piątek, 1 stycznia 2016

Rozdział 47

       W sali panowała grobowa cisza. Wszyscy wpatrywali się w Lucyfera, ale nic nie mówili, nie odważyliby się, po prostu siedzieli i powoli trawili słowa, które właśnie padły i zawisły w powietrzu jak topór nad głową skazańca.

       Anioły są przy granicy. Anioły tu są.

- Mówiłeś, że minie trochę czasu, zanim zaatakują - powiedział Rispie ze wzrokiem wbitym w podłogę. Nie widziałam jego czarnych oczu, ale byłam pewna, co może się w nich czaić. Strach.

- Bo tak sądziłem, jasne?! - wybuchnął niespodziewanie Książę Ciemności. Wzdrygnęłam się, podobne jak większość.

- Co nam po tym?! - gwałtownie uniósł głowę. - Co nam daje to, że tak sądziłeś?!

- Nic! Cholera, nic nam to nie daje!

       Krispin zamilkł. Nie było sensu się kłócić.

- No, cóż – Marcello z gracją wstał od stołu i ruszył w kierunku drzwi. - Skoro i tak mamy mało czasu, to radzę wam się się przygotować – wzruszył ramionami. - Chyba, że chcecie, żeby te ptaszydła skopały wam wasze upadłe cztery litery...

       Te słowa zadziałały na nich jak kubeł zimnej wody. Szybko ruszyli się ze swoich miejsc i bez słowa zajęli własnymi sprawami. Mimo woli uśmiechnęłam się. Nie miałam pojęcia, dlaczego, ale Marcello na swój sposób, na swój bardzo dziwny sposób, potrafił postawić cały oddział do pionu. Bez krzyku, bez gróźb, bez kar – tak po prostu.

- Czego się tak szczerzysz, skarbie? - zmierzył mnie oceniającym wzrokiem. - Za piętnaście minut w sali treningowej.

       Westchnęłam tylko ciężko i powlokłam się do pokoju, aby ubrać strój do ćwiczeń.

***

        Z jękiem zbierałam się z maty treningowej tylko po to, by po chwili znów zostać na nią powalona. Marcello nie dawał mi najmniejszych szans. Czasami zastanawiałam się, czy taki rodzaj ćwiczeń cokolwiek mi daje, bo mimo tego wszystkiego nie umiałam nawet sprawić, by mój nauczyciel na moment stracił równowagę, o przewróceniu nie wspominając.

- Po co mi to?! - nie wytrzymałam w końcu, po raz kolejny tuląc się po podłogi.

- Może po to, żeby w razie walki przeżyłaś chwilę dłużej niż minutę? - zasugerował. - Chociaż i tak nie sądzę, byś tyle wytrzymała... - mruknął pod nosem, ale nie na tyle cicho, bym tego nie usłyszała.

- Kiedy z tobą nie mam najmniejszych szans! - krzyknęłam.

- A na bitwie też będziesz narzekała, że ptaszydło, na które trafisz, jest od ciebie silniejsze?! - warknął.

       Zmieszana przyglądałam się swoim dłoniom. Nieśmiało uniosłam wzrok i napotkałam na gniewne czarne oczy Marcello. Westchnął ciężko.

- To jest wojna, skarbie – jego głos był łagodniejszy i zawierał w sobie nutkę... Troski? - A ja chcę, abyś ty ją przeżyła...

       Jego wypowiedź przerwał Luca, który jak burza wpadł do sali treningowej. Szybko podszedł do mojego Przewodnika.

- Bardzo przepraszam, że przeszkadzam... - zaczął z widocznym lękiem. Tylko głupiec nie bałby się Marcello. - Ale Lucyfer cię wzywa.

- Po co? - nie darzył Księcia Piekieł zbytnim szacunkiem, zresztą nikogo nim nie darzył.

- Przybyli posłańcy ptaszy... - zaklnął cicho pod nosem. - Znaczy Aniołów.

       Obsydianowowłosy uniósł zaciekawiony jedną brew do góry, ale bez słowa wstał i ruszył w kierunku wyjścia z pomieszczenia.

- Ruszaj się, słońce, idziesz ze mną – oznajmił.

       Nie protestując, wstałam i pobiegłam za nim.

***

       W holu oprócz nas dwojga byli tylko Lucyfer, Raziel, Rispie i Mefisto. Nigdzie nie widziałam posłów. Już zaczęłam się zastanawiać, czy aby na pewno nie był to żart, gdy nagle główne wrota otwarły się szeroko i do środka weszło troje osób. Nie widziałam ich twarzy, gdyż te ukryte były w cieniu rzucanym przez kaptury ich długich, śnieżnobiałych peleryn.

- Ptaszydła! - na twarz Lucyfera wpełzł nieprzyjemny, zdecydowanie sztuczny uśmiech. Odsunął się on od komody, o którą dotychczas się opierał i wyszedł na spotkanie gościom. - Powiedziałbym, że cieszę się, że was znowu widzę, ale nie chce mi się kłamać – wyznał, nie zmieniając mimiki twarzy.

       Zaraz dało się usłyszeć śmiech pary, która także ruszyła naprzeciw Pana Ciemności. Pozbyli się oni już nakryć głowy, więc widzieliśmy ich lica. Była to dziewczyna i chłopak, mniej więcej w moim wieku, może trochę starsi. Na pierwszy rzut oka było oczywiste, że to bliźniacy. Takie same jasne włoski wpadające do zielonkawych oczek i ten słodki uśmieszek... Wyglądali tak uroczo, że aż mnie mdliło. Trzecia postać dalej pozostawała na swoim miejscu tuż obok starych drzwi. Jako jedyny nadal miał kaptur na głowie.

- Lucyfer, Upadli... - zaczął chłopak. - Radujemy się, że dane jest nam was spotkać, niektórych po raz kolejny – zerknął znacząco na Księcia Piekieł i Mefisto, na co obaj zareagowali zirytowanym prychnięciem. - Innych po raz pierwszy... - gdybym żyła, to zapewne bym się zarumieniła.

- Ehh... Dosyć tego – przerwał niebieskooki. - Czego chcecie?

- Jak zapewne wiecie – Anioł nie przejął się tym, że tak niegrzecznie mu przerwano. - Wypowiedzieliśmy wam wojnę...

- I po co? - wtrącił się Raziel.

- Właśnie miałem to mówić... - chłopakowi zadrżał lekko głos.

- To mów wreszcie – Marcello rozkazał wyraźnie znudzonym tonem.

- Właśnie to próbuję od jakiegoś czasu zrobić, ale ciągle mi przerywacie! - cierpliwość ptaszydła się wyczerpała.

       Zachichotałam, zresztą nie tylko ja.

- Nie denerwuj się, braciszku – Anielica położyła mu dłoń na ramieniu. - Nie warto, Arael.

       Mefisto zagwizdał cichutko pod nosem.

- Arael, Archanioł we własnej osobie. Nie poznałem cię. No, no. Nie sądziłem, że wyślą nam tu taką osobistość... 

- Nie kpij, proszę, Mefisto.

- Niech no się zastanowię – spojrzał na Lucyfera i zaśmiał się krótko, bez cienia wesołości. - Nie.

- Tyle lat się znaliśmy...

- Właśnie – głos zielonookiego był tak przesiąknięty goryczą, że tak się wzdrygnęłam. - Tyle lat – pokiwał głową, roztrzepując włosy o barwie gorzkiej czekolady. - A ty nawet nie pisnąłeś słówka, gdy zapadł wyrok skazujący nas na wygnanie z Nieba, nawet nie drgnąłeś, gdy strącali nas do Piekła... Obchodziło cię w ogóle, co się z nami stało? Z Aniołami, których kiedyś nazywałeś przyjaciółmi?

       W sali zapadła cisza, atmosfera zrobiła się ciężka i napięta jak cięciwa łuku gotowego do strzału.

- Ja... - zaczął cichutko. - Zrobiliście coś, czego nie dało się wam wybaczyć, przykro mi – dodał już głośniej.

- A nam nie – ton Lucyfera był zimniejszy od stali. - Powiesz wreszcie, co musisz i opuścicie ten budynek?

- Gabriel chciałby omówić z tobą warunki.

- Jakie warunki? - spojrzał na niego z powątpiewaniem.

-Te, które musicie spełnić – wyjaśnił. - Albo to zrobicie albo wojna stanie się czymś nieuniknionym.

- Kiedy miałbym się go spodziewać?

- Za dwa dni.

-Przekaż mu, że czekam – kazał blondyn. - A teraz wynocha!

       Para pośpiesznie pożegnała się i opuściła twierdzę.

       Zakapturzony Anioł został.

- Nie zapomniałeś się? - Książę Piekieł był wyraźnie zmęczony użeraniem się z ptaszydłami.

       Postać zamiast odpowiedzieć, powoli odsłoniła twarz. Mefisto, który jako pierwszy zdołał dostrzec, kim był, miał nietęgą i wyraźnie zmieszną minę. Naszym oczom ukazał się może dwudziestokilkuletni chłopak o ciemnoblond włosach i szarych, pięknych, choć trochę smutnych oczach. Na jego pełnych, jasnych ustach błądził delikatny uśmiech skierowany tylko do jednej osoby – Lucyfera. Skierowałam wzrok w jego stronę. Wyglądał jakby zobaczył ducha, zbladł straszliwie, a w jego szafirowych oczach zebrały się... Łzy?

- J-jak? - tylko tyle zdołał wyszeptać.


~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~


Witajcie, kochani! C:
Tak, żyję. :D Wiem, że strasznie dawno mnie tu nie było i pewnie większość z Was skreśliła już ten blog jako stracony, ale nie, spięłam cztery litery i mam zamiar go dokończyć, gdyż już tak niewiele zostało i nie wybaczyłabym sobie, gdyby tak się nie stało. ^^'' :D 
Tak, więc... Mogę to chyba uznać jako postanowienie noworoczne, co nie? C: No, bo tak nic nie mówię, ale piszę to od 00.30 1 stycznia 2016 roku! A jest 3, więc wybaczcie, jeśli trochę mi ten rozdział nie wyszedł. xD Jeszcze go później sprawdzę. ;)
Nie zostaje mi nic innego, jak życzyć Wam szczęśliwego Nowego Roku i mam nadzieję, że za niedługo się tu spotkamy. :D

Pozdrawiam, Alexandra.


sobota, 17 października 2015

Rozdział 46

       W sali zapadła grobowa cisza nie zmącona nawet najlżejszym dźwiękiem. Wszystko zamarło. Wydawało mi się, że ten stan utrzymywał się przez kilka godzin, choć w rzeczywistości minęło zaledwie kilkanaście sekund nim ktoś wreszcie odważył się odezwać.

- Co...? - zaczął Rispie, a jego głos wydał się słaby, wręcz ledwo słyszalny. Przerwał i odchrząknął. - Co takiego zrobiły? - spytał nadal niepewnie, ale już odrobinę głośniej.

- To, co powiedziałem - westchnął ciężko Lucyfer. - Wypowiedziały nam wojnę.

       Nagle usłyszałam huk i szybko skierowałam wzrok w stronę, z której pochodził hałas. Marcello wstał gwałtownie z krzesła, przewracając je przy okazji, ale w ogóle go to nie obeszło. Nie widziałam jego twarzy, ponieważ była zasłonięta przez czarne jak noc włosy. Chłopak wyszedł pośpiesznie z jadalni bez słowa z głową nadal pochyloną i spojrzeniem wbitym w podłogę. Zdezorientowana spojrzałam na Mefisto, lecz on tylko wzruszył ramionami.

- Przepraszam - rzuciłam w jego stronę i prędko ruszyłam za moim Przewodnikiem.

***
   
      Znalazłam go dopiero po kilkunastu minutach na dachu. W duchu skarciłam się, że nie zajrzałam tu najpierw. Siedział pochylony praktycznie na krawędzi, czego w pierwszej chwili nie zauważyłam. Serce zabiło mi gwałtowniej ze strachu. Wspomnienia wróciły, a czarne przerażenie ogarnęło mnie całą. Zupełnie zapomniałam, że przecież ma skrzydła i na pewno nic sobie nie zrobi.

- Marcello! - krzyknęłam głośno.

      To był błąd. Chłopak obrócił się i... Stracił równowagę. Tylko na moment, ale ten moment starczył. Wszystko działo tak szybko. W jednej chwili widziałam jak znika za krawędzią dachu, a w drugiej rzucałam się już za nim. Zrobiłam to instynktownie. On jednak instynktownie wykształcił skrzydła, a ja nie. Strach mnie sparaliżował. Jedyne, co czułam, to szybkość z jaką pędziłam ku ziemi, huk wiatru i to, że powoli, acz nieubłaganie tracę przytomność. Czarna, gęsta mgła zasłoniła mi już całkowicie widok, gdy nagle czyjeś silne ramiona oplotły mnie w talii. W jednej chwili znów zaczęłam piąć się ku górze, na dach. Zemdlałam,

***

       Obudziłam się w swoim pokoju. Znajomy widok czerwonych ścian uspokoił mnie - to wszystko było tylko złym snem. Już chciałam obrócić się na drugi bok i dalej spać, gdy dostrzegłam ciemną postać na krześle w kącie pomieszczenia. Ubrany zawsze w najgłębszą czerń, z włosami jak atrament i bladą, wręcz białą cerą wyglądał jak niesamowicie. Mroczny i piękny. Śmierć o twarzy anioła.

       Nagle uświadomiłam sobie, że dzisiejsze wydarzenia to nie wymysł mojej wyobraźni, lecz rzeczywistość. Poczułam, że po poliku spływa mi pojedyncza łza.

- Czemu to zrobiłaś? - usłyszałam cichy głos Marcello. Nie był zły, ale lekko zdezorientowany.

       Głośno przełknęłam ślinę.

- Przepraszam... - miałam już łzy w oczach. - Ale chodzi pewne sprawy z przeszłości... Gdy zobaczyłam cię tam, przy krawędzi... Moja matka, ona... - płakałam, nienawidziłam wspominać jej samobójczej śmierci.

       Przytulił mnie.

- To było t-tak dawno temu, ale wciąż cholernie b-boli - łkałam jak dziecko. Nie chciałam pokazywać przy nim słabości, jednak nie potrafiłam dalej dusić w sobie emocji.

      Staliśmy tak, wtuleni w siebie przez kilka, aż w końcu się uspokoiłam i przestałam beczeć. Odsunął mnie na długość ramienia.

- Wiesz, że jutro nie dam ci żyć, prawda, skarbie? - w jego czarne jak smoła oczach nie była ani grama wesołości, lecz mimo to roześmiałam się.

- Tak, wiem - poczułam się lżej na duchu.

- Czego się cieszysz? - uniósł ciemne brwi w geście zdziwienia. - Ja tu mówię, że ten trening to będzie istna katorga, a ty szczerzysz mordkę, jakbym powiedział, że przefarbowałem Lucusiowi włosy na różowo, gdy spał - pokręcił głową.- A nie zrobiłem tego - wyjaśnił, po czym dodał. - Jeszcze.

- Nie odważyłbyś się - podpuszczałam go.

- Czyżby? - spytał. - Dobra, idź spać, skarbie - rozkazał i ruszył w stronę drzwi.

        Nie przesunęłam się ani o milimetr, więc dodał.

- Mówię serio - powiedział. -  Jeśli uważasz, że dotychczas było ciężko, to wyobraź sobie to wszystko razem i pomnóż razy dziesięć.

       Był już prawie w korytarzu, gdy odwrócił się jeszcze na moment.

- Może sobie jeszcze tego nie uświadomiłaś, ale mamy wojnę, skarbie.



  ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~



Hej!
Strasznie przepraszam, ale z pewnych powodów osobistych nie mogłam ostatnio zbyt dużo uwagi poświęcić blogowi, lecz NAPRAWDĘ powinno już być ok. Rozdziały będą pojawiać się w miarę możliwości. :)
Przy okazji bardzo bym prosiła o komentarze, specjalnie umożliwiłam komentowanie anonimowe. :) Niesamowicie motywują mnie do działania każde Wasze opinie.
Pozdrawiam wszystkich czytających, Alexandra.
PS, Dziękuję z całego serduszka za ponad 3000 tyś. wyświetleń! Jesteście cudowni! <3


Ogłoszenie

     Przepraszam, że cały czas nie ma nowej notki, ale mam teraz trochę rzeczy na głowie i najpierw muszę je skończyć. :( Od razu zapowiadam, że rozdział 46 pojawi się najpóźniej jutro wieczorem. :)
Pozdrawiam i mam nadzieję, że ktoś to jeszcze czyta, Alexandra.

wtorek, 6 października 2015

Rozdział 45

         Z dziką furią w fiołkowych oczach wpatrywałam się w Marcello, który stał sobie, jak gdyby nic i mierzył nas kpiącym wzrokiem. Zapragnęłam zetrzeć mu ten arogancki uśmieszek z twarzy raz na zawsze. Spojrzałam na mojego towarzysza. Mefisto także wyglądał jakby zaraz miał się rzucić na mojego Przewodnika. Wiedziałam jednak, że na pewno tak nie zrobi. To nie było w jego stylu. Wziął kilka głębokich oddechów i zapytał spokojnym już głosem.

- Czy coś się stało, że niepokoisz nas o tej porze?

- Lucek wzywa - odparł i nagle stracił całe zainteresowanie rozmówcą. Najwyraźniej znudziła mu się już ta konwersacja.

        Mefisto rzucił mi pytające spojrzenie. Wzruszyłam ramionami.

- Idziecie, czy będziemy tu stali cały dzień? - zwrócił głowę ku czerwonego słońcu chowającemu się za widnokręgiem. - A raczej koniec dnia - poprawił.

        Prychnęłam z irytacją.

- Ty... - zaczęłam, ale zielonooki powstrzymał mnie ruchem ręki.

- Nie tęp języka, Lucio. Na takich jak on nie warto.

- Oj, jakże mi przykro to słyszeć - udał smutek, lecz zaraz roześmiał się prześmiewczo.

- Chodźmy już, bo Lucyfer się wścieknie - westchnęłam zrezygnowana.

- Wreszcie mówisz coś z sensem, skarbie!- rozpromienił się Marcello. - A teraz szybko.

         Chwyciłam bruneta za rękę i pociągnęłam w stronę mojego nauczyciela. Zobaczyłam, że Mefisto kręci głową.

- Przecież nic mu nie mogę zrobić - wyjaśniłam, chociaż nikt mi nie kazał.

***

          Byliśmy już w holu, gdy Mefisto zatrzymał się gwałtownie.

- A tak właściwie to czego chce od nas Lucyfer? - zapytał.

- A skąd mam wiedzieć? - Marcello spojrzał na niego jak na idiotę. - Może mam ci to wyczytać z fusów od herbaty, co?

           Rozchyliłam usta ze zdziwienia.

- Czyli ciągniesz nas aż tu, a nawet nie masz pojęcia w jakim celu?!

- Oczywiście, słońce - otworzył drzwi do jadalni. - Bo niby czemu nie?

          W pomieszczeniu znajdowało się zaledwie kilka osób... Czyli to nie wiadomość dla każdego. Nagle ogarnęło mnie przeczucie, że jestem tu tylko dlatego, że byłam z Mefisto. Gdybym to popołudnie spędziła z Kimiko i Lucą, zapewne nawet by on mnie nie pomyślano...

          Omiotłam wzrokiem salę. Rispie dyskutował o czymś zażarcie z Agnes, a  Marcello odsunął krzesło od stołu i zaczął się na nim bujać. Nie przeszkadzało mu to jednak w zabawie sztyletem. Pana Piekieł jeszcze nie było. Przysunęłam się bliżej Mefisto, czułam się nieswojo.

          Nagle wrota otworzyły się, a do pokoju wszedł Lucyfer i Raziel. Miny mieli nietęgie, dlatego mój niepokój stał się jeszcze większy.

- Wprowadzić więźnia - rozkazał blondyn.

          Dwóch postawnych strażników wkroczyło do środka, ciągnąc za sobą Anioła, jakby był workiem ziemniaków, a nie żywą istotą. Zostawili ją w centrum jadalni, a zrobili to z takim obrzydzeniem, jakby była kimś gorszym. Owszem, to Anioł, nasz wróg, ale to my byliśmy potępieni, nie ona.

- Wstań.

           Dziewczyna posłusznie wykonała polecenie. Wciągnęłam powietrze z głośnym świstem. Mary Alice wyglądała okropnie. Była bardzo wymizerniała. Już z daleko widziałam, że straszliwie schudła. Jej śliczną twarzyczkę pokrywały liczne rozcięcia i siniaki, dawne rumieńce zniknęły, a jasne oczy straciły blask. Wydawała się cieniem starej siebie.

           Łzy zapiekły mnie pod powiekami. To moja wina. Wiedziałam, że straże jakimś cudem odkryły, że ktoś ją odwiedził, ale nie mieli pojęcia, że to ja. Nie zostałam, więc ukarana, ale ona najwidoczniej  tak. Nie miałam żadnych wieści o niej aż do dzisiaj... I może wolałabym dalej żyć w tej błogiej nieświadomości i nadziei, że nie skrzywdzą dziecka... Ale to zrobili.

- A teraz powtórz to, co powiedziałaś mi wcześniej.

           Nastąpił moment ciszy, który przerwał w końcu czyjś słaby głosik.

- Macie wśród was zdrajcę - zaczęła. - Nie wszystko jest takie, jakim się wydaje, ale wy musicie już wiedzieć, jak to rozróżnić.

- I tyle? - Rispie odezwał się. - Nic innego nie powiedziała?

