widziałam jeszcze wyraźnie przez ścianę łez, to dostrzegłam zadowolenie, a nawet radość malującą się na twarzy mojego nauczyciela.
- Brawo, kochanie! A teraz lot.
- Że co?! Jestem wykończona... - oburzyłam się i rzuciłam okiem na moje nowe, piękne skrzydła. Rzeczywiście były niesamowite, wielkie i czarne jak smoła, ale równocześnie lekkie i miłe w dotyku.
- Trudno i tak mieliśmy zacząć trzy godziny wcześniej.
- Ale...
- Lekcja trzecia. Nie odzywaj się nie pytana. Lekcja czwarta. Po prostu zamachaj tymi skrzydełkami i staraj się ustabilizować lot.
- I tyle?
- Tak. Resztę już umiesz choć sama tego nie wiesz, słońce. Mamy to w naturze.
- Jasne... - powiedziałam niepewnie i bardzo powoli próbowałam wznieś się do góry.
- Otwórz oczy, skarbie, bo nie da się tego robić z zamkniętymi.
Kiedy uczyniłam, co mi kazał, przeraziłam się. Byłam kilkanaście metrów na ziemią! Co prawda widok był piękny, ale nie zwracałam na niego uwagi. Jednak im dłużej byłam tam na górze, tym mniej się bałam. W końcu strach na dobre mnie opuścił.
- Marcello? Gdzie jesteś?!
- Tutaj, słoneczko. Już nie musisz się o mnie martwić - drwił.
- Wcale tak nie było! - zezłościłam się.
- Oczywiście... Dobra, leć za mną. Wracamy do domu - dodał. - Na obiad. I nie zgub się, złotko!
- Postaram się...
Nigdy nie sądziłam, że tak to pokocham, że w ogóle to zrobię. Wiatr delikatnie rozwiewał moje włosy, a ja próbowałam złapać kawałek chmury i śmiałam się z całego serca. Śmiałam się szczerze pierwszy raz od dawna. Czułam się wolna.
Wylądowaliśmy tuż przed drzwiami frontowymi. Z pozbyciem się skrzydeł było o niebo łatwiej niż z wykszkałceniem ich, ale mimo wszystko bolało strasznie.
- Czy to zawsze jest takie okropne?
- Tak - dobił mnie Marcello.
- Dzięki za pocieszenie - warknęłam. - Tak poza tym, to całkiem dobry pomysł na ułatwienie mi tego wszystkiego - dodałam spokojniejszym głosem.
- To był sposób mojego starego Przewodnika, kochanie - powiedział, gdy weszliśmy już do środka. - Ja chciałem cię zrzucić z dachu i zobaczyć, czy przeżyjesz.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~
I rozdział ósmy za nami. :-) Zabieram się do dalszego pisania. Pozdrawiam, Alexandra.
- Dzień dobry, kochanie - przywitał się Marcello wesoło.
- Coś ty sobie myślał?! - szczęka drżała mi z zimna.
- Wiele rzeczy, a o co dokładnie ci chodzi, złotko?
- Czemu kazałeś mi tu stać przez ponad trzy godziny?!
- A, to! - machnął lekceważąco ręką. - Po prostu chciałem sprawić, ile wytrzymasz. Całkiem nieźle. No i miałem ubaw.
- Że co?!
- Nie martw się, skarbie, ja też tu siedziałem, więc oboje jesteśmy w równym stopniu poszkodowani. Wystarczy tego dobrego, zabieramy się za trening.
- Nie cierpię cię... - wysyczałam.
- Nie ty jedyna i nie ostatnia, słońce - powiedział.
Wtedy po raz kolejny w moim życiu ujrzałam, jak z pleców chłopaka zaczęły wyrastać ogromne, krucze skrzydła, a paznokcie zmieniły się w ostre szpony. To nie jest najprzyjemniejszy widok. Niespodziewanie Anioł wzbił się w powietrze i pochwyciwszy mnie za ramiona, poleciał w kierunku lasku.
Nie trwało to długo, ale dla mnie to była cała wieczność. Nawet nie mogłam nacieszyć oczu widokiem, gdyż w ciągu tej krótkiej podróży ani razu nie rozchyliłam mocno zaciśniętych ze strachu powiek. Wręcz cudownie - Mroczny Anioł z lękiem wysokości. Przecież to wcale nie przeszkadza! Na szczęście poczułam wtedy grunt pod nogami.
- To było okropne... - wyszeptałam.
- Czyżbyś, skarbie, bała się latania? - kpił w najlepsze Marcello.
- Śmieszy cię to?!
- Tak, ale spokojnie, praktycznie każdy z początku tak ma. Gdy po raz pierwszy wzbijesz się w powietrze, strach minie.
- To dobrze - ulżyło mi.
Chłopak wrócił do poprzedniej postaci i podszedł bliżej.
- Lekcja pierwsza. Musisz się uspokoić, bo inaczej w ogóle ich nie rozwiniesz - pokiwałam głową. - Lekcja druga. Wyobraź sobie, że wykształcasz skrzydła, ale bardzo tego chciej. Popatrz.
Momentalnie Marcello znów był w pełnej okazałości Upadłym Aniołem.
- Teraz ty spróbuj.
- Nigdy mi się nie uda! - krzyknęłam zrozpaczona po kilku nie udanych próbach.
- Widać trzeba cię zmotywować. Postaraj się bardziej albo wszystkim powiem o twoim i Rispiego małym sekreciku. Bardzo mu to zaszkodzi!
Tego było już zbyt dużo. Naprawdę tego chciałam, musiałam to zrobić dla siebie i
brata. Musiałam! Nagle poczułam okropny ból w okolicy pleców. Każdy rozrywany mięsień, staw i skórę. Wrzeszczałam i płakałam, ale to nic nie dawało. Trwało to może kilka minut, ale za to najgorszych w moim życiu. W końcu poczułam, że ta męczarnia się skończyła i mogłam wreszcie odetchnąć z ulgą. Choć nie widziałam jeszcze wyraźnie przez ścianę łez, to dostrzegłam zadowolenie, a nawet radość malującą się na twarzy mojego nauczyciela.
- Brawo, kochanie! A teraz lot.
- Że co?! Jestem wykończona... - oburzyłam się i rzuciłam okiem na moje nowe, piękne skrzydła. Rzeczywiście były niesamowite, wielkie i czarne jak smoła, ale równocześnie lekkie i miłe w dotyku.
- Trudno i tak mieliśmy zacząć trzy godziny wcześniej.
- Ale...
- Lekcja trzecia. Nie odzywaj się nie pytana. Lekcja czwarta. Po prostu zamachaj tymi skrzydełkami i staraj się ustabilizować lot.
- I tyle?
- Tak. Resztę już umiesz choć sama tego nie wiesz, słońce. Mamy to w naturze.
- Jasne... - powiedziałam niepewnie i bardzo powoli próbowałam wznieś się do góry.
- Otwórz oczy, skarbie, bo nie da się tego robić z zamkniętymi.
Kiedy uczyniłam, co mi kazał, przeraziłam się. Byłam kilkanaście metrów na ziemią! Co prawda widok był piękny, ale nie zwracałam na niego uwagi. Jednak im dłużej byłam tam na górze, tym mniej się bałam. W końcu strach na dobre mnie opuścił.
- Marcello? Gdzie jesteś?!
- Tutaj, słoneczko. Już nie musisz się o mnie martwić - drwił.
- Wcale tak nie było! - zezłościłam się.
- Oczywiście... Dobra, leć za mną. Wracamy do domu - dodał. - Na obiad. I nie zgub się, złotko!
- Postaram się...
Nigdy nie sądziłam, że tak to pokocham, że w ogóle to zrobię. Wiatr delikatnie rozwiewał moje włosy, a ja próbowałam złapać kawałek chmury i śmiałam się z całego serca. Śmiałam się szczerze pierwszy raz od dawna. Czułam się wolna.
Wylądowaliśmy tuż przed drzwiami frontowymi. Z pozbyciem się skrzydeł było o niebo łatwiej niż z wykszkałceniem ich, ale mimo wszystko bolało strasznie.
- Czy to zawsze jest takie okropne?
- Tak - dobił mnie Marcello.
- Dzięki za pocieszenie - warknęłam. - Tak poza tym, to całkiem dobry pomysł na ułatwienie mi tego wszystkiego - dodałam spokojniejszym głosem.
- To był sposób mojego starego Przewodnika, kochanie - powiedział, gdy weszliśmy już do środka. - Ja chciałem cię zrzucić z dachu i zobaczyć, czy przeżyjesz.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~
I rozdział ósmy za nami. :-) Zabieram się do dalszego pisania. Pozdrawiam, Alexandra.
wtorek, 17 lutego 2015
Rozdział 7
Rano obudziłam się w wyjątkowo dobrym humorze. Szybko wyskoczyłam z łóżka i już chciałam pakować plecak do szkoły, gdy spostrzegłam, że go nie mam. Dopiero teraz przypomniałam sobie, że nie jestem w domu. Jestem w miejscu, które nigdy nie będę w stanie nazwać domem. Zaraz pomyślałam o moich bliskich, których zostawiłam tam, w normalnym świecie. Martha i tata będą się bardzo o mnie martwić, oby wytrwali i dali sobie radę sami. Muszą zostawić duchy przeszłości w spokoju i żyć dalej, beze mnie i Krispina.
O dziewiątej przyszedł po mnie jakiś chłopak. Przedstawił się jako Luca i zaprowadził na śniadanie.
Nie zjadłam wiele, kromkę razowego chleba z białym serem. Większość zaoferowanych dań była z mięsem, a ja szczerze mówiąc, nie przepadałam za nim. Dopiero, gdy wszyscy zaspokoili już swój głód, Rispie zaczął przydzielać zadania.
