W sali panowała grobowa cisza.
Wszyscy wpatrywali się w Lucyfera, ale nic nie mówili, nie
odważyliby się, po prostu siedzieli i powoli trawili słowa, które
właśnie padły i zawisły w powietrzu jak topór nad głową
skazańca.
Anioły są przy granicy. Anioły tu
są.
- Mówiłeś, że minie trochę
czasu, zanim zaatakują - powiedział Rispie ze wzrokiem wbitym w
podłogę. Nie widziałam jego czarnych oczu, ale byłam pewna, co
może się w nich czaić. Strach.
- Bo tak sądziłem, jasne?! -
wybuchnął niespodziewanie Książę Ciemności. Wzdrygnęłam się, podobne jak większość.
- Co nam po tym?! - gwałtownie
uniósł głowę. - Co nam daje to, że tak sądziłeś?!
- Nic! Cholera, nic nam to nie
daje!
Krispin zamilkł. Nie było sensu się
kłócić.
- No, cóż – Marcello z gracją
wstał od stołu i ruszył w kierunku drzwi. - Skoro i tak mamy mało
czasu, to radzę wam się się przygotować – wzruszył ramionami.
- Chyba, że chcecie, żeby te ptaszydła skopały wam wasze upadłe
cztery litery...
Te słowa zadziałały na nich jak
kubeł zimnej wody. Szybko ruszyli się ze swoich miejsc i bez słowa
zajęli własnymi sprawami. Mimo woli uśmiechnęłam się. Nie
miałam pojęcia, dlaczego, ale Marcello na swój sposób, na swój
bardzo dziwny sposób, potrafił postawić cały oddział do pionu.
Bez krzyku, bez gróźb, bez kar – tak po prostu.
- Czego się tak szczerzysz,
skarbie? - zmierzył mnie oceniającym wzrokiem. - Za piętnaście
minut w sali treningowej.
Westchnęłam tylko ciężko i
powlokłam się do pokoju, aby ubrać strój do ćwiczeń.
***
Z jękiem zbierałam się z maty
treningowej tylko po to, by po chwili znów zostać na nią powalona.
Marcello nie dawał mi najmniejszych szans. Czasami zastanawiałam
się, czy taki rodzaj ćwiczeń cokolwiek mi daje, bo mimo tego
wszystkiego nie umiałam nawet sprawić, by mój nauczyciel na moment
stracił równowagę, o przewróceniu nie wspominając.
- Po co mi to?! - nie wytrzymałam w
końcu, po raz kolejny tuląc się po podłogi.
- Może po to, żeby w razie walki
przeżyłaś chwilę dłużej niż minutę? - zasugerował. - Chociaż
i tak nie sądzę, byś tyle wytrzymała... - mruknął pod nosem,
ale nie na tyle cicho, bym tego nie usłyszała.
- Kiedy z tobą nie mam
najmniejszych szans! - krzyknęłam.
- A na bitwie też będziesz
narzekała, że ptaszydło, na które trafisz, jest od ciebie
silniejsze?! - warknął.
Zmieszana przyglądałam się swoim
dłoniom. Nieśmiało uniosłam wzrok i napotkałam na gniewne czarne oczy Marcello. Westchnął ciężko.
- To jest wojna, skarbie – jego
głos był łagodniejszy i zawierał w sobie nutkę... Troski? - A ja chcę,
abyś ty ją przeżyła...
Jego wypowiedź przerwał Luca, który
jak burza wpadł do sali treningowej. Szybko podszedł do mojego
Przewodnika.
- Bardzo przepraszam, że
przeszkadzam... - zaczął z widocznym lękiem. Tylko głupiec nie
bałby się Marcello. - Ale Lucyfer cię wzywa.
- Po co? - nie darzył Księcia
Piekieł zbytnim szacunkiem, zresztą nikogo nim nie darzył.
- Przybyli posłańcy ptaszy... -
zaklnął cicho pod nosem. - Znaczy Aniołów.
Obsydianowowłosy uniósł
zaciekawiony jedną brew do góry, ale bez słowa wstał i ruszył w
kierunku wyjścia z pomieszczenia.
- Ruszaj się, słońce, idziesz ze
mną – oznajmił.
Nie protestując, wstałam i pobiegłam
za nim.
***
W holu oprócz nas dwojga byli tylko
Lucyfer, Raziel, Rispie i Mefisto. Nigdzie nie widziałam posłów.
Już zaczęłam się zastanawiać, czy aby na pewno nie był to żart,
gdy nagle główne wrota otwarły się szeroko i do środka weszło
troje osób. Nie widziałam ich twarzy, gdyż te ukryte były w
cieniu rzucanym przez kaptury ich długich, śnieżnobiałych
peleryn.
- Ptaszydła! - na twarz Lucyfera
wpełzł nieprzyjemny, zdecydowanie sztuczny uśmiech. Odsunął się
on od komody, o którą dotychczas się opierał i wyszedł na
spotkanie gościom. - Powiedziałbym, że cieszę się, że was
znowu widzę, ale nie chce mi się kłamać – wyznał, nie
zmieniając mimiki twarzy.
