Pustym wzrokiem wpatrywałam się w przestrzeń. Obok mnie siedział milczący Raziel, któremu kilka minut temu opatrzyłam ranę na głowie kawełkiem jego szarego T-shirtu. Nie mogłam uwierzyć, że Marcello porzucił nas na pastwę losu. Bałam się jak nigdy, bo wiedziałam, że nie mamy szans uciec. Gdyby Raziel nie był ranny, może jeszcze mielibyśmy jakąś nadzieję... Ale ona umarła. Byłam pewna, że długo już tu nas nie będą trzymać, w jakiś sposób się nas pozbędą.
- Znaleźliście go? - spytała jedna z dowodzących.
Wróciły Anioły, które miały odnaleźć Marcellego. Odpowiedź była oczywista, gdyż nie było z nimi żadnej dodatkowej osoby.
- Przeszukaliśmy całą okolicę. Nigdzie go nie ma. Jakby rozpłynął się w powietrzu - wyznał ze strachem młody chłopak, w którym rozpoznałam Xaviera.
- To przeszukajcie jeszcze raz! - zdenerwowała się brunetka. - Zajrzyjcie pod każdy kamień, pod każdą szyszkę, wywróćcie ten las do góry nogami, ale macie go znaleźć! - krzyczała. - Nie pozwolę by jakiś sługus Lucyfera bezkarnie pałętał się po naszym terytorium!
- O-oczywiście - wyjąkał przerażony Xavier.
- I nie ważcie się wracać bez niego, jasne? - jej spojrzenie było tak ostre, że mogłaby przeciąć nim granitową płytę.
- Tak - wydusił zrezygnowany nastolatek.
***
Zbliżał się zachód słońca. W obozie zostało bardzo mało Aniołów, gdyż wszyscy znaleźli jakieś zajęcia, które wymagały opuszczenia go. Głównie były one związane z Marcello. Oprócz mnie i Raziela zostało około siedmiu osób, w tym dwoje dzieci. Grupa z Xavierem na czele rzecz jasna nie wróciła jeszcze do domu. Chwilami było mi ich nawet szkoda, ale potem przychodził gniew za to, co nam zrobili i żal wyparowywał jak kropla wody rzucona na rozgrzane węgle. Raziel czuł się lepiej, ale nadal był trochę zdezorientowany. Nagle usłyszałam, że ktoś mówi nasze imiona i nastawiłam uszu.
- To rozkaz Adrienne - tłumaczył drugiemu jeden ze strażników. Adrienne - najwyraźniej tak nazywała się ciemnowłosa dowodząca. - Więźniowie mają umrzeć jutro z rana.
Poczułam się, jakby ktoś z całej siły mnie uderzył. Zrozpaczona oparłam się o zimną i brudną korę drzewa, do którego byliśmy przywiązani.
- Nie, nie, nie... - szeptałam na wpół łkając. - Nie!
Nie chciałam umierać. Nie w taki sposób, nie wtedy... Gorące łzy spływały po moich policzkach, żłobiąc korytarze w cienkiej warstwie kurzu, która pokrywała moją bladą twarz. Gdyby on tu był, wiedziałby jak wyjść z tej opresji.
- Marcello! - krzyknęłam w ostatnim geście rozpaczy.
Nagle coś zaszeleściło w pobliskich krzakach. Dwóch strażników ruszyło w tamtym kierunku. Mnie to jednak nie obchodziło, nic mnie nie obchodziło. To pewnie było tylko jakieś leśne zwierzę, które nierozsądnie zapuściło się w te okolice. Ale oni nie wracali. Pozostali wstali ostrożnie i unieśli broń.
- Pokaż się i poddaj się! - zawołał mężczyzna, który miał nas pilnować. W jego głosie było słychać nutę niepewności.
Usłyszałam tylko gwizd i coś błyszczącego przecięło powietrze jak strzała i przyszpiliło wykształcone już skrzydła jednego z wartowników do pobliskiego drzewa. Ten zawył z bólu jak zranione zwierzę. Pozostali dwaj cofnęli się wystrzaszeni.
- Pokazać się mogę, ale poddać...? - wszędzie rozpoznałabym ten kpiący ton głosu. Moje serce zabiło szybciej. - Nigdy w życiu.
Z pomiędzy zielonej zasłony liści wyłonił się jak zawsze dumny i arogancki Marcello wraz z... Mefisto. Uśmiech mimowolnie wpełzł na moją twarz. Nie znałam dobrze Mefisto, ale i tak go lubiłam. Jego kocie szmaragdowe oczy nadawawać mu mogły trochę nieufny wygląd, ale mi to nie przeszkadzało. Wiedziałam, że był najbardziej godną zaufania osobą jaką dotąd poznałam w tej pokręconej krainie.
- To co? - mój nauczyciel zwrócił się do towarzysza. - Ja jednego, ty jednego?
Odpowiedź nadeszła sama, gdyż po chwili wyższy ze strażników stanął w płomieniach koloru oczu osoby, która je przywołała. Mefisto naprawdę był potężny... Nie tak jak Lucyfer, ale niedużo odchodził od niego umiejętnościami. Przynajmniej tak mi się wydawało. Marcello zrobił nadąsaną minę i jakby od niechcenia rzucił sztyletem w stronę ostatniego wrogiego Upadłego Anioła, który już po chwili leżał martwy na trawie, a jego bordowa krew powoli wsiąkała w ziemię jak woda w gąbkę.
