sobota, 29 sierpnia 2015

Rozdział 44

          Nie spałam już, ale nie miałam siły wstać, więc po prostu leżałam z twarzą ukrytą w miękkiej poduszce. Nagle usłyszałam donośne pukanie do drzwi, co tylko spotęgowało już i tak okropny ból głowy. Jęknęłam niezadowolona.

- Proszę - mruknęłam cicho w materiał, który praktyczne całkowicie stłumił wszelki dźwięk, więc powtórzyłam głośniej. - Proszę!

          Nie zmieniłam swojej żałosnej pozycji nawet wtedy, gdy ten ktoś wszedł do mojego pokoju. Byłam zbyt obolała. Łaskawie przewróciłam się na plecy i uniosłam leciutko na łokciach dopiero wtedy, gdy mój gość usiadł w nogach łóżka. W trakcie tej czynności wszystkie krucze włosy spadły mi na twarz i całkowicie przesłoniły widok na świat. Czyjaś zimna dłoń odgarnęła mi je za uszy tak delikatnie, jakby bała się, że pod wpływem gwałtowniejszego ruchu mogę rozpaść się na malusieńkie kawałeczki.

- Cześć - wydusiłam i uśmiechnęłam się słabo.

- Co on ci zrobił? - wyszeptał zdumiony Mefisto i pokręcił załamany głową.

- Zwykły trening - odparłam wymijająco.

- Rozumiem, że mam nie drążyć tematu? - cały czas bacznie mi się przyglądał.

- Dokładnie - przytaknęłam, a on tylko westchnął ciężko.

- Rozumiem też, że mam przyjść później?

- Daj mi godzinę - poprosiłam, a on wciągnął głęboko powietrze i powoli je wypuścił.

- Równo za sześćdziesiąt minut będę - ostrzegł mnie i wyszedł z pomieszczenia.

         Jeszcze przez moment wpatrywałam się w szkarłatne ściany. Nagle zerwałam się z pościeli jak oparzona, uświadamiając sobie jak mało mam czasu. Nie wiedziałam, gdzie pójdziemy, więc nie miałam pojęcia co ubrać. W końcu zdecydowałam się na czarne rurki i cienki sweter tego samego koloru. W sumie nie miałam zbyt dużego wyboru, ponieważ w mojej szafie były ubrania w samych żałobnym odcieniach. Najwyraźniej Upadłym Aniołom nie wypada wdziewać radośniejszych barw.

        Jeszcze nie uczesałam nawet włosów, które były wtedy w opłakanym stanie, gdy ponownie usłyszałam pukanie do drzwi. Zdziwiona spojrzałam na zegarek. Zostało mi jeszcze dobre piętnaście minut...

        Zaciekawiona, kto mógł wtedy czegoś ode mnie chcieć, poszłam otworzyć, kończąc układać fryzurę. Uchyliłam lekko i aż odskoczyłam z cichym piskiem.

        Marcello z czystym szaleństwem w atramentowych oczach i rozbawieniem błąkającym się na czerwonym ustach.

        Czerwonych od krwi.

- Co ci się stało? - pisnęłam przerażona.

- Zdenerwowałem Rispiego w stopniu wystarczającym, żeby pragnął mnie teraz zabić, skarbie - odparł z niewzruszonym spokojem i nie czekając na pozwolenie, wszedł do pomieszczenia.

- Czyli tak jak zwykle? - zamknęłam na wszelki wypadek wrota na klucz.

       Nie chciałam, żeby mój porywczy braciszek wpadł ku jak burza i na miejscu zabił mojego nauczyciela. Nie chodziło tu oto, że nagle zaczęłam się strasznie martwić o Marcello, ale wolałam, aby swoje porachunki rozstrzygnęli gdzie indziej.

- Tak, słońce - przyznał owijając w bawełnę, czego nie robił nigdy. Zawsze był szczery do bólu.

- A co ci się stało... Tu? - spytałam, zakreślając dłonią obszar wokół swoich ust.

- No cóż... - zaczął. - Możesz pogratulować bratu dobrego uderzenia, kotku.