- Luca, Jack i Lisa - patrolujecie zachodnią granicę, Amerigo, Elena i Veronica - wschonią, Arthur, Kimiko i Marcello - północną. Agnès!
- Tak?
- Pokażesz Luci okolicę.
- Oczywiście - odparła młoda dziewczyna i dodała z uśmiechem. - Chodź za mną.
Przyjrzałam jej się. Miała siedemnaście, może osiemnaście lat. Była osobą wysoką i szczupłą, wydawała się sympatyczna, ale też tajemnicza. Czarne, długie włosy miękko opadały na jej plecy i ramiona. Jej głos był ciepły i spokojny, Kimiko miała szczęście, że jej Przewodnikiem był ktoś taki. W porównaniu - Marcello otwarcie przyznał, że gdyby mógł, to by mnie nie nańczył. W końcu z westchnieniem wstałam i ruszyłam za Agnès.
- Masz jakieś pytania - to było raczej stwierdzenie niż pytanie.
- Tak. Dlaczego nie patrolujecie południowej granicy?
- Nie musimy.
- Czemu?
- To bardzo blisko piekła, tamtejsze demony się tym zajmują.
- Piekła?! - zdziwiłam się. - To ono istnieje?!
- No przecież, że tak. Lucyfer też.
- Diabeł?! Taki czerwony z rogami i kozią bródką?
- Oczywiście, że nie! To tylko ohydny stereotyp, on wygląda zupełnie inaczej.
- Jak? - spytałam zaciekawiona.
- Zobaczysz, jak za kilka dni odwiedzi nasz zamek. Zawsze tak robi, gdy pojawia się ktoś nowy - powiedziała to tak, jakby była to najbardziej oczywista rzecz na świecie, ale ja nie byłam już w stanie nic wykrztusić.
Że co?! Sam Lucyfer ma przybyć tutaj i to z mojego powodu?! Boję się, ale równocześnie jestem bardzo ciekawa. Jak naprawdę wygląda, jaki jest Książę Piekła? Czy ktoś z nim będzie i jeżeli tak, to kto? Tyle pytań, ale muszę być cierpliwa.
Agnès pokazała mi z grubsza cały teren. Piękne ogrody, stajnie, północną granicę i ten cudowny las, przez który szłam wczoraj z Marcellim. Nigdy nie przestanę się tym zachwycać, bo to jest po prostu zbyt niezwykłe. Jeśli mam tu żyć, to dobrze, że są takie
miejsca, jak to. Urocze, czyste i niewinne. Ludzkie.
- Lucia? - z zamyślenia wyrwał mnie głos Agnès.
- Tak?
- Podoba ci się ten lasek?
- Niesamowicie - westchnęłam z rozmarzeniem.
- W takim razie biegnij za mną - powiedziała i już jej nie było.
Przedzieraliśmy się przez zarośnięte krzaki, gałęzie i kolce raniły naszą skórę, wplątywały się we włosy i rozrywały ubrania. Nie miałam pojęcia dokąd zmierzamy, ale postanowiłam zaufać dziewczynie. Obym się nie pomyliła...
Nagle Agnès zatrzymała się. Nie zauważyłam tego i prawie na nią wpadłam, ale w ostatniej chwili wyhamowałam. To, co ujrzałam wprawiło mnie w zachwyt. Delikatnie musnęłam ręką płaską taflę jeziorka, tym samym tworząc maleńkie fale. Przejrzałam się w krystalicznie czystej wodzie, niczym w lustrze. Zsunęłam ze stóp buty i cieszyłam się ciepłem piasku i śpiewem ptaków. Chwilę tak siedziałam, puszczając kaczki i bawiąc się mikroskopijnymi drobinkami piasku. W końcu wstałam i popatrzyłam się w niebo.
- To przepiękne miejsce - powiedziałam. - Dziękuję, że mi je pokazałaś.
- Nie ma za co. Chciałam żebyś miała jeden miły dzień zanim weźmiemy się za treningi - popatrzyłam na nią zdziwiona. - Dobrze słyszałaś. Co prawda to Rispie jest twoim drugim Przewodnikiem, ale przez to, że on jest naszym przywódcą i często nie ma czasu, to ja będę go wtedy zastępować.
- To dla mnie zaszczyt.
Szczerze to nawet się cieszyłam, że nie zawsze będę dostawała lanie tylko od Marcellego i brata. Brat - czy wolno mi go jeszcze tak nazywać? Oddalił się, on nie widział już we mnie siostry, tylko kolejnego Upadłego Anioła, którym musi się opiekować. Ale to ja mam na niego haka. Nie wiem, dlaczego tak bardzo nie chce, żeby ktokolwiek wiedział kim jestem, ale wykorzystam to. Nie teraz, ale kiedyś to zrobię. Jestem jego rodziną i musi się z tym liczyć. Musi.
- Ziemia do Luci!
- Co?
- Wracamy.
Droga powrotna była dużo prostsza, gdyż znałam już trasę. Mimo tego nie obeszło się bez jakichkolwiek szkód. Agnès zaraz po powrocie zaprowadziła mnie do mojego pierwszego Przewodnika.
- Wyglądasz okropnie, słońce - cóż za miłe powitanie.
- Mogłabym powiedzieć ci to samo - mruknęłam pod nosem, ale on i tak to usłyszał.
- Pamiętaj, skarbie, że to ja tu rządzę i ty musisz mnie słuchać, czy tego chcesz, czy nie - wycedził przez zaciśnięte zęby. - Zrozumiałaś?
- Tak - westchnęłam.
- I nie obchodzi mnie, kochanie, że twoim bratem jest Rispie - dodał odchodząc.
- Skąd to wiesz?! - Krispin nie będzie zadowolony.
- Jak będziesz grzeczna, to kiedyś ci powiem - rzucił przez ramię. - Jutro punkt szósta przed zamkiem, zaczynamy treningi.
- O-oczywiście - byłam zbita z tropu.
Przez snem jeszcze długo o tym myślałam. Przecież Rispie mu o tym nie powiedział, nawet mu nie ufał, więc co dopiero mówić taki sekret. Nie mógł też podsłuchać naszej rozmowy, dobrze sprawdziliśmy, czy nie ma świadków. Więc jak?! Marcello naprawdę zaczyna mnie denerwować.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Tak jak obiecałam - nowa notka. Postaram się je dodawać codziennie, przynajmniej przez ten tydzień. Potem, gdy będzie już szkoła to tak, co 2-3 dni. Jeszcze jedna ważna sprawa. Specjalnie dla Was założyłam konto na gg, więc jeśli ktoś chce się czegoś więcej dowiedzieć lub coś w tym guście, to zapraszam. Proszę tylko wcześniej zawiadomić mnie o tym w komentarzach. Nr: 52981645. Pozdrawiam, Alexandra. :-D
O dziewiątej przyszedł po mnie jakiś chłopak. Przedstawił się jako Luca i zaprowadził na śniadanie.
Nie zjadłam wiele, kromkę razowego chleba z białym serem. Większość zaoferowanych dań była z mięsem, a ja szczerze mówiąc, nie przepadałam za nim. Dopiero, gdy wszyscy zaspokoili już swój głód, Rispie zaczął przydzielać zadania.
- Luca, Jack i Lisa - patrolujecie zachodnią granicę, Amerigo, Elena i Veronica - wschonią, Arthur, Kimiko i Marcello - północną. Agnès!
- Tak?
- Pokażesz Luci okolicę.
- Oczywiście - odparła młoda dziewczyna i dodała z uśmiechem. - Chodź za mną.
Przyjrzałam jej się. Miała siedemnaście, może osiemnaście lat. Była osobą wysoką i szczupłą, wydawała się sympatyczna, ale też tajemnicza. Czarne, długie włosy miękko opadały na jej plecy i ramiona. Jej głos był ciepły i spokojny, Kimiko miała szczęście, że jej Przewodnikiem był ktoś taki. W porównaniu - Marcello otwarcie przyznał, że gdyby mógł, to by mnie nie nańczył. W końcu z westchnieniem wstałam i ruszyłam za Agnès.
- Masz jakieś pytania - to było raczej stwierdzenie niż pytanie.
- Tak. Dlaczego nie patrolujecie południowej granicy?
- Nie musimy.
- Czemu?
- To bardzo blisko piekła, tamtejsze demony się tym zajmują.
- Piekła?! - zdziwiłam się. - To ono istnieje?!
- No przecież, że tak. Lucyfer też.
- Diabeł?! Taki czerwony z rogami i kozią bródką?
- Oczywiście, że nie! To tylko ohydny stereotyp, on wygląda zupełnie inaczej.
- Jak? - spytałam zaciekawiona.
- Zobaczysz, jak za kilka dni odwiedzi nasz zamek. Zawsze tak robi, gdy pojawia się ktoś nowy - powiedziała to tak, jakby była to najbardziej oczywista rzecz na świecie, ale ja nie byłam już w stanie nic wykrztusić.
Że co?! Sam Lucyfer ma przybyć tutaj i to z mojego powodu?! Boję się, ale równocześnie jestem bardzo ciekawa. Jak naprawdę wygląda, jaki jest Książę Piekła? Czy ktoś z nim będzie i jeżeli tak, to kto? Tyle pytań, ale muszę być cierpliwa.
Agnès pokazała mi z grubsza cały teren. Piękne ogrody, stajnie, północną granicę i ten cudowny las, przez który szłam wczoraj z Marcellim. Nigdy nie przestanę się tym zachwycać, bo to jest po prostu zbyt niezwykłe. Jeśli mam tu żyć, to dobrze, że są takie
miejsca, jak to. Urocze, czyste i niewinne. Ludzkie.
