wtorek, 30 czerwca 2015

Przerwa

     W związku z moim wyjazdem nowy rozdział ukaże się dopiero 21.07. :( Nie będę miała raczej możliwości wrzucenia czegoś wcześniej, gdyż najprawdopodobniej nie uda mi się połączyć z internetem. :( Chciałam wszystkich, którzy jeszcze czytają tego bloga bardzo przeprosić, ale tym razem nie mogę nic zrobić. Przecież nie wezmę internetu do wiadra, prawda? :) Jeżeli ktoś nie przeczytał jeszcze rozdziału 42, to serdecznie do tego zachęcam, tak samo jak do odpowiedzenia na zadane pod nim pytanie. :) Pozdrawiam i życzę przemiłych wakacji, Alexandra.  

Rozdział 42

       Z przerażeniem wpatrywałam się w bladą, praktycznie białą twarz Clementiny. Martwą twarz. Wąska smużka szkarłatnej krwi wypływała z prawego kącika jej sinych ust i znikała w gąszczu śnieżnobiałych włosów okalających jej głowę jak aureola, barwiąc je na bladoróżowo. Jej karminowe oczy, niegdyś radosne i pełne życia, gasły. Nie chciałam na to patrzeć, ale jakaś siła nie pozwalała mi odwrócić głowy. Jej lekka, jasna koszula nocna była gdzieniegdzie mokra od wody, która wylała się z rozbitej szklanki.

       Agnès położyła dłoń na ramieniu Marcello. Chłopak nie poruszył się nawet o cal. Jego bezruch i milczenie było przerażające. Wyglądał jak jedna z figur, które stały w ogrodzie za zamkiem, na zawsze zatrzymana w czasie, bez możliwości odwrócenia swego nieszczęsnego losu... Ale on nią nie był.

       Usłyszałam zdenerwowane głosy dobiegające z głębi głównego korytarza, a już wkrótce wyłonił się z niego Lucyfer, Mefisto i Raziel. Dwaj pierwsi siłą powstrzymywali trzeciego przed wyrwaniem się. Chciał jak najszybciej zobaczyć siostrę, ale kiedy wreszcie ją ujrzał, nie mógł zrobić nawet kroku. Jak Marcello. Jeśli jakaś ostatnia iskierka nadziei, że to kłamstwo, tliła się w nim jeszcze, to wtedy zgasła bezpowrotnie. Upadły Anioł osunął się na kolana, mimo, że jego towarzysze próbowali go podtrzymać. Nie płakał, jak brat.

- Clementina... - szepnął tylko, ale natychmiast umilkł.

       To był najgorszy moment w moim życiu.

***

       Śmierć Clementiny widocznie wpłynęła na obu braci Santangelo, jakby to ona utrzymywała w nich tę odrobinę dobroci. Raziel stał się bardziej opryskliwy i nieuprzejmy, a Marcello... On stracił tę najbardziej ludzką część siebie, jak gdyby śmierć siostry zabiła też coś w środku jego. Dopiero wtedy mógł całkowicie szczerze nazwać się Upadłym Aniołem - nie człowiekiem. Może nie było to tak widocznie, ale osoby, które znały go choć trochę dłużej, wiedziały jak bardzo się zmienił.

       Większość rzeczy zostało tego dnia odwołane, także moje treningi, gdyż w samo południe miał się odbyć pogrzeb. Dotychczas nawet nie wiedziałam, że Mroczne Anioły również mają zwyczaj grzebania zmarłych, zawsze wydawał mi się on zarezerwowany dla ludzi, tylko i wyłącznie dla nich.

       Nie chciałam brać udziału w ceremonii. Oczywiście zamierzałam ją obserwować, ale z dachu zamku. Nieśpiesznie zaczęłam wspinać się po starych rozbujanych schodach pożarowych. Zostało jeszcze trochę czasu, a ja nie czułam potrzeby siedzieć zbyt długo sama na wysokości kilkudziesięciu metrów nad ziemią. Na grubej warstwie kurzu, która pokrywała stopnie, nie znaczyły się żadne ślady, więc byłam pewna, że nie będę miała jakiegokolwiek towarzystwa.

