sobota, 31 stycznia 2015

Libster Blog Award

 Cześć!

Zostałam nominowana do Libster Blog Award przez wilka z bloga http://w-blaskuksiezyca.blog.pl. Bardzo za to dziękuję i mam nadzieję, że dobrze rozumiem o co w tym chodzi. :-) Moje odpowiedzi:

1. Twój ulubiony film/książka?

Moim ulubionym filmem jest ,, Niezgodna ". Książki nie potrafię wskazać, bo to jak kazać wybrać ulubione dziecko. :)

2. Twój ulubiony serial?

Nie posiadam owego. Lubię wiele seriali, ale nie umiem wskazać ulubionego.  Ostatnio mocno zainteresował mnie jednak Awake.

3. Dlaczego zaczęłaś pisać?

To było nagłe, dlatego na początku nic nie pisałam na blogu. Po prostu, któregoś dnia postanowiłam zacząć to robić. 

4. Twoja ulubiona postać z filmu/serialu/książki i dlaczego?

Akkarin z Trylogii Czarnego Maga Trudi Canavan. To tajemnicza postać, na samym początku może wydawać się podła i zła, ale z czasem nabiera on ludzkich cech.

5. Czy pokazujesz to co piszesz komuś z poza internetu?

Na razie nie. Dopiero jak blog się rozwinie, to o tym pomyślę.

6. Najdziwniejsza rzecz jaka spotkała Cię w życiu?

Było wiele takich sytuacji, ale pamiętam, że w wakacje widziałam jak dwoje ludzi przebranych za niedźwiedzia polarnego i Janosika kupowało włoskie lody z automatu. To było dość nietypowe.

7. Ile masz lat?

Kilkanaście. :-)

8. 5 cech wyglądu i 5 cech charakteru Twojego ideału chłopaka?

Wygląd nie jest aż tak istotny - najważniejsze, by szczerze mnie kochał i dbał, żebym czuła się przy nim dobrze i bezpiecznie. No, ale ładnym nie pogardzę. ;)

9. Co najbardziej cenisz w innych blogach?

Cenię przede wszystkim sam pomysł, bo trzeba mieć wielką wyobraźnię, żeby to wymyślić. Ważne jest też wykonanie.

10. Nazwy blogów, które najczęściej czytasz?

- W Blasku Księżyca
- NanoLive
- Kaji
- Dotyk Duszy

Bardzo dziękuję za nominację i nominuję:

- Chii Chiyo z blogu http://aratanora.blogspot.com
- blog http://kaji.bloog.pl
- blog http://otworz-dla-mnie-serce.blogspot.com

Moje pytania:
1. Co chcecie robić w przyszłości?
2. Czemu zaczęliście pisać?
3. Jaki jest Wasz ulubiony kolor?
4. Wasze ulubione imiona?
5. Ulubiony aktor/aktorka?
6. Jaka jest Wasza ulubiona książka?
7. Wasze cele w życiu?
8. Co jest Waszym zdaniem najważniejsze?
9. Najmniej lubiana potrawa?
10. Najciekawsza sytuacja w życiu?

Pozdrawiam AleXandra. :-)

środa, 28 stycznia 2015

Rozdział 3

        Szukałam go już chyba wszędzie, wypatrywałam z okna, ale nigdzie go nie ma. Jeśli tak mnie obserwuje, to ja dziękuję. Natomiast jeżeli jest to jakiś głupi żart, to obiecuję, że osobiście zedrę mu ten arogancki uśmieszek z twarzy. Mam nadzieję, że będzie umiał mi pomóc. Tyle nurtujących mnie pytań, a brak odpowiedzi.


        Nie spałam całą noc, mając nadzieję, że się pojawi, ale nie zrobił tego. Nawet gdybym się nie denerwowała, to rana nie dałaby mi o sobie zapomnieć. Piekło i bolało okropnie. Oby to się szybko skończyło.