- Psujesz całą zabawę - narzekał mój Przewodnik. Jakby niewzruszony tym, co właśnie uczynił, pozbierał swoje sztylety porozrzucane po całej polanie. Jego atramentowe oczy były puste. - Uwolnijmy ich, bo zaraz wróci reszta. Te dwa dzieciaki, które były schowane w namiocie pewnie są już w połowie drogi do nich.
Dopiero wtedy zrozumiałam geniusz planu Marcello. On nas nie porzucił, tylko chciał odwrócić uwagę i wrócić po nas, kiedy obóz będzie najsłabiej chroniony. Zrobiło mi się głupio, gdy przypomniałam sobie, co chwilami o nim myślałam. Z rozmyślań wyrwał mnie czyjś zniecierpliwiony głos.
- Ruszaj się, skarbie, nie mamy całego dnia - część podziwu dla Marcello zniknęła bezpowrotnie.
Więzy krepujące ruchy zelżały, aż wreszcie mogłam spokojnie spróbować się podnieść. Byłam zmuszona oprzeć się o drzewo, gdyż kolana miałam miękkie przez te dwa dni prawie kompletnego bezruchu. Po krótkiej chwili mogłam już samodzielnie stać i chodzić. Marcello musiał podtrzymywać Raziela, który straciwszy dużo krwi przez tą paskudną ranę, nie był w stanie sam ustać, a co dopiero latać.
- Lećcie sami - powiedział mój nauczyciel. - Ja wrócę z bratem pieszo.
- Nie - odparł Mefisto. - Będziecie bezbronni. Idziemy wszyscy razem.
Droga do domu trwała długo, ale na szczęście nie było żadnych nieprzyjemnych sytuacji.
***
W twierdzy ucieszono się na nasz widok. Przynajmniej większość. Rispiego nigdzie nie widziałam, a Lucyfer milczał, ale zachował spokój. Dopiero przy kolacji nie wytrzymał już.
- Jak mogłeś złamać jedną z najważniejszych zasad?! - złość kryła się w szafirowych oczach Władcy Piekieł. - Nikomu z nas nie wolno tak po prostu wlatywać sobie na wrogie terytorium! Twój brat jest ranny, a to samo mogło też spotkać twoją podopieczną...
- To mi ją odbierz - rzucił beztrosko mój Przewodnik, bawiąc się sztyletem. - Nie będę płakał.
- A wiesz, że tak zrobię?! - nie podobało mi się to, że traktowano mnie jak przedmiot, ale nie odezwałam się ani słowem. - Odbieram ci ją!
- I całe szczęście - jego bezczelność wytrącała z równowagi Pana Ciemności coraz bardziej. Clementina postanowiła zareagować.
- Uspokójcie się! - krzyknęła. - Obaj!
Marcello bez słowa wstał i wyszedł. Clementina ruszyła za nim, a ja poszłam w jej ślady, gdyż atmosfera w jadalni było nadal napięta jak struna.
Chłopak stał spokojnie w holu ze szklanką zwykłej wody w ręce. Zawsze pił ją przed snem, a służący wiedzieli już, że po kolacji mają mu ją dać. Pił tylko wodę ze źródła, które znajdowało się w lesie. Tylko on tak robił. Kolejne jego małe dziwactwo, do którego wszyscy już się przyzwyczaili.
- Braciszku... - zaczęła, ale uciążliwy kaszel nie pozwolił jej dokończyć. Nastolatek spojrzał na nią z troską.
- Masz - podał jej naczynie. - Napij się, powinno pomóc.
- Dzięki - powiedziała, biorąc je od niego i upijając spory łyk chłodnego napoju. - Idź już spać.
- Wiem - ruszył w kierunku swojego pokoju i rzucił przez ramię. - Ty też!
***
Z głębokiego snu wyrwał mnie czyjś pełen rozpaczy krzyk. Szybko zarzuciłam coś na ręce i zaniepokojona pobiegłam tam, skąd pochodził. W holu zebrało się już sporo osób, ale jakoś udało mi się dopchać do początku tego zgromawiska.
Gdy to ujrzałam, zamarłam z przerażenia. Na podłodze klęczał Marcello i trzymał w ramionach Clementinę.
Martwą.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Żyję, żyję! Przepraszam za tak długą nieobecność, ale miałam kryzys twórczy i w ogóle. Ale wracam i to z dłuższym niż zwykle rozdziałem. :) Postaram się, żeby teraz takie już były. Nowa notka powinna być jutro lub pojutrze. Będę pisać po nocach, ale takie przerwy już nie mają prawa być. :D Zwłaszcza, że zaraz koniec roku szkolnego.
Pozdrawiam wszystkich, którzy tu jeszcze zaglądają, Alexandra.
Właśnie tak się ostatnio zastanawiałam czy ci się nic nie stało xD Osobiście bardzo dziękuję *uwagapięknyukłonzprzedtaktu* za dłuższy rozdział, który bardzo mi się spodobał :) Zauważyłam, że przeczytałaś mojego bloga z historią Jedynej i chciałam poinformować (jeśli nie zauważyłaś informacji) że na razie go zawieszam i zapraszam tutaj ---> http://jedno-slowo-zmienia-wszystko.blog.onet.pl/
OdpowiedzUsuńPzdr,
Darkblood
Ps. Chyba udało mi się ogarnąć konto :v
Nic mi się nie stało, ale miło, że kogoś zainteresował mój los. :)
UsuńOstatnio nie miałam internetu, ale informację zauważyłam, jednak dopiero dzisiaj popołudniu i nie miałam, kiedy wszystkiego przeczytać, lecz jutro zaraz po szkole się tym zajmę. :) Możesz oczekiwać jutro mojego komentarzu. :)
Pozdrawiam, Alexandra.