Zaraz dało się usłyszeć śmiech
pary, która także ruszyła naprzeciw Pana Ciemności. Pozbyli się
oni już nakryć głowy, więc widzieliśmy ich lica. Była to
dziewczyna i chłopak, mniej więcej w moim wieku, może trochę
starsi. Na pierwszy rzut oka było oczywiste, że to bliźniacy. Takie
same jasne włoski wpadające do zielonkawych oczek i ten słodki
uśmieszek... Wyglądali tak uroczo, że aż mnie mdliło. Trzecia
postać dalej pozostawała na swoim miejscu tuż obok starych drzwi.
Jako jedyny nadal miał kaptur na głowie.
- Lucyfer, Upadli... - zaczął
chłopak. - Radujemy się, że dane jest nam was spotkać,
niektórych po raz kolejny – zerknął znacząco na Księcia
Piekieł i Mefisto, na co obaj zareagowali zirytowanym prychnięciem. -
Innych po raz pierwszy... - gdybym żyła, to zapewne bym się
zarumieniła.
- Ehh... Dosyć tego – przerwał
niebieskooki. - Czego chcecie?
- Jak zapewne wiecie – Anioł nie
przejął się tym, że tak niegrzecznie mu przerwano. -
Wypowiedzieliśmy wam wojnę...
- I po co? - wtrącił się Raziel.
- Właśnie miałem to mówić... -
chłopakowi zadrżał lekko głos.
- To mów wreszcie – Marcello
rozkazał wyraźnie znudzonym tonem.
- Właśnie to próbuję od jakiegoś
czasu zrobić, ale ciągle mi przerywacie! - cierpliwość ptaszydła
się wyczerpała.
Zachichotałam, zresztą nie tylko ja.
- Nie denerwuj się, braciszku –
Anielica położyła mu dłoń na ramieniu. - Nie warto, Arael.
Mefisto zagwizdał cichutko pod nosem.
- Arael, Archanioł we własnej
osobie. Nie poznałem cię. No, no. Nie sądziłem, że wyślą nam tu taką
osobistość...
- Nie kpij, proszę, Mefisto.
- Niech no się zastanowię –
spojrzał na Lucyfera i zaśmiał się krótko, bez cienia
wesołości. - Nie.
- Tyle lat się znaliśmy...
- Właśnie – głos zielonookiego
był tak przesiąknięty goryczą, że tak się wzdrygnęłam. -
Tyle lat – pokiwał głową, roztrzepując włosy o barwie
gorzkiej czekolady. - A ty nawet nie pisnąłeś słówka, gdy
zapadł wyrok skazujący nas na wygnanie z Nieba, nawet nie
drgnąłeś, gdy strącali nas do Piekła... Obchodziło cię w
ogóle, co się z nami stało? Z Aniołami, których kiedyś
nazywałeś przyjaciółmi?
W sali zapadła cisza, atmosfera
zrobiła się ciężka i napięta jak cięciwa łuku gotowego do
strzału.
- Ja... - zaczął cichutko. -
Zrobiliście coś, czego nie dało się wam wybaczyć, przykro mi –
dodał już głośniej.
- A nam nie – ton Lucyfera był
zimniejszy od stali. - Powiesz wreszcie, co musisz i opuścicie ten
budynek?
- Gabriel chciałby omówić z tobą
warunki.
- Jakie warunki? - spojrzał na
niego z powątpiewaniem.
-Te, które musicie spełnić –
wyjaśnił. - Albo to zrobicie albo wojna stanie się czymś
nieuniknionym.
- Kiedy miałbym się go spodziewać?
- Za dwa dni.
-Przekaż mu, że czekam – kazał
blondyn. - A teraz wynocha!
Para pośpiesznie pożegnała się i
opuściła twierdzę.
Zakapturzony Anioł został.
- Nie zapomniałeś się? - Książę
Piekieł był wyraźnie zmęczony użeraniem się z ptaszydłami.
Postać zamiast odpowiedzieć, powoli
odsłoniła twarz. Mefisto, który jako pierwszy zdołał dostrzec,
kim był, miał nietęgą i wyraźnie zmieszną minę. Naszym oczom ukazał się może
dwudziestokilkuletni chłopak o ciemnoblond włosach i szarych,
pięknych, choć trochę smutnych oczach. Na jego pełnych, jasnych
ustach błądził delikatny uśmiech skierowany tylko do jednej osoby
– Lucyfera. Skierowałam wzrok w jego stronę. Wyglądał jakby
zobaczył ducha, zbladł straszliwie, a w jego szafirowych oczach
zebrały się... Łzy?
- J-jak? - tylko tyle zdołał
wyszeptać.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Witajcie, kochani! C:
Tak, żyję. :D Wiem, że strasznie
dawno mnie tu nie było i pewnie większość z Was skreśliła już
ten blog jako stracony, ale nie, spięłam cztery litery i mam zamiar
go dokończyć, gdyż już tak niewiele zostało i nie wybaczyłabym
sobie, gdyby tak się nie stało. ^^'' :D
Tak, więc... Mogę to
chyba uznać jako postanowienie noworoczne, co nie? C: No, bo tak nic
nie mówię, ale piszę to od 00.30 1 stycznia 2016 roku! A jest 3,
więc wybaczcie, jeśli trochę mi ten rozdział nie wyszedł. xD
Jeszcze go później sprawdzę. ;)
Nie zostaje mi nic innego, jak życzyć
Wam szczęśliwego Nowego Roku i mam nadzieję, że za niedługo
się tu spotkamy. :D
Pozdrawiam, Alexandra.