piątek, 1 stycznia 2016

Rozdział 47

       W sali panowała grobowa cisza. Wszyscy wpatrywali się w Lucyfera, ale nic nie mówili, nie odważyliby się, po prostu siedzieli i powoli trawili słowa, które właśnie padły i zawisły w powietrzu jak topór nad głową skazańca.

       Anioły są przy granicy. Anioły tu są.

- Mówiłeś, że minie trochę czasu, zanim zaatakują - powiedział Rispie ze wzrokiem wbitym w podłogę. Nie widziałam jego czarnych oczu, ale byłam pewna, co może się w nich czaić. Strach.

- Bo tak sądziłem, jasne?! - wybuchnął niespodziewanie Książę Ciemności. Wzdrygnęłam się, podobne jak większość.

- Co nam po tym?! - gwałtownie uniósł głowę. - Co nam daje to, że tak sądziłeś?!

- Nic! Cholera, nic nam to nie daje!

       Krispin zamilkł. Nie było sensu się kłócić.

- No, cóż – Marcello z gracją wstał od stołu i ruszył w kierunku drzwi. - Skoro i tak mamy mało czasu, to radzę wam się się przygotować – wzruszył ramionami. - Chyba, że chcecie, żeby te ptaszydła skopały wam wasze upadłe cztery litery...

       Te słowa zadziałały na nich jak kubeł zimnej wody. Szybko ruszyli się ze swoich miejsc i bez słowa zajęli własnymi sprawami. Mimo woli uśmiechnęłam się. Nie miałam pojęcia, dlaczego, ale Marcello na swój sposób, na swój bardzo dziwny sposób, potrafił postawić cały oddział do pionu. Bez krzyku, bez gróźb, bez kar – tak po prostu.

- Czego się tak szczerzysz, skarbie? - zmierzył mnie oceniającym wzrokiem. - Za piętnaście minut w sali treningowej.

       Westchnęłam tylko ciężko i powlokłam się do pokoju, aby ubrać strój do ćwiczeń.

***

        Z jękiem zbierałam się z maty treningowej tylko po to, by po chwili znów zostać na nią powalona. Marcello nie dawał mi najmniejszych szans. Czasami zastanawiałam się, czy taki rodzaj ćwiczeń cokolwiek mi daje, bo mimo tego wszystkiego nie umiałam nawet sprawić, by mój nauczyciel na moment stracił równowagę, o przewróceniu nie wspominając.

- Po co mi to?! - nie wytrzymałam w końcu, po raz kolejny tuląc się po podłogi.

- Może po to, żeby w razie walki przeżyłaś chwilę dłużej niż minutę? - zasugerował. - Chociaż i tak nie sądzę, byś tyle wytrzymała... - mruknął pod nosem, ale nie na tyle cicho, bym tego nie usłyszała.

- Kiedy z tobą nie mam najmniejszych szans! - krzyknęłam.

- A na bitwie też będziesz narzekała, że ptaszydło, na które trafisz, jest od ciebie silniejsze?! - warknął.

       Zmieszana przyglądałam się swoim dłoniom. Nieśmiało uniosłam wzrok i napotkałam na gniewne czarne oczy Marcello. Westchnął ciężko.

- To jest wojna, skarbie – jego głos był łagodniejszy i zawierał w sobie nutkę... Troski? - A ja chcę, abyś ty ją przeżyła...

       Jego wypowiedź przerwał Luca, który jak burza wpadł do sali treningowej. Szybko podszedł do mojego Przewodnika.

- Bardzo przepraszam, że przeszkadzam... - zaczął z widocznym lękiem. Tylko głupiec nie bałby się Marcello. - Ale Lucyfer cię wzywa.

- Po co? - nie darzył Księcia Piekieł zbytnim szacunkiem, zresztą nikogo nim nie darzył.

- Przybyli posłańcy ptaszy... - zaklnął cicho pod nosem. - Znaczy Aniołów.

       Obsydianowowłosy uniósł zaciekawiony jedną brew do góry, ale bez słowa wstał i ruszył w kierunku wyjścia z pomieszczenia.

- Ruszaj się, słońce, idziesz ze mną – oznajmił.

       Nie protestując, wstałam i pobiegłam za nim.

***

       W holu oprócz nas dwojga byli tylko Lucyfer, Raziel, Rispie i Mefisto. Nigdzie nie widziałam posłów. Już zaczęłam się zastanawiać, czy aby na pewno nie był to żart, gdy nagle główne wrota otwarły się szeroko i do środka weszło troje osób. Nie widziałam ich twarzy, gdyż te ukryte były w cieniu rzucanym przez kaptury ich długich, śnieżnobiałych peleryn.

- Ptaszydła! - na twarz Lucyfera wpełzł nieprzyjemny, zdecydowanie sztuczny uśmiech. Odsunął się on od komody, o którą dotychczas się opierał i wyszedł na spotkanie gościom. - Powiedziałbym, że cieszę się, że was znowu widzę, ale nie chce mi się kłamać – wyznał, nie zmieniając mimiki twarzy.