        W szkole nie mogłam się skupić, byłam rozkojarzona, ale nauczyciele się nie czepiali, pewnie sądzili, że to przez wypadek.

- Lucia! - usłyszałam głos Charlotte. - Jak się czujesz?

- Ok. Już nawet głowa przestała mnie boleć - to akurat było prawdą.

- To dobrze. A ten bandaż? - spytała, wskazując na moją rękę.

- Nic takiego. Zacięłam się nożem, gdy robiłam śniadanie - skłamałam.

- Aha. Idziemy razem na historię?

- Jak chcesz.

          Historia to nudny przedmiot, nie wiem co inni w nim widzą. Kogo obchodzi, co się stało setki lat przed twoim urodzeniem? Zawsze staram się jakoś przecierpieć tę lekcję, ale dzisiaj byłam po prostu wściekła. Miałam ochotę wybiec z sali, ale nie zrobiłam tego. I dobrze, bo stało się coś niezwykłego.

- Dzień dobry - zwrócił się do nas dyrektor. - Nie chce przeszkadzać, pani Jansen, ale mamy nowego ucznia.

           Zaciekawiona uniosłam głowę.

- Zaraz tu przyjdzie. Lucio?

- Tak, proszę pana.

- Oprowadzisz nowego kolegę po szkole i pomożesz mu się przyzwyczaić do tej sytuacji.

- Ale czemu ja? - spytałam bezczelnie.

- Macie taki sam plan zajęć.

- Yhm.

- O! Już jesteś - zwrócił się do wysokiego chłopaka, stojącego obok niego. - Przedstawiam wam Marcellego.

             Moje serce przestało na chwilę bić. Co on tu robi?! Może nachodzić mnie w domu, na spacerze, w snach, ale nie w szkole. To mój teren i on nie ma tu wstępu.

             Marcello wolnym krokiem ruszył w moim kierunku i usiadł na krześle obok. Cały czas ukradkiem przeglądałam mu się, chciałam mieć pewność, że to on. Niestety, ale się nie myliłam. Potwór, który próbował mnie zabić siedział kilka centymetrów ode mnie. Starałam się dostrzec w nim zwykłego chłopaka, ale nie potrafiłam. Jedyne, co widziałam to obraz jego z tamtej nocy. Wielkie skrzydła, czarne jak smoła oczy i ten okropny śmiech.
           
             W tej chwili zadzwonił dzwonek. Nie patrząc mu na twarz, kazałam pójść za mną. Teraz jest przerwa obiadowa, a ja zamiast śmiać się z przyjaciółmi, niańczę jakiegoś chłopaka, który na dodatek nie jest człowiekiem. Muszę dowiedzieć się czym on jest, ale jak na razie nie mam zamiaru się do niego odzywać.

             Po chwili zostaliśmy otoczeni wianuszkiem dziewcząt chcących przypodobać się Marcellemu. Każda przypatrywała mi się nienawistnym wzrokiem, jakbym sama zgłosiła się na ochotnika do oprowadzania go. Z wielką chęcią zamieniłabym z którąś z nich, ale nie, ja musiałam się z nim męczyć.

- Coś taka małomówna, skarbie? - spytał, gdy jego ,, fanki " odeszły. - Nie masz pytań?

- A co cię to obchodzi?!

- Mnie nic, ale ciebie chyba tak. Prawda?

- Dzisiaj po szkole spotkamy się przy lasku.

- Do zobaczenia, słońce.


             Zaczynało się ściemniać i robiło chłodno, a go dalej nie było widać ani słychać. Mroczny las sprawiał wrażenie przerażającego, drzewa chyliły ku mnie swoje stare, chude gałęzie niczym ostre szpony, ponure pohukiwania sów groźnie odcinały się od dotychczas niczym nie zmąconej ciszy. Mam nadzieję, że on chociaż się pojawi, bo dwie godziny musiałam błagać ojca o pozwolenie. Marcello jest zarozumiały, arogancki, samolubny, zapatrzony w siebie, głupi i nieuprzejmy, ale słowa chyba dotrzymuje. Mój oddech zmieniał się w parę za każdym razem, gdy próbowałam ogrzać zmarznięte dłonie, cienkie rękawiczki dawno przestały mnie grzać, a jesienny, lekki płaszczyk nie ułatwiał sprawy zimna. Przychodź szybciej, przecież masz skrzydła!
           