       Dopiero wtedy dostrzegłam rozcięcie nad górną wargą. Pokręciłam zrezygnowana głową.

- Zabijesz się kiedyś przez swoją głupotę - jęknęłam. - Albo cię zabiją...

       Nie zdążył odpowiedzieć, bo przerwało mu trzecie już dzisiaj pukanie do drzwi. Spojrzał na mnie z niemym pytaniem w czarnym jak noc oczach i uniósł lekko jedną brew.

       Oczekujesz kogoś?

- To Mefisto - wyjaśniłam, a on aż zagwizdał cichutko.

- No nieźle, kochanie - powiedział z (?) podziwem. - Naprawdę nieźle - prychnął i znów na jego lico wkroczył zwykły dla niego arogancki półuśmieszek.

        Bez słowa wpuściłam Mefisto do pokoju, a on, ku mojego ogólnemu zdziwieniu, wybuchnął szczerym śmiechem.

- Więc już wiem dlaczego Rispie chodzi cały podminowany - spojrzał na mojego Przewodnika i posłał mu współczujące spojrzenie zielonych jak trawa oczu . - Radzę ci nie pokazywać mu się do końca dnia, bo nawet ty możesz nie wyjść z tego cało.

        Marcello posłał mu oburzone spojrzenie.

- Już z nie takich kłopotów wychodziłem cało - fuknął.

- Cało? -  starszy brodą wskazał krwawiącą wargę.

- To jedynie element zabawy - przyjrzał mu się krytycznym wzrokiem, jakby nie rozumiejąc jak ten wcześniej tego nie zauważył. Przecież to było takie oczywistego... Dla niego.

- Ja nie widzę w tym nic miłego...

- Więc jesteś ślepy - przerwał mu bezczelnie młodszy chłopak, co wprawiło tylko bruneta w jeszcze większe rozbawienie. Czarnowłosy bez słowa zaczął obracać w dłoni swój ukochany sztylet, a ja zastanawiałam się skąd on go wyjął.

- Idziemy, Lucio? - zwrócił się do mnie po raz pierwszy odkąd tu wszedł Mefisto.

- O- oczywiście - odparłam pośpiesznie i spojrzałam na Marcello, którego rzecz jasna tam nie było.

         Zniknął. Znowu.

- Nie cierpię, kiedy to robi - wyznałam i już chciałam wyjść, gdy mój towarzysz powstrzymał mnie ruchem ręki.

        Spojrzałam na niego zdziwiona.

- Weź to - powiedział, podając mi ciemnofioletowy płaszczyk sięgający do połowy uda. - Może być chłodno - wyjaśnił, po czym dodał z uśmiechem. - Poza tym pasuje do twoich ślicznych oczu.

        Zarumieniłam się cała i odebrałam od niego ubranie. Zaśmiał się ciepło i chwycił mnie za rękę.

- Co powiesz na mały spacer? - spytał, gdy szliśmy przez korytarz.

- Z miłą chęcią - odpowiedziałam, nie zwracając uwagi na zaciekawione spojrzenia mijających nas Upadłych Aniołów. Kimiko pokazała mi dwa kciuki w górę, a towarzyszący jej Luca uniósł zdziwiony brwi, widząc nasze splecione dłonie.

        Zaśmiałam się pod nosem z reakcji przyjaciół, których nie miałam ostatnio okazji zbyt często widywać.

- O co chodzi? - brunet po mojej lewej poszedł za moim wzrokiem i zmarszczył brwi.

- O nic - nadal się uśmiechałam i dodałam. - Ale potem będę musiała się mocno tłumaczyć tym tu dwóm wścibskim paplom - pokazałam im język i po raz kolejny nie mogłam powstrzymać wesołości, ale tym razem Mefisto dołączył się do mnie.

- No nie powiem - zaczął, gdy wyszliśmy już z budynku. - Niezwykłymi osobami się otaczasz.

- Siebie też wliczasz? - zainteresowałam się i popatrzyłam na sporo wyższego ode mnie chłopaka.

- Być może - posłał mi jeden z tych swoich uśmiechów, które całkowicie mnie rozbrajają.

***

        Spacerowaliśmy po lesie, rozmawiając o głupotach i śmiejąc się bez przerwy. Wydawało mi się to chwilą, a okazało się, że zaraz zapadnie zmierzch. Nie zauważyłam nawet, kiedy minęło te kilka godzin.

        Usiedliśmy na powalonym pniu starego drzewa i zamilkliśmy pierwszy odkąd wyszliśmy z zamku. Zatrzęsłam się mimo woli. Zrobiło się naprawdę chłodno, a cienki płaszczyk nie chronił dobrze przed zimnem. Mefisto objął mnie bez słowa ramieniem i przysunął do siebie. Wtuliłam się w jego ciepły tors i dalej obserwowaliśmy piękny zachód słońca.

        Nagle Mefisto skierował twarz w moją stronę. Wystarczyło jedno spojrzenie szmaragdowych oczu, abym odczytała z nich jego intencje jak z otwartej księgi. Nic nie zrobiłam nawet wtedy, gdy zaczął powoli zmniejszać dystans między nami. Chciałam tego tak samo jak on. Przymknęłam lekko powieki, czekając na to co miało się zaraz wydarzyć. Już niemal czułam dotyk jego ust na moich wargach, jego ciepły oddech tuż przy mojej twarzy...

- Przeszkadzam w czymś? - doszedł do nas czyjś rozbawiony głos, a ja w tej chwili zapragnęłam zabić Marcello gołymi rękami.



       ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~



Hej, to znowu ja! :)
Przepraszam, że w zeszłym tygodniu nie było notki, ale miałam do zrobienia pewne sprawy rodzinne niecierpiące zwłoki. :/ Ale już wszystko wreszcie załatwione. :D
Oficjalnie oświadczam, że nowy rozdział będzie ukazywał się co sobotę i mam nadzieję, że wytrwam w tym postanowieniu. :)
Pozdrawiam każdego, który jeszcze to czyta, Alexandra.


wtorek, 4 sierpnia 2015

Rozdział 43

      Obudziłam się cała zesztywniała, bolał mnie każdy, nawet najmniejszy kawałek ciała. Wiedziałam, że to były właśnie skutki wczorajszego lotu i tego, że położyłam się spać w przemoczonych ubraniach. Z cichym jękiem podniosłam się z posłania i z wielkim ociąganiem powlokłam się do łazienki.

      Ciepła woda rozluźniła nieco napięte mięśnie i zmyła ze mnie resztki porannego złego humoru. Z nowymi pokładami energii ruszyłam w kierunku kuchni w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. Nie chciałam jeść ze wszystkimi, dlatego po prostu chwyciłam pierwsze z brzegu jabłko i udałam się do ogrodu na tyłach twierdzy.

      "Ogród" był niewielkim skrawkiem wolnej przestrzeni nieodgrodzonym jeszcze od budynku wysokim płotem. Jedyne co tu rosło to trawa, drzewa i jakieś chwasty. Gdzieniegdzie stały stare, porośnięte mchem posągi przedstawiające jakiś ludzi. Nie było to miejsce miłe ani przyjazne dla gości, ale ja jednak je lubiłam. Praktycznie zawsze miałam tu spokój i ciszę, bo mało kto zagłębiał się w te okolice. Przyniosłam tu nawet kiedyś jakieś deski, z których robiłam sobie prowizoryczną ławeczkę.

      Siedziałam właśnie na częściowo zawalonym murku i rozkoszowałam się ciepłym promieniami porannego słońca, gdy usłyszałam czyjeś kroki i szepty. Szybko ukryłam się za stertą gruzu i zaczęłam obserwować przybyszy. Niby nie było jasnego zakazu przebywania tu, ale wolałam, żeby nikt mnie nie zauważył. Dopiero po chwili dostrzegłam wyłaniającego się za rogu wysokiego blondyna i trochę niższego bruneta... Lucyfer i Mefisto. Bruneta?! Wydawało mi się, że Mefisto był ciemnym blondynem, co najwyżej szatynem... Pokręciłam głową. Przecież, kiedy pierwszy raz go zobaczyłam, było ciemno. Postanowiłam przestać o tym myśleć i wytężyłam słuch, żeby usłyszeć o czym mówią.