- Lucia? - z zamyślenia wyrwał mnie głos Agnès.
- Tak?
- Podoba ci się ten lasek?
- Niesamowicie - westchnęłam z rozmarzeniem.
- W takim razie biegnij za mną - powiedziała i już jej nie było.
Przedzieraliśmy się przez zarośnięte krzaki, gałęzie i kolce raniły naszą skórę, wplątywały się we włosy i rozrywały ubrania. Nie miałam pojęcia dokąd zmierzamy, ale postanowiłam zaufać dziewczynie. Obym się nie pomyliła...
Nagle Agnès zatrzymała się. Nie zauważyłam tego i prawie na nią wpadłam, ale w ostatniej chwili wyhamowałam. To, co ujrzałam wprawiło mnie w zachwyt. Delikatnie musnęłam ręką płaską taflę jeziorka, tym samym tworząc maleńkie fale. Przejrzałam się w krystalicznie czystej wodzie, niczym w lustrze. Zsunęłam ze stóp buty i cieszyłam się ciepłem piasku i śpiewem ptaków. Chwilę tak siedziałam, puszczając kaczki i bawiąc się mikroskopijnymi drobinkami piasku. W końcu wstałam i popatrzyłam się w niebo.
- To przepiękne miejsce - powiedziałam. - Dziękuję, że mi je pokazałaś.
- Nie ma za co. Chciałam żebyś miała jeden miły dzień zanim weźmiemy się za treningi - popatrzyłam na nią zdziwiona. - Dobrze słyszałaś. Co prawda to Rispie jest twoim drugim Przewodnikiem, ale przez to, że on jest naszym przywódcą i często nie ma czasu, to ja będę go wtedy zastępować.
- To dla mnie zaszczyt.
Szczerze to nawet się cieszyłam, że nie zawsze będę dostawała lanie tylko od Marcellego i brata. Brat - czy wolno mi go jeszcze tak nazywać? Oddalił się, on nie widział już we mnie siostry, tylko kolejnego Upadłego Anioła, którym musi się opiekować. Ale to ja mam na niego haka. Nie wiem, dlaczego tak bardzo nie chce, żeby ktokolwiek wiedział kim jestem, ale wykorzystam to. Nie teraz, ale kiedyś to zrobię. Jestem jego rodziną i musi się z tym liczyć. Musi.
- Ziemia do Luci!
- Co?
- Wracamy.
Droga powrotna była dużo prostsza, gdyż znałam już trasę. Mimo tego nie obeszło się bez jakichkolwiek szkód. Agnès zaraz po powrocie zaprowadziła mnie do mojego pierwszego Przewodnika.
- Wyglądasz okropnie, słońce - cóż za miłe powitanie.
- Mogłabym powiedzieć ci to samo - mruknęłam pod nosem, ale on i tak to usłyszał.
- Pamiętaj, skarbie, że to ja tu rządzę i ty musisz mnie słuchać, czy tego chcesz, czy nie - wycedził przez zaciśnięte zęby. - Zrozumiałaś?
- Tak - westchnęłam.
- I nie obchodzi mnie, kochanie, że twoim bratem jest Rispie - dodał odchodząc.
- Skąd to wiesz?! - Krispin nie będzie zadowolony.
- Jak będziesz grzeczna, to kiedyś ci powiem - rzucił przez ramię. - Jutro punkt szósta przed zamkiem, zaczynamy treningi.
- O-oczywiście - byłam zbita z tropu.
Przez snem jeszcze długo o tym myślałam. Przecież Rispie mu o tym nie powiedział, nawet mu nie ufał, więc co dopiero mówić taki sekret. Nie mógł też podsłuchać naszej rozmowy, dobrze sprawdziliśmy, czy nie ma świadków. Więc jak?! Marcello naprawdę zaczyna mnie denerwować.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Tak jak obiecałam - nowa notka. Postaram się je dodawać codziennie, przynajmniej przez ten tydzień. Potem, gdy będzie już szkoła to tak, co 2-3 dni. Jeszcze jedna ważna sprawa. Specjalnie dla Was założyłam konto na gg, więc jeśli ktoś chce się czegoś więcej dowiedzieć lub coś w tym guście, to zapraszam. Proszę tylko wcześniej zawiadomić mnie o tym w komentarzach. Nr: 52981645. Pozdrawiam, Alexandra. :-D
poniedziałek, 16 lutego 2015
Rozdział 6
Dostrzegłam go zaraz po otworzeniu się drzwi.
- C-co? - wyszeptałam ze łzami.
Stałam jak skamieniała i gapiłam się na niego od dłuższej chwili. Widziałam, że rozbawienie na twarzy Marcello ustępuje miejsca zaniepokojeniu, a reszta tu zebranych przyglądała mi się z zaciekawieniem, ale on stał z tą samą niewzruszoną miną. Wiedziałam, że robię z siebie idiotkę, lecz nie obchodziło mnie to. Muszę z nim porozmawiać na osobności.
- Chodź, pokażę ci twój nowy pokój - powiedział głosem pozbawionym jakichkolwiek emocji.
Dopiero, gdy oddaliliśmy się od nich, odważyłam się odezwać.
- Co ty tu robisz? - spytałam łamiącym się głosem.
- Dowodzę nimi. Nie widać?
Zatrzymałam się, ale on nie zwrócił na mnie uwagi.
- Krispin! - krzyknęłam najgłośniej, jak potrafiłam. Nawet nie mrugnęłam, gdy on stał już obok i zasłaniał mi usta ręką.
- Cicho! - wysyczał. - Nikt nie może wiedzieć, że mnie znasz, a co dopiero, że jesteś moją siostrą! Jasne?!
- T-tak - pisnęłam.
- Chodź za mną.
Przyjrzałam mu się. Trudno mi uwierzyć, że ma dwadzieścia lat. Wysoki, z metr osiemdziesiąt pięć, szczupły, ale wyspotrowany - praktycznie taki sam, jak kiedyś, ale coś się zmieniło. Niegdyś ciepłe, czekoladowe oczy stały się czarne i zimne, jak lód, karnacja - biała, jak papier, a hebanową czuprynę zastąpiły włosy w kolorze czystego obsydianu, które niedbale spadały na czoło, rzucając cień na twarz o dosyć mocno wyostrzonych rysach, co dodawało mu tajemniczości. Przypomniałam sobie, że Marcello posiada podobne cechy, ale na początku myślałam, że taki się już urodził. To chyba jednak wspólna cecha Mrocznych Aniołów. Aż boję się spojrzeć w lustro. Czy też taka będę? Nie mogłam się dłużej zastanawiać, bo już i tak zostałam daleko w tyle.
- Krispin, zaczekaj!
- Mów mi Rispie - powiedział gniewnie.
- Rispie, zaczekaj!
- Co chcesz? - westchnął ciężko.
- Czemu karzesz mówić do siebie: ,, Rispie "?
- Nazwał mnie tak mój Przewodnik.
- Prze-przewodnik? - spytałam zdziwiona. Nigdy nie słyszałam takiego terminu.
- No... Na przykład twoim Przewodnikiem jest Marcello, bo to on przeprowadził cię do naszego świata. Zwykle jest ich dwóch, a tego drugiego przydziela się już na miejscu. To oni cię szkolą i wprowadzają do tego wszystkiego - wytłumaczył mi oschle.
- A kto będzie moim drugim Przewodnikiem?
- Dowiesz się przy wieczerzy. Oto twój pokój - wskazał drzwi naprzeciwko. - Łazienka jest po lewej. O dziewiętnastej ktoś po ciebie przyjdzie.
- Dobrze, ale... - zaczęłam, lecz go już nie było.
Pomieszczenie nie było duże ani mocno umeblowane. Czerwone ściany ze złotymi zdobieniami, drewniana podłoga, szerokie, masywne łóżko po prawej, ogromna, ciężka szafa naprzeciw niego. Dodatkowo stare biurko na wprost mnie, pod wysokim oknem i staromodny fotel w lewym kącie. I tyle. Łazienka tak samo. Białe kafelki, wanna, sedes i umywalka.
Dopiero teraz dostrzegłam wysokie lustro stojące, jak gdyby nigdy nic obok szafy. Powoli, jakby bojąc się, że spłoszy się, niczym jakieś zwierzę, podeszłam. Kiedy wreszcie to zrobiłam, nie byłam pewna, czy osoba, która przeglądała się w gładkiej tafli lustra, to nadal ja. Gęste, hebanowe loki zmieniły się w kruczoczarne fale opadające na plecy, a tęczówki zmieniły barwę na czarne... Nie, na fiołkowe. A myślałam, że wszyscy mają taki sam kolor oczu. Ubrania miałam poparte, więc szybko zajrzałam do szafy. Same żałobne kolory. W końcu zdecydowałam się na ciemne rurki, fioletową koszulę z krótkim rękawem i ciemne buty na niewielkim obcasie. Całkiem znośnie.
- Miałam po ciebie przyjść - powiedziała niska azjatka z szerokim uśmiechem.
- Już idę.
- Nazywam się Kimiko - przedstawiła się. - Ciężko w to wszystko uwierzyć, co nie?
- Tak. Musiałam się nieźle wygłupić, tam na dole - starałam się być miła. Jeżeli mam tu spędzić resztę moich dni, to muszę znaleźć sobie przyjaciółkę. - Tak w ogóle to mam na imię Lucia.
- Nie było najgorzej. Mnie mój Przewodnik musiał wnieść, bo odmówiłam dalszej wędrówki. Byłam pewna, że nie będę miała po tym życia, ale nikt mnie z tego powodu nie dręczył. Widać każdy tak ma - wyruszyła ramionami.