- Nawet najpiękniejsza róża ma kolce, pamiętajcie o tym... - zamilkła.

- Nie mówi nic więcej od kilku dni - westchnął ciężko Lucyfer. - Ciągle tylko powtarza o tej róży, cokolwiek by znaczyło.

- Tylko dlatego nas wezwałeś? - spytała naiwnie Agnes.

- Nie - uniósł głowę pierwszy raz odkąd tu przyszedł. W szafirowych oczach krył się lód. - Anioły wypowiedziały nam wojnę.


~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~


Przepraszam za tak długą nieobecność, ale nie było mnie w Polsce przez jakiś czas, ale już jestem i znów zabieram się za pisanie pełną parą. :)
Rozdział może wydać się trochę nudny i krótki, ale jak już wiadomo jest tylko wstępem do czegoś dużo ciekawszego. :D
Dziękuję bardzo wszystkim, którzy wytrwali ze mną i jeszcze to czytają. :) Nie wiem, co bym bez was zrobiła.
Pozdrawiam i zapraszam do wzięcia udziału w nowej ankiecie, Alexandra.


sobota, 29 sierpnia 2015

Rozdział 44

          Nie spałam już, ale nie miałam siły wstać, więc po prostu leżałam z twarzą ukrytą w miękkiej poduszce. Nagle usłyszałam donośne pukanie do drzwi, co tylko spotęgowało już i tak okropny ból głowy. Jęknęłam niezadowolona.

- Proszę - mruknęłam cicho w materiał, który praktyczne całkowicie stłumił wszelki dźwięk, więc powtórzyłam głośniej. - Proszę!

          Nie zmieniłam swojej żałosnej pozycji nawet wtedy, gdy ten ktoś wszedł do mojego pokoju. Byłam zbyt obolała. Łaskawie przewróciłam się na plecy i uniosłam leciutko na łokciach dopiero wtedy, gdy mój gość usiadł w nogach łóżka. W trakcie tej czynności wszystkie krucze włosy spadły mi na twarz i całkowicie przesłoniły widok na świat. Czyjaś zimna dłoń odgarnęła mi je za uszy tak delikatnie, jakby bała się, że pod wpływem gwałtowniejszego ruchu mogę rozpaść się na malusieńkie kawałeczki.

- Cześć - wydusiłam i uśmiechnęłam się słabo.

- Co on ci zrobił? - wyszeptał zdumiony Mefisto i pokręcił załamany głową.

- Zwykły trening - odparłam wymijająco.

- Rozumiem, że mam nie drążyć tematu? - cały czas bacznie mi się przyglądał.

- Dokładnie - przytaknęłam, a on tylko westchnął ciężko.

- Rozumiem też, że mam przyjść później?

- Daj mi godzinę - poprosiłam, a on wciągnął głęboko powietrze i powoli je wypuścił.

- Równo za sześćdziesiąt minut będę - ostrzegł mnie i wyszedł z pomieszczenia.

         Jeszcze przez moment wpatrywałam się w szkarłatne ściany. Nagle zerwałam się z pościeli jak oparzona, uświadamiając sobie jak mało mam czasu. Nie wiedziałam, gdzie pójdziemy, więc nie miałam pojęcia co ubrać. W końcu zdecydowałam się na czarne rurki i cienki sweter tego samego koloru. W sumie nie miałam zbyt dużego wyboru, ponieważ w mojej szafie były ubrania w samych żałobnym odcieniach. Najwyraźniej Upadłym Aniołom nie wypada wdziewać radośniejszych barw.

        Jeszcze nie uczesałam nawet włosów, które były wtedy w opłakanym stanie, gdy ponownie usłyszałam pukanie do drzwi. Zdziwiona spojrzałam na zegarek. Zostało mi jeszcze dobre piętnaście minut...

        Zaciekawiona, kto mógł wtedy czegoś ode mnie chcieć, poszłam otworzyć, kończąc układać fryzurę. Uchyliłam lekko i aż odskoczyłam z cichym piskiem.

        Marcello z czystym szaleństwem w atramentowych oczach i rozbawieniem błąkającym się na czerwonym ustach.

        Czerwonych od krwi.

- Co ci się stało? - pisnęłam przerażona.

- Zdenerwowałem Rispiego w stopniu wystarczającym, żeby pragnął mnie teraz zabić, skarbie - odparł z niewzruszonym spokojem i nie czekając na pozwolenie, wszedł do pomieszczenia.

- Czyli tak jak zwykle? - zamknęłam na wszelki wypadek wrota na klucz.

       Nie chciałam, żeby mój porywczy braciszek wpadł ku jak burza i na miejscu zabił mojego nauczyciela. Nie chodziło tu oto, że nagle zaczęłam się strasznie martwić o Marcello, ale wolałam, aby swoje porachunki rozstrzygnęli gdzie indziej.

- Tak, słońce - przyznał owijając w bawełnę, czego nie robił nigdy. Zawsze był szczery do bólu.

- A co ci się stało... Tu? - spytałam, zakreślając dłonią obszar wokół swoich ust.

- No cóż... - zaczął. - Możesz pogratulować bratu dobrego uderzenia, kotku.

       Dopiero wtedy dostrzegłam rozcięcie nad górną wargą. Pokręciłam zrezygnowana głową.

- Zabijesz się kiedyś przez swoją głupotę - jęknęłam. - Albo cię zabiją...

       Nie zdążył odpowiedzieć, bo przerwało mu trzecie już dzisiaj pukanie do drzwi. Spojrzał na mnie z niemym pytaniem w czarnym jak noc oczach i uniósł lekko jedną brew.