- Przy zachodniej granicy patrole widziały wrogie oddziały - powiedział brunet tak cicho, że ledwo wyłapałam poszczególne słowa.

- Nie rozumiem, co w tym takiego dziwnego - wzruszył ramionami Pan Piekła. - Przecież oni też mają prawo - prychnął. - Obowiązek pilnowania tamtych terenów.

- Tak, ale... - głośno wciągnął powietrze. - To nie byli ludzie Adrienne - dodał szybko.

         Adrienne - przywódczyni Upadłych Aniołów, którzy nie chcieli żyć pod całkowitą władzą Lucyfera. Tych samych, którzy uwięzili wtedy mnie, Raziela i Marcello. Ledwo powstrzymałam się, aby nie splunąć na ziemię.

        Władca Ciemności zatrzymał się gwałtownie i po raz pierwszy w czasie tej rozmowy jego wzrok powędrował ku towarzyszowi. Jego szafirowe tęczówki błyszczały z zaciekawienia. Nie było w nich ani grama niepokoju.

- Więc, kto to był? - patrzył na niego wyczekująco.

- Nie wiemy jeszcze, ale postaramy się szybko tego dowiedzieć - odparł natychmiast, a jego szmaragdowe kocie oczy pozostały zimne jak stal.

- W takim razie będę czekał - ruszył w kierunku budynku, zostawiając Mefisto samego. - Do zobaczenia później! - rzucił już cieplej.

         Chciałam dyskretnie się oddalić, ale coś, a raczej ktoś, mnie powstrzymał. Poczułam czyjąś dłoń na ramieniu i uniosłam zdumiona wzrok. Mefisto uśmiechał się przyjaźnie. Przeklęłam w duchu jego zwinność i bezszelestne poruszanie się. Wyprostowałam się, ale zaraz pochyliłam skruszona głowę. Lubiłam Mefisto i nie chciałam, aby miał o mnie złe zdanie.

         Usłyszałam jego śmiech, ale nie był to śmiech pełen kpiny czy politowania, był radosny i szczery.

- Masz trochę tynku we włosach, Lucio - delikatnie zaczął go strzepywać, a ja momentalnie spłonęłam rumieńcem. Jednak  czułam się w środku miło doceniona. W końcu zapamiętał moje imię, prawda?

- Ja... - zaczęłam speszona.

- Nic się nie stało - przerwał za co w duchu mu dziękowałam, bo nie miałam pojęcia, co mówić. - Nie mu nie powiem, jasne? - podniosłam ku niemu fiołkowe oczy i natychmiast znowu się zaczerwieniłam, gdyż patrzył prosto na mnie.

          Zachichotał.

- Uroczo wyglądasz, wiesz? - moja twarz już chyba nie mogła być bardziej szkarłatna. - Ej - dźgnął nie lekko w bok. - Obiecuję, nie pisnę nawet słówka - bardziej ukryłam się za czarnymi włosami. - No rozchmurz się wreszcie - dźgnął mnie po raz kolejny i już nie byłam w stanie powstrzymać śmiechu. Na ten dźwięk uśmiechnął się szeroko. - Słodko się śmiejesz.

- Wcale nie - wykrztusiłam, ale mimo to nie przestałam tego robić. - Brzmię jak ranny delfin - dla polepszenia efektu, udałam owego ssaka.

- Ale naprawdę przeuroczy ranny delfin - uznał, co wywołało u nas obojga kolejny atak wesołości.

          Uderzyłam go leciutko w ramię. Zrobił minę jakby miał zaraz się rozpłakać, ale ja dobrze wiedziałam, że udaje. Kiedy zrozumiał, że to na mnie nie działa, westchnął zrezygnowany.

- Na Lucyfera to zwykle działało - wyznał, lecz zaraz dodał. - No, ale mieliśmy wtedy po cztery lata i byliśmy jeszcze ''tymi dobrymi" aniołami - ostanie słowa wypowiedział z nader widoczną kpiną, zakreślając w powietrzu cudzysłów.