      Myliłam się jednak. Ledwie otworzyłam właz prowadzący na dach, a już dostrzegłam zarys jakiejś ciemniej postaci. Krzyknęła cicho ze strachu i odruchowo zrobiłam krok w tył. Maleńki kroczek, lecz wystarczający, abym straciła grunt pod nogach. Wiedziałam, że lecę w dół. Zamknęłam oczy i oczekiwałam pierwszej fali bólu, która zaraz miała nadejść. Ale tak się nie stało. Poczułam, że czyjeś silne ramiona chwytają mnie w talii, w ostatniej chwili ratując przed zgubnym upadkiem. Instynktownie przytuliłam się mocniej do mojego wybawiciela, obawiając się, że gdy go puszczę, polecę znowu. Mój oddech był szybki i urywany.

- Wystarczy nam dzisiaj jeden pogrzeb, więc uważaj trochę bardziej, skarbie - Marcello usiłował żartować, ale po samym tonie jego głosu można było wywnioskować w jak głębokiej rozpaczy był pogrążony.

- Dz- dziękuję - nadal cała trzęsłam się ze strachu.

- Chodź, zaraz wszystko się zacznie - odsunął mnie delikatnie od siebie i spojrzał mi w prosto w fiołkowe oczy. - Bo po to tu przyszłaś, tak?

         Przez chwilę wpatrywałam się w niego w milczeniu.

- Tak, oczywiście - odparłam pośpiesznie, jakby obudzona z jakiegoś transu.

         Uważnie zmierzył  mnie wzrokiem, ale nie odezwał się ani słowem, tylko szerzej otworzył wejście.

- Panie przodem.
 
         Ostrożnie przeszłam przez właz i usiadłam na śliskich dachówkach. Marcello ruszył w moje ślady. Nagle coś sobie przypomniałam.

- Jakim cudem nie zauważyłam twoich odcisków butów w kurzu?

- Są dwie możliwości, słońce - zaczął. - Albo jesteś ślepa, albo po prostu tu wleciałem i tym razem nie chodzi o to pierwsze.

          Prychnęłam ze złością. Już chciałam coś odpowiedzieć, ale natychmiast porzuciłam ten pomysł. Zaczęło się.

          Pogrzeby w tym świecie bardzo różniły się od tych w ludzkim. Nie było tu wielkiego smutku, a tym bardziej łez. Nie żegnali się ze sobą, gdyż wiedzieli, że w każdej chwili może im przyjść podzielić swój los. Nikt nie wiedział, kiedy śmierć zawita u ich drzwi, ale nie bali się jej, bo już raz ją przeżyli. Nie wspominali zmarłego, mówili co jeszcze razem zrobią, gdy znów się zobaczą. To nie było pożegnanie, tylko chwilowa rozłąka - krótsza lub dłuższa.

- Będziesz za nią tęsknił? - spytałam, gdy cała ceremonia dobiegła końca, ale natychmiast pożałowałam swych słów. Spodziewałam się wybuchu gniewu, lecz on nie nadszedł.

- A ty tęskniłaś na Rispiem? - nie odpowiedział na moje pytanie.

- No przecież... - odparłam cicho zmieszana.

- Ale wtedy byłaś tylko człowiekiem, nie wiedziałaś, że znów go spotkasz - zauważył. - To chyba jasne, że będę tęsknił za Clementiną, ale to będzie raczej tęsknota typu, gdy ktoś wyjeżdża na bardzo długo. Jeszcze ją spotkam, kochanie.

           Nie miałam pojęcia co odpowiedzieć, więc jedynie wpatrywałam się w przestrzeń.

- Ale wiesz, skarbie, że moja słabość jest tylko tymczasowa i jutro na treningu nie dam ci żyć, prawda? - powiedział to jak najbardziej oczywistą rzecz na świecie.