       Oczekujesz kogoś?

- To Mefisto - wyjaśniłam, a on aż zagwizdał cichutko.

- No nieźle, kochanie - powiedział z (?) podziwem. - Naprawdę nieźle - prychnął i znów na jego lico wkroczył zwykły dla niego arogancki półuśmieszek.

        Bez słowa wpuściłam Mefisto do pokoju, a on, ku mojego ogólnemu zdziwieniu, wybuchnął szczerym śmiechem.

- Więc już wiem dlaczego Rispie chodzi cały podminowany - spojrzał na mojego Przewodnika i posłał mu współczujące spojrzenie zielonych jak trawa oczu . - Radzę ci nie pokazywać mu się do końca dnia, bo nawet ty możesz nie wyjść z tego cało.

        Marcello posłał mu oburzone spojrzenie.

- Już z nie takich kłopotów wychodziłem cało - fuknął.

- Cało? -  starszy brodą wskazał krwawiącą wargę.

- To jedynie element zabawy - przyjrzał mu się krytycznym wzrokiem, jakby nie rozumiejąc jak ten wcześniej tego nie zauważył. Przecież to było takie oczywistego... Dla niego.

- Ja nie widzę w tym nic miłego...

- Więc jesteś ślepy - przerwał mu bezczelnie młodszy chłopak, co wprawiło tylko bruneta w jeszcze większe rozbawienie. Czarnowłosy bez słowa zaczął obracać w dłoni swój ukochany sztylet, a ja zastanawiałam się skąd on go wyjął.

- Idziemy, Lucio? - zwrócił się do mnie po raz pierwszy odkąd tu wszedł Mefisto.

- O- oczywiście - odparłam pośpiesznie i spojrzałam na Marcello, którego rzecz jasna tam nie było.

         Zniknął. Znowu.

- Nie cierpię, kiedy to robi - wyznałam i już chciałam wyjść, gdy mój towarzysz powstrzymał mnie ruchem ręki.

        Spojrzałam na niego zdziwiona.

- Weź to - powiedział, podając mi ciemnofioletowy płaszczyk sięgający do połowy uda. - Może być chłodno - wyjaśnił, po czym dodał z uśmiechem. - Poza tym pasuje do twoich ślicznych oczu.

        Zarumieniłam się cała i odebrałam od niego ubranie. Zaśmiał się ciepło i chwycił mnie za rękę.

- Co powiesz na mały spacer? - spytał, gdy szliśmy przez korytarz.

- Z miłą chęcią - odpowiedziałam, nie zwracając uwagi na zaciekawione spojrzenia mijających nas Upadłych Aniołów. Kimiko pokazała mi dwa kciuki w górę, a towarzyszący jej Luca uniósł zdziwiony brwi, widząc nasze splecione dłonie.

        Zaśmiałam się pod nosem z reakcji przyjaciół, których nie miałam ostatnio okazji zbyt często widywać.

- O co chodzi? - brunet po mojej lewej poszedł za moim wzrokiem i zmarszczył brwi.

- O nic - nadal się uśmiechałam i dodałam. - Ale potem będę musiała się mocno tłumaczyć tym tu dwóm wścibskim paplom - pokazałam im język i po raz kolejny nie mogłam powstrzymać wesołości, ale tym razem Mefisto dołączył się do mnie.

- No nie powiem - zaczął, gdy wyszliśmy już z budynku. - Niezwykłymi osobami się otaczasz.

- Siebie też wliczasz? - zainteresowałam się i popatrzyłam na sporo wyższego ode mnie chłopaka.

- Być może - posłał mi jeden z tych swoich uśmiechów, które całkowicie mnie rozbrajają.

***

        Spacerowaliśmy po lesie, rozmawiając o głupotach i śmiejąc się bez przerwy. Wydawało mi się to chwilą, a okazało się, że zaraz zapadnie zmierzch. Nie zauważyłam nawet, kiedy minęło te kilka godzin.

        Usiedliśmy na powalonym pniu starego drzewa i zamilkliśmy pierwszy odkąd wyszliśmy z zamku. Zatrzęsłam się mimo woli. Zrobiło się naprawdę chłodno, a cienki płaszczyk nie chronił dobrze przed zimnem. Mefisto objął mnie bez słowa ramieniem i przysunął do siebie. Wtuliłam się w jego ciepły tors i dalej obserwowaliśmy piękny zachód słońca.

        Nagle Mefisto skierował twarz w moją stronę. Wystarczyło jedno spojrzenie szmaragdowych oczu, abym odczytała z nich jego intencje jak z otwartej księgi. Nic nie zrobiłam nawet wtedy, gdy zaczął powoli zmniejszać dystans między nami. Chciałam tego tak samo jak on. Przymknęłam lekko powieki, czekając na to co miało się zaraz wydarzyć. Już niemal czułam dotyk jego ust na moich wargach, jego ciepły oddech tuż przy mojej twarzy...

- Przeszkadzam w czymś? - doszedł do nas czyjś rozbawiony głos, a ja w tej chwili zapragnęłam zabić Marcello gołymi rękami.



       ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~



Hej, to znowu ja! :)
Przepraszam, że w zeszłym tygodniu nie było notki, ale miałam do zrobienia pewne sprawy rodzinne niecierpiące zwłoki. :/ Ale już wszystko wreszcie załatwione. :D
Oficjalnie oświadczam, że nowy rozdział będzie ukazywał się co sobotę i mam nadzieję, że wytrwam w tym postanowieniu. :)
Pozdrawiam każdego, który jeszcze to czyta, Alexandra.


wtorek, 4 sierpnia 2015

Rozdział 43

      Obudziłam się cała zesztywniała, bolał mnie każdy, nawet najmniejszy kawałek ciała. Wiedziałam, że to były właśnie skutki wczorajszego lotu i tego, że położyłam się spać w przemoczonych ubraniach. Z cichym jękiem podniosłam się z posłania i z wielkim ociąganiem powlokłam się do łazienki.

      Ciepła woda rozluźniła nieco napięte mięśnie i zmyła ze mnie resztki porannego złego humoru. Z nowymi pokładami energii ruszyłam w kierunku kuchni w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. Nie chciałam jeść ze wszystkimi, dlatego po prostu chwyciłam pierwsze z brzegu jabłko i udałam się do ogrodu na tyłach twierdzy.

      "Ogród" był niewielkim skrawkiem wolnej przestrzeni nieodgrodzonym jeszcze od budynku wysokim płotem. Jedyne co tu rosło to trawa, drzewa i jakieś chwasty. Gdzieniegdzie stały stare, porośnięte mchem posągi przedstawiające jakiś ludzi. Nie było to miejsce miłe ani przyjazne dla gości, ale ja jednak je lubiłam. Praktycznie zawsze miałam tu spokój i ciszę, bo mało kto zagłębiał się w te okolice. Przyniosłam tu nawet kiedyś jakieś deski, z których robiłam sobie prowizoryczną ławeczkę.

      Siedziałam właśnie na częściowo zawalonym murku i rozkoszowałam się ciepłym promieniami porannego słońca, gdy usłyszałam czyjeś kroki i szepty. Szybko ukryłam się za stertą gruzu i zaczęłam obserwować przybyszy. Niby nie było jasnego zakazu przebywania tu, ale wolałam, żeby nikt mnie nie zauważył. Dopiero po chwili dostrzegłam wyłaniającego się za rogu wysokiego blondyna i trochę niższego bruneta... Lucyfer i Mefisto. Bruneta?! Wydawało mi się, że Mefisto był ciemnym blondynem, co najwyżej szatynem... Pokręciłam głową. Przecież, kiedy pierwszy raz go zobaczyłam, było ciemno. Postanowiłam przestać o tym myśleć i wytężyłam słuch, żeby usłyszeć o czym mówią.

- Przy zachodniej granicy patrole widziały wrogie oddziały - powiedział brunet tak cicho, że ledwo wyłapałam poszczególne słowa.

- Nie rozumiem, co w tym takiego dziwnego - wzruszył ramionami Pan Piekła. - Przecież oni też mają prawo - prychnął. - Obowiązek pilnowania tamtych terenów.

- Tak, ale... - głośno wciągnął powietrze. - To nie byli ludzie Adrienne - dodał szybko.

         Adrienne - przywódczyni Upadłych Aniołów, którzy nie chcieli żyć pod całkowitą władzą Lucyfera. Tych samych, którzy uwięzili wtedy mnie, Raziela i Marcello. Ledwo powstrzymałam się, aby nie splunąć na ziemię.

        Władca Ciemności zatrzymał się gwałtownie i po raz pierwszy w czasie tej rozmowy jego wzrok powędrował ku towarzyszowi. Jego szafirowe tęczówki błyszczały z zaciekawienia. Nie było w nich ani grama niepokoju.

- Więc, kto to był? - patrzył na niego wyczekująco.

- Nie wiemy jeszcze, ale postaramy się szybko tego dowiedzieć - odparł natychmiast, a jego szmaragdowe kocie oczy pozostały zimne jak stal.

- W takim razie będę czekał - ruszył w kierunku budynku, zostawiając Mefisto samego. - Do zobaczenia później! - rzucił już cieplej.

         Chciałam dyskretnie się oddalić, ale coś, a raczej ktoś, mnie powstrzymał. Poczułam czyjąś dłoń na ramieniu i uniosłam zdumiona wzrok. Mefisto uśmiechał się przyjaźnie. Przeklęłam w duchu jego zwinność i bezszelestne poruszanie się. Wyprostowałam się, ale zaraz pochyliłam skruszona głowę. Lubiłam Mefisto i nie chciałam, aby miał o mnie złe zdanie.

         Usłyszałam jego śmiech, ale nie był to śmiech pełen kpiny czy politowania, był radosny i szczery.

- Masz trochę tynku we włosach, Lucio - delikatnie zaczął go strzepywać, a ja momentalnie spłonęłam rumieńcem. Jednak  czułam się w środku miło doceniona. W końcu zapamiętał moje imię, prawda?

- Ja... - zaczęłam speszona.

- Nic się nie stało - przerwał za co w duchu mu dziękowałam, bo nie miałam pojęcia, co mówić. - Nie mu nie powiem, jasne? - podniosłam ku niemu fiołkowe oczy i natychmiast znowu się zaczerwieniłam, gdyż patrzył prosto na mnie.

          Zachichotał.

- Uroczo wyglądasz, wiesz? - moja twarz już chyba nie mogła być bardziej szkarłatna. - Ej - dźgnął nie lekko w bok. - Obiecuję, nie pisnę nawet słówka - bardziej ukryłam się za czarnymi włosami. - No rozchmurz się wreszcie - dźgnął mnie po raz kolejny i już nie byłam w stanie powstrzymać śmiechu. Na ten dźwięk uśmiechnął się szeroko. - Słodko się śmiejesz.