          Wiedziałam, że Lucyfer i Mefisto znali się już wcześniej, ale nigdy nie sądziłam, że już od dziecka... Nie chciałam wtedy o tym myśleć, więc tylko uśmiechnęłam się promiennie.

- A tak nie z tematu - zaczął chłopak. - Nie powinnaś mieć teraz treningu z Marcello? - zainteresował się.

- W sumie tak, ale nie mam pojęcia, czy on w końcu nadal jest moim Przewodnikiem, czy nie - wyznałam.

- Nikt tego nie wie, skarbie - doszedł do nas dobrze mi znany arogancki ton głosu.

- Ja wiem - wtrącił się Mefisto.

- Zamknij się - rzucił Marcello szybko, nadal się uśmiechając. - Nie odchodzi mnie to - dodał. - Masz oczywiście trening, kochanie, bo mam naprawdę paskudny humor i muszę go jakoś rozładować - najlepiej dając ci niezły wycisk na ćwiczeniach - ciągnął dalej. - Więc pożegnaj się ze swoim nowym koleżką i chodź już wreszcie, słoneczko - wycedził przez naciśnięte zęby, wyraźnie już zirytowany i pociągnął mnie za rękę.

            Mefisto już chciał mi pomóc, ale powstrzymałam go gestem ręki. Posłałam mu przepraszające spojrzenie i pobiegłam za moim jakże denerwującym nauczycielem.

- Zobaczymy się później? - zawołał za mną brunet.

- Jasne! - rzuciłam przez ramię i omal nie potknęłam się o wystający z ziemi kamień.

- Uważaj, kotku, bo coś sobie jeszcze zrobisz, a tego byśmy nie chcieli, prawda? - wyszczerzył się przerażająco mój nauczyciel, a w jego czarnych jak smoła oczach pojawiły się szaleńcze błyski. Jeszcze jedna rzecz zwróciła moją uwagę.

- Masz nową fryzurę? - pytanie ni z gruszki ni z pietruszki, ale jednak naprawdę mnie to zainteresowało. Atramentowe włosy Marcello zwykle w nieładzie i opadające na twarz, wtedy były zaczesane do góry i ogólnie jakby dopracowane.

- Po prostu je ułożyłem - westchnął ciężko, jakby załamany moim nieprofesjonalnym zachowaniem. - Odkąd tu jesteś nie mam jakoś szczególnie dużo czasu na takie przyziemne rzeczy, wiedziałaś, skarbie? Wybacz, że tego nie robiłem, będąc przywiązanym do drzewa lub walcząc z obrażonym Książątkiem Piekła.

            Postanowiłam nie odpowiadać. Już i tak wystarczająco go wkurzyłam.
           
***

           Marcello jak to Marcello postanowił wyładować całą swoją złość i frustrację na mnie. Pod koniec treningu była już tak zmęczona, że ledwo stałam na nogach. Jedynym moim marzeniem był sen. Po szybkim prysznicu po prostu rzuciłam się na łóżko i wpadłam w objęcia Morfeusza.



     ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~



Cześć, hello, hola, ciao, guten Tag, bonjour i jeszcze jakikolwiek język byście chcieli! :D Wróciłam! Z nowym zapałem, z nową energią i nowymi pomysłami. :) Strasznie, strasznie przepraszam! Miałam taki brak weny, że głowa mała. :/ Ale już mi przeszło i oby na stałe! :D Od razu uprzedzam, że mimo, iż znowu zabieram się za pisanie pełną parą, nowa notka będzie się pojawiać raz, czasem dwa razy w tygodniu. :( Chociaż są wakacje, nie zawsze mam czas albo po prostu chęci. No, ale już nie marudzę. :)
Pozdrawiam i życzę miłych wakacji, Alexandra.
Ps. Na dworze 30 ileś stopni w cieniu, a ja siedzę w nagrzanym, dusznym pokoju, więc wybaczcie ewentualne błędy, lecz już wszystko mi się plącze. :D