- Kimiko?
- Tak?
- Kto był twoim Przewodnikiem?
- Agnès i Arthur. Poznasz ich jeszcze - odparła i dodała wesoło. - Już jesteśmy w jadalni! Chcesz usiąść obok mnie?
- Będzie mi bardzo miło - odparłam z uśmiechem.
Cała sala prezentowała się niewykle okazale. Długi stół zastawiony był salaterkami, tacami, półmiskami z jedzeniem, wysokimi dzbanami z najróżniejszymi napojami. Już prawie każde z kilkunastu ozdobnych krzeseł było zajęte. Brakowało tylko mnie, Kimiko, Marcello i Rispiego. Hałas był niesamowity, bo wszyscy ze sobą rozmawiali i krzyczeli.
Dopiero, gdy wydawało się, że wszyscy już są, zrobiło się cicho. W spokoju i skupieniu zjedliśmy posiłek i wtedy odezwał się Rispie:
- Jak każdy zdążył zauważyć, doszła do nas nowa siostra - Lucia.
Kilkanaście par oczu przeszywało mnie na wskroś.
- Jej pierwszym Przewodnikiem jest Marce... Gdzie on jest?! - widać chłopak po raz kolejny tak zrobił. - Rosalie, idź po niego.
Pięć minut później oboje już byli. Sądząc po ich minach, Marcello nie tak łatwo dał się tu zaciągnąć.
- Gdzieś się szwędał?! - Rispie był wściekły. - Przecież dobrze wiedziałeś, że jesteś jej Przewodnikiem.
- A muszę? - jęknął żałośnie, co mnie dogłębnie uraziło.
- Tak! - warknął starszy chłopak. - Siadaj na miejsce i już się nie odzywaj.
- Jasne...
- Na czym skończyłem? A, tak! Więc pierwszym Przewodnikiem Luci jest Marcello, a drugim będę ja - pomruki niedowierzania rozeszły się po całej jadalni. - Chyba nie muszę tłumaczyć czemu - znacząco spojrzał na Marcellego.
- Ale masz farta! - szepnęła mi na ucho Kimiko.
- Ogromnego - powiedziałam sakrastycznie.
- Marcello! Zaprowadź swoją podopieczną do pokoju.
Chłopak zaczął bardzo powoli wstawać, jakby sprawiało mu to wielki ból. Ból. Odruchowo spojrzałam na rękę. Rany nie było! Zagoiła się, ale jak?! To niemożliwe, żeby tak nagle zniknęła. W sumie ostatnio zdarzyło się wiele dziwniejszych rzeczy, a mnie przeraża to. Absurd... Nie zauważyłam, kiedy Marcello do mnie podszedł. Bez słowa, jedynie ruchem ręki nakał mi iść za sobą.
Już trochę szliśmy w milczeniu, gdy wreszcie nie wytrzymałam.
- Jesteś aż tak załamany, że musisz mnie niańczyć? - spytałam ze złością, ale zauważyłam, że też ze smutkiem.
- Załamany to może nie, ale niezadowolony, kochanie, to tak.
- ldiota.
- Marcello, skarbie, nie idiota.
- Ha, ha, ha. Bardzo śmieszne.
- To już twój pokój, słońce. Dobrej nocy życzę - powiedział i zniknął w ciemnych odmętach nocy.
- Pa.
Zaraz po wejściu do pomieszczenia, chciałam rzucić się na łóżko, ale nie zrobiłam tego, bo coś przykuło moją uwagę. Coś leżało na narzucie, podeszłam bliżej. Srebrny długopis z czarnym tuszem.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Tak, jak obiecałam, jest nowy rozdział. :-) Przez ten tydzień postaram się codziennie dodawać notki. Nie dodawała nic przez ponad tydzień i teraz chce się zrekompensować. Taka już jestem, nic nie poradzę. :-) Pozdrawiam cieplutko, Alexandra.
- C-co? - wyszeptałam ze łzami.
Stałam jak skamieniała i gapiłam się na niego od dłuższej chwili. Widziałam, że rozbawienie na twarzy Marcello ustępuje miejsca zaniepokojeniu, a reszta tu zebranych przyglądała mi się z zaciekawieniem, ale on stał z tą samą niewzruszoną miną. Wiedziałam, że robię z siebie idiotkę, lecz nie obchodziło mnie to. Muszę z nim porozmawiać na osobności.
- Chodź, pokażę ci twój nowy pokój - powiedział głosem pozbawionym jakichkolwiek emocji.
Dopiero, gdy oddaliliśmy się od nich, odważyłam się odezwać.
- Co ty tu robisz? - spytałam łamiącym się głosem.
- Dowodzę nimi. Nie widać?
Zatrzymałam się, ale on nie zwrócił na mnie uwagi.
- Krispin! - krzyknęłam najgłośniej, jak potrafiłam. Nawet nie mrugnęłam, gdy on stał już obok i zasłaniał mi usta ręką.
- Cicho! - wysyczał. - Nikt nie może wiedzieć, że mnie znasz, a co dopiero, że jesteś moją siostrą! Jasne?!
- T-tak - pisnęłam.
- Chodź za mną.
Przyjrzałam mu się. Trudno mi uwierzyć, że ma dwadzieścia lat. Wysoki, z metr osiemdziesiąt pięć, szczupły, ale wyspotrowany - praktycznie taki sam, jak kiedyś, ale coś się zmieniło. Niegdyś ciepłe, czekoladowe oczy stały się czarne i zimne, jak lód, karnacja - biała, jak papier, a hebanową czuprynę zastąpiły włosy w kolorze czystego obsydianu, które niedbale spadały na czoło, rzucając cień na twarz o dosyć mocno wyostrzonych rysach, co dodawało mu tajemniczości. Przypomniałam sobie, że Marcello posiada podobne cechy, ale na początku myślałam, że taki się już urodził. To chyba jednak wspólna cecha Mrocznych Aniołów. Aż boję się spojrzeć w lustro. Czy też taka będę? Nie mogłam się dłużej zastanawiać, bo już i tak zostałam daleko w tyle.
- Krispin, zaczekaj!
- Mów mi Rispie - powiedział gniewnie.
- Rispie, zaczekaj!
- Co chcesz? - westchnął ciężko.
- Czemu karzesz mówić do siebie: ,, Rispie "?
- Nazwał mnie tak mój Przewodnik.
- Prze-przewodnik? - spytałam zdziwiona. Nigdy nie słyszałam takiego terminu.
- No... Na przykład twoim Przewodnikiem jest Marcello, bo to on przeprowadził cię do naszego świata. Zwykle jest ich dwóch, a tego drugiego przydziela się już na miejscu. To oni cię szkolą i wprowadzają do tego wszystkiego - wytłumaczył mi oschle.
- A kto będzie moim drugim Przewodnikiem?
- Dowiesz się przy wieczerzy. Oto twój pokój - wskazał drzwi naprzeciwko. - Łazienka jest po lewej. O dziewiętnastej ktoś po ciebie przyjdzie.
- Dobrze, ale... - zaczęłam, lecz go już nie było.
Pomieszczenie nie było duże ani mocno umeblowane. Czerwone ściany ze złotymi zdobieniami, drewniana podłoga, szerokie, masywne łóżko po prawej, ogromna, ciężka szafa naprzeciw niego. Dodatkowo stare biurko na wprost mnie, pod wysokim oknem i staromodny fotel w lewym kącie. I tyle. Łazienka tak samo. Białe kafelki, wanna, sedes i umywalka.
Dopiero teraz dostrzegłam wysokie lustro stojące, jak gdyby nigdy nic obok szafy. Powoli, jakby bojąc się, że spłoszy się, niczym jakieś zwierzę, podeszłam. Kiedy wreszcie to zrobiłam, nie byłam pewna, czy osoba, która przeglądała się w gładkiej tafli lustra, to nadal ja. Gęste, hebanowe loki zmieniły się w kruczoczarne fale opadające na plecy, a tęczówki zmieniły barwę na czarne... Nie, na fiołkowe. A myślałam, że wszyscy mają taki sam kolor oczu. Ubrania miałam poparte, więc szybko zajrzałam do szafy. Same żałobne kolory. W końcu zdecydowałam się na ciemne rurki, fioletową koszulę z krótkim rękawem i ciemne buty na niewielkim obcasie. Całkiem znośnie.
- Miałam po ciebie przyjść - powiedziała niska azjatka z szerokim uśmiechem.
- Już idę.
- Nazywam się Kimiko - przedstawiła się. - Ciężko w to wszystko uwierzyć, co nie?
- Tak. Musiałam się nieźle wygłupić, tam na dole - starałam się być miła. Jeżeli mam tu spędzić resztę moich dni, to muszę znaleźć sobie przyjaciółkę. - Tak w ogóle to mam na imię Lucia.
- Nie było najgorzej. Mnie mój Przewodnik musiał wnieść, bo odmówiłam dalszej wędrówki. Byłam pewna, że nie będę miała po tym życia, ale nikt mnie z tego powodu nie dręczył. Widać każdy tak ma - wyruszyła ramionami.
- Kimiko?
- Tak?
- Kto był twoim Przewodnikiem?
- Agnès i Arthur. Poznasz ich jeszcze - odparła i dodała wesoło. - Już jesteśmy w jadalni! Chcesz usiąść obok mnie?
- Będzie mi bardzo miło - odparłam z uśmiechem.
Cała sala prezentowała się niewykle okazale. Długi stół zastawiony był salaterkami, tacami, półmiskami z jedzeniem, wysokimi dzbanami z najróżniejszymi napojami. Już prawie każde z kilkunastu ozdobnych krzeseł było zajęte. Brakowało tylko mnie, Kimiko, Marcello i Rispiego. Hałas był niesamowity, bo wszyscy ze sobą rozmawiali i krzyczeli.
Dopiero, gdy wydawało się, że wszyscy już są, zrobiło się cicho. W spokoju i skupieniu zjedliśmy posiłek i wtedy odezwał się Rispie:
- Jak każdy zdążył zauważyć, doszła do nas nowa siostra - Lucia.
Kilkanaście par oczu przeszywało mnie na wskroś.
- Jej pierwszym Przewodnikiem jest Marce... Gdzie on jest?! - widać chłopak po raz kolejny tak zrobił. - Rosalie, idź po niego.
Pięć minut później oboje już byli. Sądząc po ich minach, Marcello nie tak łatwo dał się tu zaciągnąć.
- Gdzieś się szwędał?! - Rispie był wściekły. - Przecież dobrze wiedziałeś, że jesteś jej Przewodnikiem.
- A muszę? - jęknął żałośnie, co mnie dogłębnie uraziło.
- Tak! - warknął starszy chłopak. - Siadaj na miejsce i już się nie odzywaj.
- Jasne...
- Na czym skończyłem? A, tak! Więc pierwszym Przewodnikiem Luci jest Marcello, a drugim będę ja - pomruki niedowierzania rozeszły się po całej jadalni. - Chyba nie muszę tłumaczyć czemu - znacząco spojrzał na Marcellego.
- Ale masz farta! - szepnęła mi na ucho Kimiko.
- Ogromnego - powiedziałam sakrastycznie.
- Marcello! Zaprowadź swoją podopieczną do pokoju.
Chłopak zaczął bardzo powoli wstawać, jakby sprawiało mu to wielki ból. Ból. Odruchowo spojrzałam na rękę. Rany nie było! Zagoiła się, ale jak?! To niemożliwe, żeby tak nagle zniknęła. W sumie ostatnio zdarzyło się wiele dziwniejszych rzeczy, a mnie przeraża to. Absurd... Nie zauważyłam, kiedy Marcello do mnie podszedł. Bez słowa, jedynie ruchem ręki nakał mi iść za sobą.
Już trochę szliśmy w milczeniu, gdy wreszcie nie wytrzymałam.
- Jesteś aż tak załamany, że musisz mnie niańczyć? - spytałam ze złością, ale zauważyłam, że też ze smutkiem.
- Załamany to może nie, ale niezadowolony, kochanie, to tak.
- ldiota.
- Marcello, skarbie, nie idiota.
- Ha, ha, ha. Bardzo śmieszne.
- To już twój pokój, słońce. Dobrej nocy życzę - powiedział i zniknął w ciemnych odmętach nocy.
- Pa.
Zaraz po wejściu do pomieszczenia, chciałam rzucić się na łóżko, ale nie zrobiłam tego, bo coś przykuło moją uwagę. Coś leżało na narzucie, podeszłam bliżej. Srebrny długopis z czarnym tuszem.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Tak, jak obiecałam, jest nowy rozdział. :-) Przez ten tydzień postaram się codziennie dodawać notki. Nie dodawała nic przez ponad tydzień i teraz chce się zrekompensować. Taka już jestem, nic nie poradzę. :-) Pozdrawiam cieplutko, Alexandra.
niedziela, 15 lutego 2015
Rozdział 5
Rano zajrzałam do starego pokoju Krispina, ale Marcellego tam nie było. Zniknął bez pożegnania, wymknął się jak złodziej. A może wszystkie te wczorajsze wydarzenia to tylko sen, chory wymysł wyczerpanego bezsennością umysłu? Nie wiem, ale obawiam się, że zaczynam wariować. Mam nadzieję, że nie będę musiała korzystać z pomocy specjalisty. Już i tak mam dużo na głowie.
Lekcje mijały powoli i spokojnie. Jedyne, co cały czas mnie zastanawiało, to to, gdzie podziewa się Marcello. Nie przyszedł na pierwsze zajęcia, na drugie, trzecie, czwarte też nie. Oby Rispie nic złego mu nie zrobił. Boję się, boję się o osobę, która prawie mnie nie zabiła. Cudownie.
Spacerowałam przed szkołą, gdy jakaś mroczna postać przebiegła kilka metrów dalej. Bez chwili zbędnej zwłoki rzuciłam się do pościgu za nią, gdyż bardzo dobrze wiedziałam, że to on. Wreszcie dogoniłam go przy starej fontannie. Całe szczęście, że dobra ze mnie biegaczka.
- Zaczekaj! - zawołałam. - Czekaj!
- Czego chcesz, kochanie? - spytał z nutą kpiny w głosie.
- Dlaczego rano uciekłeś?
- Bo miałem ochotę.
- O co ci chodzi? Czemu jesteś taki chamski? - nie wytrzymałam.
- Skarbie, ty naprawdę myślałaś, że to co wczoraj mówiłem było prawdą? - odparł z politowaniem.
- N-no... Tak.
- Jakaś ty naiwna... A sądziłem, że choć pod tym względem nie jesteś taka jak wszystkie te piszczące i trajkoczące dziewczyny. No cóż, czasem się mylę.
- Idiota! Zostaw mnie w spokoju! Nie chce mieć z tobą nic wspólnego - krzyczałam i rzuciłam w niego tym jego durnym długopisem.
- Do zobaczenia, słońce!
Pędziłam, ile sił w nogach przez dłuższy czas. Dopiero, gdy budynek szkoły, nauczyciele i Marcello zostali w tyle, zatrzymałam się. Z trudem oddychałam, więc z wielką ulgą oparłam się o najbliższe drzewo. Była to stara lipa, która rosła tu już od wielu pokoleń.
Dygotałam z wściekłości. Jak on mógł mnie tak perfidnie okłamać?! A ja głupia mu zaufałam. Czułam się jak kompletna idiotka.
Wtedy usłyszałam dzwonek i mimo wszystko wróciłam do szkoły.
- A panienka to, gdzie się wybierała? - spytał się pan Valachi - woźny.
- J-ja... Nigdzie.
- Oczywiście. Idziesz ze mną.
- Coś się stało? - wtrąciła się fizyczka - pani Paoli.
- Panna Lucia di Costanzi wybiegła poza teren szkoły.
- Musiała mieć ważny powód, wypuść ją - woźny niechętnie na to przystał.
- Ale to już ostatni raz, kiedy ci odpuszczam, jasne?
- Tak, pani profesor - ochoczo przytaknęłam i żwawym krokiem ruszyłam ku klasie.
Był późny wieczór, kiedy rana zaczęła mnie palić żywym ogniem. Nie wiedziałam co się dzieje, zmiana opatrunku nic nie dała. Bałam się okropnie, płakałam, ale nie powiedziałam o tym ojcu, nie chciałam, żeby się martwił, to mój i tylko mój problem. Mimo wszystko bardzo bym chciała, żeby Marcello tu teraz był. Może by mi pomógł.
Mijały godziny, a nie było żadnej poprawy, jeszcze chwila, a zemdleję.
Wtedy, gdy byłam na skraju załamania, pojawił Marcello.
- Co się dzieje? - spytałam z trudem.
- Zaczyna się. Zaraz spotkasz swoją nową rodzinę.
- Nie! Nie chcę nigdzie z tobą iść, niech po prostu przestanie tak boleć.
- Nie dramatyzuj, skarbie... Ręka ci nie odpadnie - subtelny to on nie jest.
- Jesteś okropny, masz to wszystko odkręcić, bo jak nie to...
- To co? Nakarmisz mnie tofu, słońce? O nie! Drżę ze strachu - kpił ze mnie w żywe oczy.
- Kiedyś znajdę sposób i się zemszczę, będziesz cierpiał, błagał o pomoc tak, jak ja teraz. Zobaczysz, co czuję - łzy złości i bólu spływały mimowolnie z mych policzków.
- Doskonale wiem, jak to jest, złotko. Na świecie są o wiele gorsze rzeczy niż to... I ja je wszystkie znam - wycedził przez zaciśnięte ze wściekłości zęby.
Nagle zrobiło mi się słabo i cały pokój zaczął się rozmywać. Kolorowe plamki latały mi przed oczami, a nogi były jak z waty. Niewiele myśląc, oparłam się o ramię chłopaka i ze wszelkich sił starałam się złapać równowagę. Wiedziałam, że walczy ze sobą, żeby mnie nie strącić i nie porzucić na pastwę bezwzględnego losu. Mimo tego, co powiedziałam, nie chciałam, żeby mnie zostawił, nie teraz.
Cały świat zrobił się czarny, nie było kolorów, słońca, tylko ciemność i to okropne uczucie spadania. Tak, spadałam w niekończącą się przepaść, bez dna i jakiejkolwiek szansy na ratunek. Jednak myliłam się, upadek zastąpił i wycisnął całe powietrze z moich płuc. Reszty nie pamiętam.
Obudziło mnie równomierne opadanie i unoszenie się. Kiedy z ogromnym trudem otworzyłam oczy, okazało się, że to Marcello niesie mnie na rękach.
- C-co się stało? - wyjąkałam.
- Trafiłaś do naszej krainy - powiedział to takim tonem, jakby była to najbardziej oczywista rzecz na świecie.
- Czyli?
- Do miejsca zamieszkania Mrocznych Aniołów. Pasuje? - byłam wstrząsnięta.
- Oczywiście, że nie! Jak to Mrocznych Aniołów?!
- Inaczej Upadłych Aniołów - westchnął ciężko.
- Dużo mi to mówi. Czyli jesteś Jakimś Tam Cosiem?