- A mogło być inaczej?  - westchnęłam ciężko.

- Oczywiście, że nie - odparł.

           Pokręciłam głową i miałam coś odpowiedzieć, ale go już tu nie było. Nie cierpiałam, gdy tak znikał. Bez większej nadziei szarpnęłam za klamkę drzwi prowadzących do środka. Jak można się było spodziewać, okazały się być zamknięte na trzy spusty. Pierwsze ciężkie krople deszczu spadły na moje ręce. Genialnie. Zapowiadał się przemiły lot.

***

           Zanim dałam radę wykształcić skrzydła i dolecieć do domu, byłam już cała przemoczona. Nie zwracałam większej uwagi na zaciekawione spojrzenia posyłane w moim kierunku. Byłam zbyt zmęczona, aby zawracać sobie głowę takimi błahostkami.

           Po dotarciu do pokoju, nie przebierając nawet mokrych ubrań, rzuciłam się obolała na łóżko i prawie natychmiast zapadłam w płytki i niespokojny sen.


                                                        ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~  


Jestem! Nawet nie wiecie, ile razy zabierałam się za napisanie tego rozdziału. :) Nadal nie do końca mi się podoba, ale musiałam w końcu coś dodać. Zaraz wyjeżdżam i chciałam jeszcze wrzucić nową notkę. Szczegóły dotyczące przerwy dodam jako osobną wpis. Tak poza tym mam do Was jedno pytanie - którego bohatera lubicie najbardziej, a którego najmniej? Może macie kilku? Jestem ciekawa, kto zdobył waszą największą sympatię. :)
Pozdrawiam, Alexandra.

     

niedziela, 14 czerwca 2015

Rozdział 41

        Pustym wzrokiem wpatrywałam się w przestrzeń. Obok mnie siedział milczący Raziel,  któremu kilka minut temu opatrzyłam ranę na głowie kawełkiem jego szarego T-shirtu. Nie mogłam uwierzyć, że Marcello porzucił nas na pastwę losu. Bałam się jak nigdy, bo wiedziałam, że nie mamy szans uciec. Gdyby Raziel nie był ranny, może jeszcze mielibyśmy jakąś nadzieję... Ale ona umarła. Byłam pewna, że długo już tu nas nie będą trzymać, w jakiś sposób się nas pozbędą.

- Znaleźliście go? - spytała jedna z dowodzących.

         Wróciły Anioły, które miały odnaleźć Marcellego. Odpowiedź była oczywista, gdyż nie było z nimi żadnej dodatkowej osoby.

- Przeszukaliśmy całą okolicę. Nigdzie go nie ma. Jakby rozpłynął się w powietrzu - wyznał ze strachem młody chłopak, w którym rozpoznałam Xaviera.

- To przeszukajcie jeszcze raz! - zdenerwowała się brunetka. - Zajrzyjcie pod każdy kamień,  pod każdą szyszkę, wywróćcie ten las do góry nogami, ale macie go znaleźć! - krzyczała. - Nie pozwolę by jakiś sługus Lucyfera bezkarnie pałętał się po naszym terytorium!

- O-oczywiście - wyjąkał przerażony Xavier.

- I nie ważcie się wracać bez niego, jasne? - jej spojrzenie było tak ostre, że mogłaby przeciąć nim granitową płytę.

- Tak - wydusił zrezygnowany nastolatek.

          ***

          Zbliżał się zachód słońca. W obozie zostało bardzo mało Aniołów, gdyż wszyscy   znaleźli jakieś zajęcia,  które wymagały opuszczenia go. Głównie były one związane z Marcello. Oprócz mnie i Raziela zostało około siedmiu osób, w tym dwoje dzieci. Grupa z Xavierem na czele rzecz jasna nie wróciła jeszcze do domu. Chwilami było mi ich nawet szkoda, ale potem przychodził gniew za to, co nam zrobili i żal wyparowywał jak kropla wody rzucona na rozgrzane węgle. Raziel czuł się lepiej, ale nadal był trochę zdezorientowany. Nagle usłyszałam, że ktoś mówi nasze imiona i nastawiłam uszu.

- To rozkaz Adrienne - tłumaczył drugiemu jeden ze strażników. Adrienne - najwyraźniej tak nazywała się ciemnowłosa dowodząca. - Więźniowie mają umrzeć jutro z rana.

          Poczułam się, jakby ktoś z całej siły mnie uderzył. Zrozpaczona oparłam się o zimną i brudną korę drzewa,  do którego byliśmy przywiązani.

- Nie, nie, nie... - szeptałam na wpół łkając. - Nie!

         Nie chciałam umierać. Nie w taki sposób, nie wtedy... Gorące łzy spływały po moich policzkach, żłobiąc korytarze w cienkiej warstwie kurzu, która pokrywała moją bladą twarz. Gdyby on tu był, wiedziałby jak wyjść z tej opresji.

- Marcello! - krzyknęłam w ostatnim geście rozpaczy.

         Nagle coś zaszeleściło w pobliskich krzakach. Dwóch strażników ruszyło w tamtym kierunku. Mnie to jednak nie obchodziło, nic mnie nie obchodziło. To pewnie było tylko jakieś leśne zwierzę, które nierozsądnie zapuściło się w te okolice.  Ale oni nie wracali. Pozostali wstali ostrożnie i unieśli broń.

- Pokaż się i poddaj się! - zawołał mężczyzna, który miał nas pilnować. W jego głosie było słychać nutę niepewności.

         Usłyszałam tylko gwizd i coś błyszczącego przecięło powietrze jak strzała i przyszpiliło wykształcone już skrzydła jednego z wartowników do pobliskiego drzewa. Ten zawył z bólu jak zranione zwierzę. Pozostali dwaj cofnęli się wystrzaszeni.

- Pokazać się mogę, ale poddać...? - wszędzie rozpoznałabym ten kpiący ton głosu. Moje serce zabiło szybciej. - Nigdy w życiu.

          Z pomiędzy zielonej zasłony liści wyłonił się jak zawsze dumny i arogancki Marcello wraz z... Mefisto. Uśmiech mimowolnie wpełzł na moją twarz. Nie znałam dobrze Mefisto, ale i tak go lubiłam. Jego kocie szmaragdowe oczy nadawawać mu mogły trochę nieufny wygląd, ale mi to nie przeszkadzało. Wiedziałam, że był najbardziej godną zaufania osobą jaką dotąd poznałam w tej pokręconej krainie.

- To co? - mój nauczyciel zwrócił się do towarzysza. - Ja jednego, ty jednego?

         Odpowiedź nadeszła sama, gdyż po chwili wyższy ze strażników stanął w płomieniach koloru oczu osoby, która je przywołała. Mefisto naprawdę był potężny... Nie tak jak Lucyfer, ale niedużo odchodził od niego umiejętnościami. Przynajmniej tak mi się wydawało. Marcello zrobił nadąsaną minę i jakby od niechcenia rzucił sztyletem w stronę ostatniego wrogiego Upadłego Anioła, który już po chwili leżał martwy na trawie, a jego bordowa krew powoli wsiąkała w ziemię jak woda w gąbkę.

- Psujesz całą zabawę - narzekał mój Przewodnik. Jakby niewzruszony tym, co właśnie uczynił, pozbierał swoje sztylety porozrzucane po całej polanie. Jego atramentowe oczy były puste. - Uwolnijmy ich, bo zaraz wróci reszta. Te dwa dzieciaki,  które były schowane w namiocie pewnie są już w połowie drogi do nich.

         Dopiero wtedy zrozumiałam geniusz planu Marcello. On nas nie porzucił, tylko chciał odwrócić uwagę i wrócić po nas, kiedy obóz będzie najsłabiej chroniony. Zrobiło mi się głupio,  gdy przypomniałam sobie, co chwilami o nim myślałam. Z rozmyślań wyrwał mnie czyjś zniecierpliwiony głos.

- Ruszaj się, skarbie, nie mamy całego dnia - część podziwu dla Marcello zniknęła bezpowrotnie.

         Więzy krepujące ruchy zelżały, aż wreszcie mogłam spokojnie spróbować się podnieść. Byłam zmuszona oprzeć się o drzewo, gdyż kolana miałam miękkie przez te dwa dni prawie kompletnego bezruchu. Po krótkiej chwili mogłam już samodzielnie stać i chodzić. Marcello musiał podtrzymywać Raziela, który straciwszy dużo krwi przez tą paskudną ranę, nie był w stanie sam ustać, a co dopiero latać.

- Lećcie sami - powiedział mój nauczyciel. - Ja wrócę z bratem pieszo.

- Nie - odparł Mefisto. - Będziecie bezbronni. Idziemy wszyscy razem.

        Droga do domu trwała długo, ale na szczęście nie było żadnych nieprzyjemnych sytuacji.

        ***

        W twierdzy ucieszono się na nasz widok. Przynajmniej większość. Rispiego nigdzie nie widziałam, a Lucyfer milczał, ale zachował spokój. Dopiero przy kolacji nie wytrzymał już.

- Jak mogłeś złamać jedną z najważniejszych zasad?! - złość kryła się w szafirowych oczach Władcy Piekieł. - Nikomu z nas nie wolno tak po prostu wlatywać sobie na wrogie terytorium! Twój brat jest ranny, a to samo mogło też spotkać twoją podopieczną...

- To mi ją odbierz - rzucił beztrosko mój Przewodnik, bawiąc się sztyletem. - Nie będę płakał.

- A wiesz, że tak zrobię?! - nie podobało mi się to, że traktowano mnie jak przedmiot, ale nie odezwałam się ani słowem. - Odbieram ci ją!

- I całe szczęście - jego bezczelność wytrącała z równowagi Pana Ciemności coraz bardziej. Clementina postanowiła zareagować.

- Uspokójcie się! - krzyknęła. - Obaj!

         Marcello bez słowa wstał i wyszedł. Clementina ruszyła za nim, a ja poszłam w jej ślady, gdyż atmosfera w jadalni było nadal napięta jak struna.

         Chłopak stał spokojnie w holu ze szklanką zwykłej wody w ręce. Zawsze pił ją przed snem, a służący wiedzieli już,  że po kolacji mają mu ją dać. Pił tylko wodę ze źródła, które znajdowało się w lesie. Tylko on tak robił. Kolejne jego małe dziwactwo,  do którego wszyscy już się przyzwyczaili.

- Braciszku... - zaczęła, ale uciążliwy kaszel nie pozwolił jej dokończyć. Nastolatek spojrzał na nią z troską.

- Masz - podał jej naczynie. - Napij się, powinno pomóc.

- Dzięki - powiedziała, biorąc je od niego i upijając spory łyk chłodnego napoju. - Idź już spać.

- Wiem - ruszył w kierunku swojego pokoju i rzucił przez ramię. - Ty też!

           ***

          Z głębokiego snu wyrwał mnie czyjś pełen rozpaczy krzyk. Szybko zarzuciłam coś na ręce i zaniepokojona pobiegłam tam, skąd pochodził. W holu zebrało się już sporo osób, ale jakoś udało mi się dopchać do początku tego zgromawiska.

         Gdy to ujrzałam, zamarłam z przerażenia. Na podłodze klęczał Marcello i trzymał w ramionach Clementinę.

          Martwą.


                                                     ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~


Żyję, żyję! Przepraszam za tak długą nieobecność, ale miałam kryzys twórczy i w ogóle. Ale wracam i to z dłuższym niż zwykle rozdziałem. :) Postaram się, żeby teraz takie już były. Nowa notka powinna być jutro lub pojutrze. Będę pisać po nocach, ale takie przerwy już nie mają prawa być. :D Zwłaszcza, że zaraz koniec roku szkolnego.
Pozdrawiam wszystkich, którzy tu jeszcze zaglądają, Alexandra.