       Zaraz dało się usłyszeć śmiech pary, która także ruszyła naprzeciw Pana Ciemności. Pozbyli się oni już nakryć głowy, więc widzieliśmy ich lica. Była to dziewczyna i chłopak, mniej więcej w moim wieku, może trochę starsi. Na pierwszy rzut oka było oczywiste, że to bliźniacy. Takie same jasne włoski wpadające do zielonkawych oczek i ten słodki uśmieszek... Wyglądali tak uroczo, że aż mnie mdliło. Trzecia postać dalej pozostawała na swoim miejscu tuż obok starych drzwi. Jako jedyny nadal miał kaptur na głowie.

- Lucyfer, Upadli... - zaczął chłopak. - Radujemy się, że dane jest nam was spotkać, niektórych po raz kolejny – zerknął znacząco na Księcia Piekieł i Mefisto, na co obaj zareagowali zirytowanym prychnięciem. - Innych po raz pierwszy... - gdybym żyła, to zapewne bym się zarumieniła.

- Ehh... Dosyć tego – przerwał niebieskooki. - Czego chcecie?

- Jak zapewne wiecie – Anioł nie przejął się tym, że tak niegrzecznie mu przerwano. - Wypowiedzieliśmy wam wojnę...

- I po co? - wtrącił się Raziel.

- Właśnie miałem to mówić... - chłopakowi zadrżał lekko głos.

- To mów wreszcie – Marcello rozkazał wyraźnie znudzonym tonem.

- Właśnie to próbuję od jakiegoś czasu zrobić, ale ciągle mi przerywacie! - cierpliwość ptaszydła się wyczerpała.

       Zachichotałam, zresztą nie tylko ja.

- Nie denerwuj się, braciszku – Anielica położyła mu dłoń na ramieniu. - Nie warto, Arael.

       Mefisto zagwizdał cichutko pod nosem.

- Arael, Archanioł we własnej osobie. Nie poznałem cię. No, no. Nie sądziłem, że wyślą nam tu taką osobistość... 

- Nie kpij, proszę, Mefisto.

- Niech no się zastanowię – spojrzał na Lucyfera i zaśmiał się krótko, bez cienia wesołości. - Nie.

- Tyle lat się znaliśmy...

- Właśnie – głos zielonookiego był tak przesiąknięty goryczą, że tak się wzdrygnęłam. - Tyle lat – pokiwał głową, roztrzepując włosy o barwie gorzkiej czekolady. - A ty nawet nie pisnąłeś słówka, gdy zapadł wyrok skazujący nas na wygnanie z Nieba, nawet nie drgnąłeś, gdy strącali nas do Piekła... Obchodziło cię w ogóle, co się z nami stało? Z Aniołami, których kiedyś nazywałeś przyjaciółmi?

       W sali zapadła cisza, atmosfera zrobiła się ciężka i napięta jak cięciwa łuku gotowego do strzału.

- Ja... - zaczął cichutko. - Zrobiliście coś, czego nie dało się wam wybaczyć, przykro mi – dodał już głośniej.

- A nam nie – ton Lucyfera był zimniejszy od stali. - Powiesz wreszcie, co musisz i opuścicie ten budynek?

- Gabriel chciałby omówić z tobą warunki.

- Jakie warunki? - spojrzał na niego z powątpiewaniem.

-Te, które musicie spełnić – wyjaśnił. - Albo to zrobicie albo wojna stanie się czymś nieuniknionym.

- Kiedy miałbym się go spodziewać?

- Za dwa dni.

-Przekaż mu, że czekam – kazał blondyn. - A teraz wynocha!

       Para pośpiesznie pożegnała się i opuściła twierdzę.

       Zakapturzony Anioł został.

- Nie zapomniałeś się? - Książę Piekieł był wyraźnie zmęczony użeraniem się z ptaszydłami.

       Postać zamiast odpowiedzieć, powoli odsłoniła twarz. Mefisto, który jako pierwszy zdołał dostrzec, kim był, miał nietęgą i wyraźnie zmieszną minę. Naszym oczom ukazał się może dwudziestokilkuletni chłopak o ciemnoblond włosach i szarych, pięknych, choć trochę smutnych oczach. Na jego pełnych, jasnych ustach błądził delikatny uśmiech skierowany tylko do jednej osoby – Lucyfera. Skierowałam wzrok w jego stronę. Wyglądał jakby zobaczył ducha, zbladł straszliwie, a w jego szafirowych oczach zebrały się... Łzy?

- J-jak? - tylko tyle zdołał wyszeptać.


~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~


Witajcie, kochani! C:
Tak, żyję. :D Wiem, że strasznie dawno mnie tu nie było i pewnie większość z Was skreśliła już ten blog jako stracony, ale nie, spięłam cztery litery i mam zamiar go dokończyć, gdyż już tak niewiele zostało i nie wybaczyłabym sobie, gdyby tak się nie stało. ^^'' :D 
Tak, więc... Mogę to chyba uznać jako postanowienie noworoczne, co nie? C: No, bo tak nic nie mówię, ale piszę to od 00.30 1 stycznia 2016 roku! A jest 3, więc wybaczcie, jeśli trochę mi ten rozdział nie wyszedł. xD Jeszcze go później sprawdzę. ;)
Nie zostaje mi nic innego, jak życzyć Wam szczęśliwego Nowego Roku i mam nadzieję, że za niedługo się tu spotkamy. :D

Pozdrawiam, Alexandra.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz