sobota, 17 października 2015

Rozdział 46

       W sali zapadła grobowa cisza nie zmącona nawet najlżejszym dźwiękiem. Wszystko zamarło. Wydawało mi się, że ten stan utrzymywał się przez kilka godzin, choć w rzeczywistości minęło zaledwie kilkanaście sekund nim ktoś wreszcie odważył się odezwać.

- Co...? - zaczął Rispie, a jego głos wydał się słaby, wręcz ledwo słyszalny. Przerwał i odchrząknął. - Co takiego zrobiły? - spytał nadal niepewnie, ale już odrobinę głośniej.

- To, co powiedziałem - westchnął ciężko Lucyfer. - Wypowiedziały nam wojnę.

       Nagle usłyszałam huk i szybko skierowałam wzrok w stronę, z której pochodził hałas. Marcello wstał gwałtownie z krzesła, przewracając je przy okazji, ale w ogóle go to nie obeszło. Nie widziałam jego twarzy, ponieważ była zasłonięta przez czarne jak noc włosy. Chłopak wyszedł pośpiesznie z jadalni bez słowa z głową nadal pochyloną i spojrzeniem wbitym w podłogę. Zdezorientowana spojrzałam na Mefisto, lecz on tylko wzruszył ramionami.

- Przepraszam - rzuciłam w jego stronę i prędko ruszyłam za moim Przewodnikiem.

***
   
      Znalazłam go dopiero po kilkunastu minutach na dachu. W duchu skarciłam się, że nie zajrzałam tu najpierw. Siedział pochylony praktycznie na krawędzi, czego w pierwszej chwili nie zauważyłam. Serce zabiło mi gwałtowniej ze strachu. Wspomnienia wróciły, a czarne przerażenie ogarnęło mnie całą. Zupełnie zapomniałam, że przecież ma skrzydła i na pewno nic sobie nie zrobi.

- Marcello! - krzyknęłam głośno.

      To był błąd. Chłopak obrócił się i... Stracił równowagę. Tylko na moment, ale ten moment starczył. Wszystko działo tak szybko. W jednej chwili widziałam jak znika za krawędzią dachu, a w drugiej rzucałam się już za nim. Zrobiłam to instynktownie. On jednak instynktownie wykształcił skrzydła, a ja nie. Strach mnie sparaliżował. Jedyne, co czułam, to szybkość z jaką pędziłam ku ziemi, huk wiatru i to, że powoli, acz nieubłaganie tracę przytomność. Czarna, gęsta mgła zasłoniła mi już całkowicie widok, gdy nagle czyjeś silne ramiona oplotły mnie w talii. W jednej chwili znów zaczęłam piąć się ku górze, na dach. Zemdlałam,

***

       Obudziłam się w swoim pokoju. Znajomy widok czerwonych ścian uspokoił mnie - to wszystko było tylko złym snem. Już chciałam obrócić się na drugi bok i dalej spać, gdy dostrzegłam ciemną postać na krześle w kącie pomieszczenia. Ubrany zawsze w najgłębszą czerń, z włosami jak atrament i bladą, wręcz białą cerą wyglądał jak niesamowicie. Mroczny i piękny. Śmierć o twarzy anioła.

       Nagle uświadomiłam sobie, że dzisiejsze wydarzenia to nie wymysł mojej wyobraźni, lecz rzeczywistość. Poczułam, że po poliku spływa mi pojedyncza łza.

- Czemu to zrobiłaś? - usłyszałam cichy głos Marcello. Nie był zły, ale lekko zdezorientowany.

       Głośno przełknęłam ślinę.

- Przepraszam... - miałam już łzy w oczach. - Ale chodzi pewne sprawy z przeszłości... Gdy zobaczyłam cię tam, przy krawędzi... Moja matka, ona... - płakałam, nienawidziłam wspominać jej samobójczej śmierci.

       Przytulił mnie.

- To było t-tak dawno temu, ale wciąż cholernie b-boli - łkałam jak dziecko. Nie chciałam pokazywać przy nim słabości, jednak nie potrafiłam dalej dusić w sobie emocji.

      Staliśmy tak, wtuleni w siebie przez kilka, aż w końcu się uspokoiłam i przestałam beczeć. Odsunął mnie na długość ramienia.

- Wiesz, że jutro nie dam ci żyć, prawda, skarbie? - w jego czarne jak smoła oczach nie była ani grama wesołości, lecz mimo to roześmiałam się.

- Tak, wiem - poczułam się lżej na duchu.

- Czego się cieszysz? - uniósł ciemne brwi w geście zdziwienia. - Ja tu mówię, że ten trening to będzie istna katorga, a ty szczerzysz mordkę, jakbym powiedział, że przefarbowałem Lucusiowi włosy na różowo, gdy spał - pokręcił głową.- A nie zrobiłem tego - wyjaśnił, po czym dodał. - Jeszcze.

- Nie odważyłbyś się - podpuszczałam go.

- Czyżby? - spytał. - Dobra, idź spać, skarbie - rozkazał i ruszył w stronę drzwi.

        Nie przesunęłam się ani o milimetr, więc dodał.

- Mówię serio - powiedział. -  Jeśli uważasz, że dotychczas było ciężko, to wyobraź sobie to wszystko razem i pomnóż razy dziesięć.

       Był już prawie w korytarzu, gdy odwrócił się jeszcze na moment.

- Może sobie jeszcze tego nie uświadomiłaś, ale mamy wojnę, skarbie.



  ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~



Hej!
Strasznie przepraszam, ale z pewnych powodów osobistych nie mogłam ostatnio zbyt dużo uwagi poświęcić blogowi, lecz NAPRAWDĘ powinno już być ok. Rozdziały będą pojawiać się w miarę możliwości. :)
Przy okazji bardzo bym prosiła o komentarze, specjalnie umożliwiłam komentowanie anonimowe. :) Niesamowicie motywują mnie do działania każde Wasze opinie.
Pozdrawiam wszystkich czytających, Alexandra.
PS, Dziękuję z całego serduszka za ponad 3000 tyś. wyświetleń! Jesteście cudowni! <3


Ogłoszenie

     Przepraszam, że cały czas nie ma nowej notki, ale mam teraz trochę rzeczy na głowie i najpierw muszę je skończyć. :( Od razu zapowiadam, że rozdział 46 pojawi się najpóźniej jutro wieczorem. :)
Pozdrawiam i mam nadzieję, że ktoś to jeszcze czyta, Alexandra.

wtorek, 6 października 2015

Rozdział 45

         Z dziką furią w fiołkowych oczach wpatrywałam się w Marcello, który stał sobie, jak gdyby nic i mierzył nas kpiącym wzrokiem. Zapragnęłam zetrzeć mu ten arogancki uśmieszek z twarzy raz na zawsze. Spojrzałam na mojego towarzysza. Mefisto także wyglądał jakby zaraz miał się rzucić na mojego Przewodnika. Wiedziałam jednak, że na pewno tak nie zrobi. To nie było w jego stylu. Wziął kilka głębokich oddechów i zapytał spokojnym już głosem.

- Czy coś się stało, że niepokoisz nas o tej porze?

- Lucek wzywa - odparł i nagle stracił całe zainteresowanie rozmówcą. Najwyraźniej znudziła mu się już ta konwersacja.

        Mefisto rzucił mi pytające spojrzenie. Wzruszyłam ramionami.

- Idziecie, czy będziemy tu stali cały dzień? - zwrócił głowę ku czerwonego słońcu chowającemu się za widnokręgiem. - A raczej koniec dnia - poprawił.

        Prychnęłam z irytacją.

- Ty... - zaczęłam, ale zielonooki powstrzymał mnie ruchem ręki.

- Nie tęp języka, Lucio. Na takich jak on nie warto.

- Oj, jakże mi przykro to słyszeć - udał smutek, lecz zaraz roześmiał się prześmiewczo.

- Chodźmy już, bo Lucyfer się wścieknie - westchnęłam zrezygnowana.

- Wreszcie mówisz coś z sensem, skarbie!- rozpromienił się Marcello. - A teraz szybko.

         Chwyciłam bruneta za rękę i pociągnęłam w stronę mojego nauczyciela. Zobaczyłam, że Mefisto kręci głową.

- Przecież nic mu nie mogę zrobić - wyjaśniłam, chociaż nikt mi nie kazał.

***

          Byliśmy już w holu, gdy Mefisto zatrzymał się gwałtownie.

- A tak właściwie to czego chce od nas Lucyfer? - zapytał.

- A skąd mam wiedzieć? - Marcello spojrzał na niego jak na idiotę. - Może mam ci to wyczytać z fusów od herbaty, co?

           Rozchyliłam usta ze zdziwienia.

- Czyli ciągniesz nas aż tu, a nawet nie masz pojęcia w jakim celu?!

- Oczywiście, słońce - otworzył drzwi do jadalni. - Bo niby czemu nie?

          W pomieszczeniu znajdowało się zaledwie kilka osób... Czyli to nie wiadomość dla każdego. Nagle ogarnęło mnie przeczucie, że jestem tu tylko dlatego, że byłam z Mefisto. Gdybym to popołudnie spędziła z Kimiko i Lucą, zapewne nawet by on mnie nie pomyślano...

          Omiotłam wzrokiem salę. Rispie dyskutował o czymś zażarcie z Agnes, a  Marcello odsunął krzesło od stołu i zaczął się na nim bujać. Nie przeszkadzało mu to jednak w zabawie sztyletem. Pana Piekieł jeszcze nie było. Przysunęłam się bliżej Mefisto, czułam się nieswojo.

          Nagle wrota otworzyły się, a do pokoju wszedł Lucyfer i Raziel. Miny mieli nietęgie, dlatego mój niepokój stał się jeszcze większy.

- Wprowadzić więźnia - rozkazał blondyn.

          Dwóch postawnych strażników wkroczyło do środka, ciągnąc za sobą Anioła, jakby był workiem ziemniaków, a nie żywą istotą. Zostawili ją w centrum jadalni, a zrobili to z takim obrzydzeniem, jakby była kimś gorszym. Owszem, to Anioł, nasz wróg, ale to my byliśmy potępieni, nie ona.

- Wstań.

           Dziewczyna posłusznie wykonała polecenie. Wciągnęłam powietrze z głośnym świstem. Mary Alice wyglądała okropnie. Była bardzo wymizerniała. Już z daleko widziałam, że straszliwie schudła. Jej śliczną twarzyczkę pokrywały liczne rozcięcia i siniaki, dawne rumieńce zniknęły, a jasne oczy straciły blask. Wydawała się cieniem starej siebie.

           Łzy zapiekły mnie pod powiekami. To moja wina. Wiedziałam, że straże jakimś cudem odkryły, że ktoś ją odwiedził, ale nie mieli pojęcia, że to ja. Nie zostałam, więc ukarana, ale ona najwidoczniej  tak. Nie miałam żadnych wieści o niej aż do dzisiaj... I może wolałabym dalej żyć w tej błogiej nieświadomości i nadziei, że nie skrzywdzą dziecka... Ale to zrobili.

- A teraz powtórz to, co powiedziałaś mi wcześniej.

           Nastąpił moment ciszy, który przerwał w końcu czyjś słaby głosik.

- Macie wśród was zdrajcę - zaczęła. - Nie wszystko jest takie, jakim się wydaje, ale wy musicie już wiedzieć, jak to rozróżnić.

- I tyle? - Rispie odezwał się. - Nic innego nie powiedziała?

- Nawet najpiękniejsza róża ma kolce, pamiętajcie o tym... - zamilkła.

- Nie mówi nic więcej od kilku dni - westchnął ciężko Lucyfer. - Ciągle tylko powtarza o tej róży, cokolwiek by znaczyło.

- Tylko dlatego nas wezwałeś? - spytała naiwnie Agnes.

- Nie - uniósł głowę pierwszy raz odkąd tu przyszedł. W szafirowych oczach krył się lód. - Anioły wypowiedziały nam wojnę.


~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~


Przepraszam za tak długą nieobecność, ale nie było mnie w Polsce przez jakiś czas, ale już jestem i znów zabieram się za pisanie pełną parą. :)
Rozdział może wydać się trochę nudny i krótki, ale jak już wiadomo jest tylko wstępem do czegoś dużo ciekawszego. :D
Dziękuję bardzo wszystkim, którzy wytrwali ze mną i jeszcze to czytają. :) Nie wiem, co bym bez was zrobiła.
Pozdrawiam i zapraszam do wzięcia udziału w nowej ankiecie, Alexandra.