- Mro... Nieważne. Tak, jestem i ty też.
- Co? - zapytałam z niedowierzaniem.
- Potem ci powiem. Dasz radę sama iść, kochanie? - spytał ze słabo udawaną troską.
- Yhm - ostrożnie zeszłam z jego ramion i pewnie bym upadła twarzą w błoto, gdyby nie złapał mnie w ostatniej chwili.
Bez słowa podał mi gruby kij, który miał mi służyć jako zamiennik laski. Teraz przynajmniej mogłam podziwiać w spokoju przyrodę. Całkiem tu ładnie. Gęsta, niczym nie skażona puszcza i błękitne niebo. Wysokie drzewa pnące się ku górze i małe krzaczki leszczyny, gdzieniegdzie przemykające jaszczurki i leśne ptaki. Nie tak wyobrażam sobie norę krwiożerczych potworów.
- E, słońce!
- Tak?
- Głowa do góry, a zobaczysz swój nowy dom.
- J-jej... - wyszeptałam.
- Nie podziwiaj zbyt długo, Rispie to niecierpliwy chłopak.
Przede mną otwierał się zapierający dech w piersiach widok. Ogromny zamek z czerwonej cegły, co najmniej cztery piętra i osiem szpiczastych wieżyczek. Na dodatek przepięknie kwitnące i zadbane ogrody kwiatowe otaczały go ze wszystkich stron. Niesamowite.
Dopiero teraz dostrzegłam, że Marcello jest już przy frontowych drzwiach. Szybko wyrzuciłam mój kij i lekko kulejąc podbiegłam do mojego ,, przewodnika ".
- Już jesteś, skarbie? Myślałem, że będziesz dużej tam stać z rozdziawioną buzią - kpił sobie.
- A jednak jestem - odparłam.
- W takim razie, proszę wejść, kochanie.
Dostrzegłam go zaraz po otworzeniu się drzwi.
- C-co? - wyszeptałam ze łzami.
~~~~~~~~~~~~~~~~~
Tak, przerwę w tym momencie. Ale następny rozdział dodam jutro lub pojutrze. Wiem, że długo nie było notki, ale ostatni tydzień przed feriami i w szkole chcieli jeszcze nadrobić zaległości, a jak już miałam czas, to internetu brak. XD Ale teraz mam ferie i notki będą częstsze, przynajmniej przez pierwszy tydzień, bo w drugim mnie nie ma. Pozdrawiam Alexandra. :)
Lekcje mijały powoli i spokojnie. Jedyne, co cały czas mnie zastanawiało, to to, gdzie podziewa się Marcello. Nie przyszedł na pierwsze zajęcia, na drugie, trzecie, czwarte też nie. Oby Rispie nic złego mu nie zrobił. Boję się, boję się o osobę, która prawie mnie nie zabiła. Cudownie.
Spacerowałam przed szkołą, gdy jakaś mroczna postać przebiegła kilka metrów dalej. Bez chwili zbędnej zwłoki rzuciłam się do pościgu za nią, gdyż bardzo dobrze wiedziałam, że to on. Wreszcie dogoniłam go przy starej fontannie. Całe szczęście, że dobra ze mnie biegaczka.
- Zaczekaj! - zawołałam. - Czekaj!
- Czego chcesz, kochanie? - spytał z nutą kpiny w głosie.
- Dlaczego rano uciekłeś?
- Bo miałem ochotę.
- O co ci chodzi? Czemu jesteś taki chamski? - nie wytrzymałam.
- Skarbie, ty naprawdę myślałaś, że to co wczoraj mówiłem było prawdą? - odparł z politowaniem.
- N-no... Tak.
- Jakaś ty naiwna... A sądziłem, że choć pod tym względem nie jesteś taka jak wszystkie te piszczące i trajkoczące dziewczyny. No cóż, czasem się mylę.
- Idiota! Zostaw mnie w spokoju! Nie chce mieć z tobą nic wspólnego - krzyczałam i rzuciłam w niego tym jego durnym długopisem.
- Do zobaczenia, słońce!
Pędziłam, ile sił w nogach przez dłuższy czas. Dopiero, gdy budynek szkoły, nauczyciele i Marcello zostali w tyle, zatrzymałam się. Z trudem oddychałam, więc z wielką ulgą oparłam się o najbliższe drzewo. Była to stara lipa, która rosła tu już od wielu pokoleń.
Dygotałam z wściekłości. Jak on mógł mnie tak perfidnie okłamać?! A ja głupia mu zaufałam. Czułam się jak kompletna idiotka.
Wtedy usłyszałam dzwonek i mimo wszystko wróciłam do szkoły.
- A panienka to, gdzie się wybierała? - spytał się pan Valachi - woźny.
- J-ja... Nigdzie.
- Oczywiście. Idziesz ze mną.
- Coś się stało? - wtrąciła się fizyczka - pani Paoli.
- Panna Lucia di Costanzi wybiegła poza teren szkoły.
- Musiała mieć ważny powód, wypuść ją - woźny niechętnie na to przystał.
- Ale to już ostatni raz, kiedy ci odpuszczam, jasne?
- Tak, pani profesor - ochoczo przytaknęłam i żwawym krokiem ruszyłam ku klasie.
Był późny wieczór, kiedy rana zaczęła mnie palić żywym ogniem. Nie wiedziałam co się dzieje, zmiana opatrunku nic nie dała. Bałam się okropnie, płakałam, ale nie powiedziałam o tym ojcu, nie chciałam, żeby się martwił, to mój i tylko mój problem. Mimo wszystko bardzo bym chciała, żeby Marcello tu teraz był. Może by mi pomógł.
Mijały godziny, a nie było żadnej poprawy, jeszcze chwila, a zemdleję.
Wtedy, gdy byłam na skraju załamania, pojawił Marcello.
- Co się dzieje? - spytałam z trudem.
- Zaczyna się. Zaraz spotkasz swoją nową rodzinę.
- Nie! Nie chcę nigdzie z tobą iść, niech po prostu przestanie tak boleć.
- Nie dramatyzuj, skarbie... Ręka ci nie odpadnie - subtelny to on nie jest.
- Jesteś okropny, masz to wszystko odkręcić, bo jak nie to...
- To co? Nakarmisz mnie tofu, słońce? O nie! Drżę ze strachu - kpił ze mnie w żywe oczy.
- Kiedyś znajdę sposób i się zemszczę, będziesz cierpiał, błagał o pomoc tak, jak ja teraz. Zobaczysz, co czuję - łzy złości i bólu spływały mimowolnie z mych policzków.
- Doskonale wiem, jak to jest, złotko. Na świecie są o wiele gorsze rzeczy niż to... I ja je wszystkie znam - wycedził przez zaciśnięte ze wściekłości zęby.
Nagle zrobiło mi się słabo i cały pokój zaczął się rozmywać. Kolorowe plamki latały mi przed oczami, a nogi były jak z waty. Niewiele myśląc, oparłam się o ramię chłopaka i ze wszelkich sił starałam się złapać równowagę. Wiedziałam, że walczy ze sobą, żeby mnie nie strącić i nie porzucić na pastwę bezwzględnego losu. Mimo tego, co powiedziałam, nie chciałam, żeby mnie zostawił, nie teraz.
Cały świat zrobił się czarny, nie było kolorów, słońca, tylko ciemność i to okropne uczucie spadania. Tak, spadałam w niekończącą się przepaść, bez dna i jakiejkolwiek szansy na ratunek. Jednak myliłam się, upadek zastąpił i wycisnął całe powietrze z moich płuc. Reszty nie pamiętam.
Obudziło mnie równomierne opadanie i unoszenie się. Kiedy z ogromnym trudem otworzyłam oczy, okazało się, że to Marcello niesie mnie na rękach.
- C-co się stało? - wyjąkałam.
- Trafiłaś do naszej krainy - powiedział to takim tonem, jakby była to najbardziej oczywista rzecz na świecie.
- Czyli?
- Do miejsca zamieszkania Mrocznych Aniołów. Pasuje? - byłam wstrząsnięta.
- Oczywiście, że nie! Jak to Mrocznych Aniołów?!
- Inaczej Upadłych Aniołów - westchnął ciężko.
- Dużo mi to mówi. Czyli jesteś Jakimś Tam Cosiem?
- Mro... Nieważne. Tak, jestem i ty też.
- Co? - zapytałam z niedowierzaniem.
- Potem ci powiem. Dasz radę sama iść, kochanie? - spytał ze słabo udawaną troską.
- Yhm - ostrożnie zeszłam z jego ramion i pewnie bym upadła twarzą w błoto, gdyby nie złapał mnie w ostatniej chwili.
Bez słowa podał mi gruby kij, który miał mi służyć jako zamiennik laski. Teraz przynajmniej mogłam podziwiać w spokoju przyrodę. Całkiem tu ładnie. Gęsta, niczym nie skażona puszcza i błękitne niebo. Wysokie drzewa pnące się ku górze i małe krzaczki leszczyny, gdzieniegdzie przemykające jaszczurki i leśne ptaki. Nie tak wyobrażam sobie norę krwiożerczych potworów.
- E, słońce!
- Tak?
- Głowa do góry, a zobaczysz swój nowy dom.
- J-jej... - wyszeptałam.
- Nie podziwiaj zbyt długo, Rispie to niecierpliwy chłopak.
Przede mną otwierał się zapierający dech w piersiach widok. Ogromny zamek z czerwonej cegły, co najmniej cztery piętra i osiem szpiczastych wieżyczek. Na dodatek przepięknie kwitnące i zadbane ogrody kwiatowe otaczały go ze wszystkich stron. Niesamowite.