- Witaj, kochanie - nigdy tak nie cieszyłam się na dźwięk jego głosu.

- Obiecałeś, że odpowiesz na moje pytania.

- Nic nie obiecywałem.  

- Że co?! - byłam wściekła.
    
- Nie martw się, słońce. Na niektóre odpowiem.

- Dobra, co to za rana?

- To przepustka to naszego świata. Jeszcze kilka dni i będziesz taka jak ja i moi pobratymcy.

- Nie chcę! Zrób coś z tym! - byłam bliska płaczu.

- Nie mogę, bo Rispie mnie ukarze. I to bardzo, bardzo surowo.

- Powiedz temu Rispiemu, że go nienawidzę! Ciebie też, ty...

- Jeszcze nie czas, dowiesz się tego wkrótce - powiedział i zniknął w mroku nocy.

             Chwilę patrzyłam się jak głupia w miejsce, w którym stał, jednak mróz zdziałał swoje i szybkim krokiem ruszyłam do domu.

             Wracając, po raz kolejny odtwarzałam całą rozmowę w swojej głowie. Miał mi to wszystko rozjaśnić, a tylko bardziej namieszał. Kim jest ten Rispie i w ogóle co to za imię? I o co chodziło Marcellemu  z tym, że nie może tego zmienić? Najgorsze jest to, że gdy to mówił widziałam w jego oczach ból, żal i gorycz, jakby sam to przechodził i też się z tym nie zgadzał. Jeśli tak jest, to nie mogę nawet się na niego gniewać. Ja tego nie wytrzymam.


             W łóżku długo jeszcze nad tym myślałam, ale w końcu zmęczenie wzięło górę i zasnęłam.



                                                        ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~



            Mam nadzieję, że nie jest tak okropnie jak sądzę. :-) Przepraszam, że notki dotychczas nie było, ale się źle czułam. Teraz zaczynam z nowymi pokładami energii i biorę się za robotę. Pozdrawiam AleXandra. :-)

środa, 21 stycznia 2015

Rozdział 2

         Pierwsze, co poczułam, gdy powoli odzyskiwałam przytomność, to tępy ból rozchodzący się po całym ciele. Ku mojemu zdziwieniu, leżałam w swoim łóżku, a nie na zimnej, brudnej ścieżce. No i żyłam.

- Zobacz, budzi się - usłyszałam czyjś cichy szept.

- Jak się czujesz, Lucio? - spytał ojciec.

- J-jakoś - wyjąkałam z trudem. - Co się stało?

         Dopiero wtedy, gdy zaczęłam widzieć wyraźnie, spostrzegłam, że obok mnie siedzi ojciec, Martha i... On.

- Co ten chłopak tu robi?!

- To Marcello. Znalazł cię w lesie po tym jak upadłaś i zemdlałaś. Gdyby nie on, to skończyłoby się o wiele gorzej.

          Przecież to wszystko przez niego! Miałam ochotę krzyczeć ze złości. Najpierw mnie upuszcza z bardzo dużej wysokości, a teraz będzie zgrywał wielkiego bohatera?! To szczyt wszystkiego.

- Boli mnie głowa - biadoliłam.

- Nic dziwnego. Masz średnie wstrząśnienie mózgu, ale nic poważniejszego ci się nie stało.  Na szczęście.

- Możecie zostawić nas samych? - wtrącił się ,, mój wybawca ".

- Oczywiście, ale nie długo, Lucia musi dużo odpoczywać - zgodził się tata.