- Wcale nie - wykrztusiłam, ale mimo to nie przestałam tego robić. - Brzmię jak ranny delfin - dla polepszenia efektu, udałam owego ssaka.

- Ale naprawdę przeuroczy ranny delfin - uznał, co wywołało u nas obojga kolejny atak wesołości.

          Uderzyłam go leciutko w ramię. Zrobił minę jakby miał zaraz się rozpłakać, ale ja dobrze wiedziałam, że udaje. Kiedy zrozumiał, że to na mnie nie działa, westchnął zrezygnowany.

- Na Lucyfera to zwykle działało - wyznał, lecz zaraz dodał. - No, ale mieliśmy wtedy po cztery lata i byliśmy jeszcze ''tymi dobrymi" aniołami - ostanie słowa wypowiedział z nader widoczną kpiną, zakreślając w powietrzu cudzysłów.

          Wiedziałam, że Lucyfer i Mefisto znali się już wcześniej, ale nigdy nie sądziłam, że już od dziecka... Nie chciałam wtedy o tym myśleć, więc tylko uśmiechnęłam się promiennie.

- A tak nie z tematu - zaczął chłopak. - Nie powinnaś mieć teraz treningu z Marcello? - zainteresował się.

- W sumie tak, ale nie mam pojęcia, czy on w końcu nadal jest moim Przewodnikiem, czy nie - wyznałam.

- Nikt tego nie wie, skarbie - doszedł do nas dobrze mi znany arogancki ton głosu.

- Ja wiem - wtrącił się Mefisto.

- Zamknij się - rzucił Marcello szybko, nadal się uśmiechając. - Nie odchodzi mnie to - dodał. - Masz oczywiście trening, kochanie, bo mam naprawdę paskudny humor i muszę go jakoś rozładować - najlepiej dając ci niezły wycisk na ćwiczeniach - ciągnął dalej. - Więc pożegnaj się ze swoim nowym koleżką i chodź już wreszcie, słoneczko - wycedził przez naciśnięte zęby, wyraźnie już zirytowany i pociągnął mnie za rękę.

            Mefisto już chciał mi pomóc, ale powstrzymałam go gestem ręki. Posłałam mu przepraszające spojrzenie i pobiegłam za moim jakże denerwującym nauczycielem.

- Zobaczymy się później? - zawołał za mną brunet.

- Jasne! - rzuciłam przez ramię i omal nie potknęłam się o wystający z ziemi kamień.

- Uważaj, kotku, bo coś sobie jeszcze zrobisz, a tego byśmy nie chcieli, prawda? - wyszczerzył się przerażająco mój nauczyciel, a w jego czarnych jak smoła oczach pojawiły się szaleńcze błyski. Jeszcze jedna rzecz zwróciła moją uwagę.

- Masz nową fryzurę? - pytanie ni z gruszki ni z pietruszki, ale jednak naprawdę mnie to zainteresowało. Atramentowe włosy Marcello zwykle w nieładzie i opadające na twarz, wtedy były zaczesane do góry i ogólnie jakby dopracowane.

- Po prostu je ułożyłem - westchnął ciężko, jakby załamany moim nieprofesjonalnym zachowaniem. - Odkąd tu jesteś nie mam jakoś szczególnie dużo czasu na takie przyziemne rzeczy, wiedziałaś, skarbie? Wybacz, że tego nie robiłem, będąc przywiązanym do drzewa lub walcząc z obrażonym Książątkiem Piekła.

            Postanowiłam nie odpowiadać. Już i tak wystarczająco go wkurzyłam.
           
***

           Marcello jak to Marcello postanowił wyładować całą swoją złość i frustrację na mnie. Pod koniec treningu była już tak zmęczona, że ledwo stałam na nogach. Jedynym moim marzeniem był sen. Po szybkim prysznicu po prostu rzuciłam się na łóżko i wpadłam w objęcia Morfeusza.



     ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~



Cześć, hello, hola, ciao, guten Tag, bonjour i jeszcze jakikolwiek język byście chcieli! :D Wróciłam! Z nowym zapałem, z nową energią i nowymi pomysłami. :) Strasznie, strasznie przepraszam! Miałam taki brak weny, że głowa mała. :/ Ale już mi przeszło i oby na stałe! :D Od razu uprzedzam, że mimo, iż znowu zabieram się za pisanie pełną parą, nowa notka będzie się pojawiać raz, czasem dwa razy w tygodniu. :( Chociaż są wakacje, nie zawsze mam czas albo po prostu chęci. No, ale już nie marudzę. :)
Pozdrawiam i życzę miłych wakacji, Alexandra.
Ps. Na dworze 30 ileś stopni w cieniu, a ja siedzę w nagrzanym, dusznym pokoju, więc wybaczcie ewentualne błędy, lecz już wszystko mi się plącze. :D
         

wtorek, 30 czerwca 2015

Przerwa

     W związku z moim wyjazdem nowy rozdział ukaże się dopiero 21.07. :( Nie będę miała raczej możliwości wrzucenia czegoś wcześniej, gdyż najprawdopodobniej nie uda mi się połączyć z internetem. :( Chciałam wszystkich, którzy jeszcze czytają tego bloga bardzo przeprosić, ale tym razem nie mogę nic zrobić. Przecież nie wezmę internetu do wiadra, prawda? :) Jeżeli ktoś nie przeczytał jeszcze rozdziału 42, to serdecznie do tego zachęcam, tak samo jak do odpowiedzenia na zadane pod nim pytanie. :) Pozdrawiam i życzę przemiłych wakacji, Alexandra.