Dopiero teraz dostrzegłam, że Marcello jest już przy frontowych drzwiach. Szybko wyrzuciłam mój kij i lekko kulejąc podbiegłam do mojego ,, przewodnika ".
- Już jesteś, skarbie? Myślałem, że będziesz dużej tam stać z rozdziawioną buzią - kpił sobie.
- A jednak jestem - odparłam.
- W takim razie, proszę wejść, kochanie.
Dostrzegłam go zaraz po otworzeniu się drzwi.
- C-co? - wyszeptałam ze łzami.
~~~~~~~~~~~~~~~~~
Tak, przerwę w tym momencie. Ale następny rozdział dodam jutro lub pojutrze. Wiem, że długo nie było notki, ale ostatni tydzień przed feriami i w szkole chcieli jeszcze nadrobić zaległości, a jak już miałam czas, to internetu brak. XD Ale teraz mam ferie i notki będą częstsze, przynajmniej przez pierwszy tydzień, bo w drugim mnie nie ma. Pozdrawiam Alexandra. :)
niedziela, 1 lutego 2015
Rozdział 4
Czułam się dzisiaj jeszcze gorzej niż zwykle. Nawet tak prosty sprawdzian jak ten, wydawał się najtrudniejszy na świecie. Kształtne litery napisane granatowym tuszem mojego ulubionego długopisu, rozmywały mi się teraz przed oczami. Na dodatek zaczął się wypisywać. Ze wszelkich sił starałam się przypomnieć sobie jakieś informacje, ale to na nic. Mój umysł był pusty niczym wyschnięta studnia bez dna. Poprawo testu z historii - szykuj się, nadchodzę.
- O nie! - syknęłam na mój przyrząd pisarski.
- Coś się stało, kochanie? - usłyszałam cichy szept, dochodzący z lewej strony.
- Długopis mi się wypisał - odparłam gotowa na kąśliwe uwagi, które jednak nie nadeszły.
- Masz. Weź ten - powiedział z lekkim uśmiechem.
- Dziękuję - odparłam zmieszana.
- Co to za rozmowy? Cisza! - pani Jansen była nie w humorze.
Całą przerwę myślałam o tym drobnym akcie uprzejmości. Nie pasowało mi to do niego. Odkąd go poznałam, myślałam, że to zła osoba, a on jednak może mieć serce. Wzruszyłam ramionami i płynnym ruchem ręki ogarnęłam hebanowe loki z twarzy. To zastanawiające. Muszę koniecznie się go o to spytać.
Chodziłam po wszystkich korytarzach, zajrzałam do każdej otwartej klasy, ale nie potrafiłam go znaleźć, znowu. Czyżby powtórka z rozrywki?
Nagle dostrzegłam mroczną, wysoką postać podpierającą ścianę przy bibliotece. To on. Szybkim krokiem ruszyłam w jego kierunku.
- Cześć - powiedziałam cicho.
- O co chodzi, skarbie? O coś musi, bo bez powodu byś mnie nie szukała po całej szkole. Więc?
- O nic mi nie chodzi. Po prostu cię... Zauważyłam.
- Oczywiście...
- Dobra. Chciałam cię przeprosić. Może nie jesteś aż tak okropny jak sądziłam, może masz serce.
- Ależ mam. Po prostu już nie bije.
- Co?! Jesteś martwy?!
- Nie! - odparł ze śmiechem. - Żyję, ale moje serce przestało bić, bo dzięki temu się nie starzeję. Z tobą będzie tak samo, złotko.
- Nie zaczynaj. Pa! - pożegnałam się.
Resztę dnia spędziłam z Marthą w Nimfie, czyli małej kawiarni na rogu ulicy św. Anny i Marii. To miłe, zaciszne miejsce, w którym można siedzieć cały czas. Rozłożyłyśmy się na miękkiej, czerwonej jak wiśnie sofie i rozmawiałyśmy o głupotach. Martha nawijała o chłopakach, co chwilę rzucając blond włosami i trzepocząc długimi rzęsami. Nawet trzecia z kolei kawa jej nie uciszyła. Lubię z nią przebywać, bo nie muszę dużo mówić, wystarczy tylko przytakiwać. To umożliwia mi rozmyślania.
Do późnej nocy odrabiałam zadania domowe. Dużo tego. Napisać charakterystykę postaci z książki, rozwiązać tonę ćwiczeń z matematyki i fizyki, przygotować doświadczenie z chemii i na dodatek - rozprawka z francuskiego. Cudownie. Dopiero teraz spostrzegłam, że nadal piszę długopisem Marcellego. Normalny, srebrny, z czarnym tuszem, a jednak krył w sobie niezwykłość właściciela. Tak mały przedmiot, a już zdążył przesiąknąć tym tumanem tajemniczości, który wisi nad Marcellim niczym wygłodniały pies. To dziwne trzymać w ręce jego własność, wiedząc, że dał ci ją z własnej, niczym nie zmuszonej woli, z zwykłej dobroci serca, którego, wydawać się mogło, nie posiada, które nie bije i nie zrobi tego już dla nikogo.
- Czemu wpatrujesz się w mój długopis od piętnastu minut? - doszedł do mnie czymś dobrze znany głos.
- Długo mnie obserwujesz? - spytałam Marcellego siedzącego na ramie mojego okna.
- Tak... Odkąd wróciłaś do domu, kochanie. Jak ty możesz jeść tofu? - odparł ze wstrętem, co wywołało u mnie salwę śmiechu. - A teraz ty odpowiesz mi.
- To nie jest aż takie złe, nawet smaczne - powiedziałam nadal się śmiejąc.
- I tak nie spróbuję. Wracamy do mojego pytania.
- Co? A tak! Po prostu się zamyśliłam.
- A o czym, słońce?
- Coś ty taki ciekawski? - spytałam z udawanym oburzeniem.
- Ja? No co ty? - odparł robiąc niewinną minę, co spowodowało, że znowu zaczęłam się śmiać jak głupia.
- Nie jesteś taki zły jak myślałam... Przepraszam.
- Wiem to, przecież urodziłem się już idealnym. Mam to w genach.
- Masz tam też coś o arogancji? - teraz oboje się śmialiśmy.
Nagle stało się coś nie do wytłumaczenia. Marcello upadł na drewnianą podłogę i zaczął kaszleć i oddychać z wielkim trudem, niby przygnieciony przez jakąś ciężką rzecz. Nie miałam pojęcia, co robić, a on się dusił. Kaszel się nasilił, bałam się jak nigdy w życiu. Nie mogłam go stracić, nie teraz, gdy zaczęłam widzieć w nim ludzkie cechy.
Nie wiedząc jak mu pomóc, uklęłam obok i chwyciłam za rękę.
- Nic ci nie będzie... Uspokój się... - szeptałam przerażona. - Spokojnie...
Wtedy to ustało, a Marcello powoli dochodził do siebie. Nadal zaniepokojona podałam mu szklankę wody i cierpliwie czekałam aż wypije.
- Co się właśnie stało? - spytałam zdezorientowana.
- To Rispie - powiedział chłopak z widocznym trudem.
- Czego on od ciebie chce?
- To przyjaciel. Nie martw się, wiedział kiedy przestać, aby nie zrobić mi krzywdy, złotko.
- Przyjaciele się tak nie zachowują! - krzyknęłam oburzona. Całe szczęście, że taty nie ma w domu.
- Chciał mi tylko przypomnieć, że jestem tu, aby wykonać zadanie, a nie bawić się w znajdowanie nowych znajomych - mówił dalej, a ja dostrzegłam w jego oczach strach. - Już pójdę.
Zaczął powoli wstawać, ale zachwiał się na nogach i musiałam go podtrzymać, aby nie upadł. Od razu widać, że nie da rady dojść tam, gdzie mieszka. Już teraz wyglądał jakby miał zaraz stracić przytomność, a jedynie próbował wstać. Nie pozwolę mu wyjść w takim stanie. Jest blady jak śmierć, a wzrok ma zamglony. Zrobiło mi się go szkoda.
- Nie ma opcji. Będziesz spał w starym pokoju Krispina. Taty nie ma dzisiaj w domu, więc nikt nie będzie się czepiał.
- No nie wiem...
- Zaraz kolacja. Jak lepiej się poczujesz to zejdź na dół.
Posiłek upłynął w ciszy, którą przerywał jedynie dźwięk obijających się o siebie sztućcy. Marcello wyglądał już dużo lepiej i chyba też tak się czuł, bo skrzywił się na widok mojego tofu, które stało w misce przy zlewie. To nie jest aż takie złe. Mimo to dobrze, że odzyskał choć trochę humoru. Nie umiałabym patrzeć jak jest smutny i zagubiony. Co ten Rispie sobie myślał?! Że może dusić nic winnego chłopaka?! I przyjaciela?! Mam szczerą nadzieję, że nigdy nie spotkam tej podłej osóbki.
Było już późno, więc postanowiłam pokazać Marcellemu pokój, w którym będzie spał. Nie jest to duże pomieszczenie, ale wyjątkowo przytulne. Jasnozielone ściany pasują do mahoniowych mebli. Nie jest ich tu dużo, ale to nie szkodzi. Szerokie łóżko przykryte szarą narzutą stoi w centrum pokoju, stolik nocny obok, spora szafa po lewej stronie i stare biurko pod wysokim oknem. To wszystko.
Marcello omiótł wzrokiem po pomieszczeniu i z zadowoleniem usiadł na brzegu posłania. Dłuższą chwilę patrzył tylko na swoje buty, ale w końcu spojrzał na mnie.
- Dziękuję...
- Nie ma za co.
- Ależ jest. Pomagasz mi, a ja nie mogę się odwdzięczyć. Przybyłem tu tylko po to, aby zabrać cię od rodziny i przyjaciół, a ty jesteś dla mnie miła. Nawet nie wiesz jak bardzo wolałbym, żebyś mnie nienawidziła. Wtedy nie miałbym wyrzutów sumienia.
- Nie musisz ich mieć, przecież Rispie ci kazał, a oboje wiemy, że to świr. Nie martw się.
- Postaram się. Dobranoc.
- Miłej nocy - powiedziałam i sama udałam się na spoczynek.
~~~~~~~~~~~~~~~~~
Rozdział trochę dłuższy niż zwykle, więc jeśli chcecie to teraz takie będą. Jak widać Marcello nie jest taki okropny, ale jeszcze wiele tajemnic do rozwiązania. Mam nadzieję, że się podoba i pozdrawiam. :-)
- O nie! - syknęłam na mój przyrząd pisarski.
- Coś się stało, kochanie? - usłyszałam cichy szept, dochodzący z lewej strony.
- Długopis mi się wypisał - odparłam gotowa na kąśliwe uwagi, które jednak nie nadeszły.
- Masz. Weź ten - powiedział z lekkim uśmiechem.
- Dziękuję - odparłam zmieszana.
- Co to za rozmowy? Cisza! - pani Jansen była nie w humorze.
Całą przerwę myślałam o tym drobnym akcie uprzejmości. Nie pasowało mi to do niego. Odkąd go poznałam, myślałam, że to zła osoba, a on jednak może mieć serce. Wzruszyłam ramionami i płynnym ruchem ręki ogarnęłam hebanowe loki z twarzy. To zastanawiające. Muszę koniecznie się go o to spytać.
Chodziłam po wszystkich korytarzach, zajrzałam do każdej otwartej klasy, ale nie potrafiłam go znaleźć, znowu. Czyżby powtórka z rozrywki?
Nagle dostrzegłam mroczną, wysoką postać podpierającą ścianę przy bibliotece. To on. Szybkim krokiem ruszyłam w jego kierunku.
- Cześć - powiedziałam cicho.
- O co chodzi, skarbie? O coś musi, bo bez powodu byś mnie nie szukała po całej szkole. Więc?
- O nic mi nie chodzi. Po prostu cię... Zauważyłam.
- Oczywiście...
- Dobra. Chciałam cię przeprosić. Może nie jesteś aż tak okropny jak sądziłam, może masz serce.
- Ależ mam. Po prostu już nie bije.
- Co?! Jesteś martwy?!
- Nie! - odparł ze śmiechem. - Żyję, ale moje serce przestało bić, bo dzięki temu się nie starzeję. Z tobą będzie tak samo, złotko.
- Nie zaczynaj. Pa! - pożegnałam się.
Resztę dnia spędziłam z Marthą w Nimfie, czyli małej kawiarni na rogu ulicy św. Anny i Marii. To miłe, zaciszne miejsce, w którym można siedzieć cały czas. Rozłożyłyśmy się na miękkiej, czerwonej jak wiśnie sofie i rozmawiałyśmy o głupotach. Martha nawijała o chłopakach, co chwilę rzucając blond włosami i trzepocząc długimi rzęsami. Nawet trzecia z kolei kawa jej nie uciszyła. Lubię z nią przebywać, bo nie muszę dużo mówić, wystarczy tylko przytakiwać. To umożliwia mi rozmyślania.
Do późnej nocy odrabiałam zadania domowe. Dużo tego. Napisać charakterystykę postaci z książki, rozwiązać tonę ćwiczeń z matematyki i fizyki, przygotować doświadczenie z chemii i na dodatek - rozprawka z francuskiego. Cudownie. Dopiero teraz spostrzegłam, że nadal piszę długopisem Marcellego. Normalny, srebrny, z czarnym tuszem, a jednak krył w sobie niezwykłość właściciela. Tak mały przedmiot, a już zdążył przesiąknąć tym tumanem tajemniczości, który wisi nad Marcellim niczym wygłodniały pies. To dziwne trzymać w ręce jego własność, wiedząc, że dał ci ją z własnej, niczym nie zmuszonej woli, z zwykłej dobroci serca, którego, wydawać się mogło, nie posiada, które nie bije i nie zrobi tego już dla nikogo.
- Czemu wpatrujesz się w mój długopis od piętnastu minut? - doszedł do mnie czymś dobrze znany głos.
- Długo mnie obserwujesz? - spytałam Marcellego siedzącego na ramie mojego okna.
- Tak... Odkąd wróciłaś do domu, kochanie. Jak ty możesz jeść tofu? - odparł ze wstrętem, co wywołało u mnie salwę śmiechu. - A teraz ty odpowiesz mi.
- To nie jest aż takie złe, nawet smaczne - powiedziałam nadal się śmiejąc.
- I tak nie spróbuję. Wracamy do mojego pytania.
- Co? A tak! Po prostu się zamyśliłam.
- A o czym, słońce?
- Coś ty taki ciekawski? - spytałam z udawanym oburzeniem.
- Ja? No co ty? - odparł robiąc niewinną minę, co spowodowało, że znowu zaczęłam się śmiać jak głupia.
- Nie jesteś taki zły jak myślałam... Przepraszam.
- Wiem to, przecież urodziłem się już idealnym. Mam to w genach.
- Masz tam też coś o arogancji? - teraz oboje się śmialiśmy.
Nagle stało się coś nie do wytłumaczenia. Marcello upadł na drewnianą podłogę i zaczął kaszleć i oddychać z wielkim trudem, niby przygnieciony przez jakąś ciężką rzecz. Nie miałam pojęcia, co robić, a on się dusił. Kaszel się nasilił, bałam się jak nigdy w życiu. Nie mogłam go stracić, nie teraz, gdy zaczęłam widzieć w nim ludzkie cechy.
Nie wiedząc jak mu pomóc, uklęłam obok i chwyciłam za rękę.
- Nic ci nie będzie... Uspokój się... - szeptałam przerażona. - Spokojnie...
Wtedy to ustało, a Marcello powoli dochodził do siebie. Nadal zaniepokojona podałam mu szklankę wody i cierpliwie czekałam aż wypije.
- Co się właśnie stało? - spytałam zdezorientowana.
- To Rispie - powiedział chłopak z widocznym trudem.
- Czego on od ciebie chce?
- To przyjaciel. Nie martw się, wiedział kiedy przestać, aby nie zrobić mi krzywdy, złotko.
- Przyjaciele się tak nie zachowują! - krzyknęłam oburzona. Całe szczęście, że taty nie ma w domu.
- Chciał mi tylko przypomnieć, że jestem tu, aby wykonać zadanie, a nie bawić się w znajdowanie nowych znajomych - mówił dalej, a ja dostrzegłam w jego oczach strach. - Już pójdę.
Zaczął powoli wstawać, ale zachwiał się na nogach i musiałam go podtrzymać, aby nie upadł. Od razu widać, że nie da rady dojść tam, gdzie mieszka. Już teraz wyglądał jakby miał zaraz stracić przytomność, a jedynie próbował wstać. Nie pozwolę mu wyjść w takim stanie. Jest blady jak śmierć, a wzrok ma zamglony. Zrobiło mi się go szkoda.
- Nie ma opcji. Będziesz spał w starym pokoju Krispina. Taty nie ma dzisiaj w domu, więc nikt nie będzie się czepiał.
- No nie wiem...
- Zaraz kolacja. Jak lepiej się poczujesz to zejdź na dół.
Posiłek upłynął w ciszy, którą przerywał jedynie dźwięk obijających się o siebie sztućcy. Marcello wyglądał już dużo lepiej i chyba też tak się czuł, bo skrzywił się na widok mojego tofu, które stało w misce przy zlewie. To nie jest aż takie złe. Mimo to dobrze, że odzyskał choć trochę humoru. Nie umiałabym patrzeć jak jest smutny i zagubiony. Co ten Rispie sobie myślał?! Że może dusić nic winnego chłopaka?! I przyjaciela?! Mam szczerą nadzieję, że nigdy nie spotkam tej podłej osóbki.
Było już późno, więc postanowiłam pokazać Marcellemu pokój, w którym będzie spał. Nie jest to duże pomieszczenie, ale wyjątkowo przytulne. Jasnozielone ściany pasują do mahoniowych mebli. Nie jest ich tu dużo, ale to nie szkodzi. Szerokie łóżko przykryte szarą narzutą stoi w centrum pokoju, stolik nocny obok, spora szafa po lewej stronie i stare biurko pod wysokim oknem. To wszystko.
Marcello omiótł wzrokiem po pomieszczeniu i z zadowoleniem usiadł na brzegu posłania. Dłuższą chwilę patrzył tylko na swoje buty, ale w końcu spojrzał na mnie.
- Dziękuję...
- Nie ma za co.
- Ależ jest. Pomagasz mi, a ja nie mogę się odwdzięczyć. Przybyłem tu tylko po to, aby zabrać cię od rodziny i przyjaciół, a ty jesteś dla mnie miła. Nawet nie wiesz jak bardzo wolałbym, żebyś mnie nienawidziła. Wtedy nie miałbym wyrzutów sumienia.
- Nie musisz ich mieć, przecież Rispie ci kazał, a oboje wiemy, że to świr. Nie martw się.
- Postaram się. Dobranoc.
- Miłej nocy - powiedziałam i sama udałam się na spoczynek.
~~~~~~~~~~~~~~~~~
Rozdział trochę dłuższy niż zwykle, więc jeśli chcecie to teraz takie będą. Jak widać Marcello nie jest taki okropny, ale jeszcze wiele tajemnic do rozwiązania. Mam nadzieję, że się podoba i pozdrawiam. :-)
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)