- Czego chcesz? Niech zgadnę, może wyrzucisz mnie przez okno? To byłaby jakaś odmiana - warknęłam gniewnie, gdy pozostali już wyszli.

- Nie tym razem, słońce.

- O co chodzi?

- Wkrótce do nas dołączysz, kochanie. Do tego czasu mam cię na oku.

- Że co?

- Chyba nie masz problemów ze słuchem, prawda?

- Nie mam.

             Chciałam dodać coś jeszcze, ale zniknął. Rozpłynął się w powietrzu niczym poranna mgła.


              W ciągu kilku następnych godzin, co chwila ktoś do mnie przychodził, ale moje myśli zaprzątała inna osoba. Marcello był głupim, egoistycznym gnojkiem, ale równocześnie ta jego tajemniczość mnie pociągała. O co mu chodziło? Jak miałam się stać taka jak on? Uznajmy, że to po prostu wariat, który uciekł z psychiatryka. Ale te skrzydła. Na pewno były prawdziwe, tym bardziej upadek. Wtedy zrozumiałam coś jeszcze. Jakim cudem w ogóle przeżyłam?! To nie możliwe, było zbyt wysoko.

              Nagle spostrzegłam coś na ręce. To była głęboka rana jak po ataku dzikiego zwierzęcia i to tam, gdzie wczoraj wbił mi swoje pazurzyska. To nie może być przypadek. Czym on jest?!

              Nie chcąc bardziej niepokoić ojca, po cichutku zeszłam na dół i założyłam sobie opatrunek. Wiedziałam jak się robi, bo nieraz patrzyłam jak mama opatrywała rannych myśliwych i nieuważnych turystów, którzy postanowili ,, pobawić " się z niedźwiedziem grizzlym.

              Te niebezpieczne zwierzęta mieszkają tutaj od setek lat, ale ludzie nadal traktują je jak pluszowe zabaweczki do przytulania i głaskania. Ci ignorańci nie wierzą, że natura jest od nich o wiele silniejsza i z łatwością rozgniecie ich w pył. Trzeba istnieć z nią w pokoju, inaczej długo tu nie pożyjesz. Prosta logika przetrwania.


              Ta noc była najgorszą w moim dotychczasowym życiu. Rana paliła mnie żywym ogniem, a ja nic nie mogłam na to poradzić. Już wcześniej postanowiłam, że nie powiem o niej tacie ani nikomu innemu. Kiedy wreszcie zasypiałam, nękały mnie koszmary, cały czas wydawało mi się, że ktoś mnie obserwuje. To okropne uczucie.

              Rano byłam wyczerpana, nie chciałam wstać z łóżka. Całe szczęście, że była sobota. Uraz nie zagoił się w czasie snu, co było do przewidzenia. Wyglądał wtedy jak po zatruciu jadem węża lub innego ohydnego stwora. Zaczynałam się poważnie martwić, więc musiałam koniecznie odnaleźć Marcellego. Mówił, że będzie w pobliżu, ale nie zawołam  raczej: ,, Do nogi! ", bo to nie pies... Chyba. Niczego z nim nie wiadomo.

                                                     ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

               Mam nadzieję, że się podoba. Jeszcze rozdział, dwa, a tajemnica Marcellego zostanie częściowo rozwiązana. :-) Zapraszam do komentowania i wyrażania swoje opinii. Pozdrawiam AleXandra.

wtorek, 20 stycznia 2015

Rozdział 1

      Po całym dniu szkoły z największą przyjemnością wróciłam do domu.

- Cześć, tato! Idę do pokoju! - powiedziałam.

     Nie czekając na odpowiedź pochwyciłam najzieleńsze z jabłek i zaczęłam wdrapywać się po schodach, które skrzypiały przy nawet najmniejszym nacisku. Gdy byłam młodsza mama mówiła, że to wesołe duszyczki śpiewają swoje niezrozumiałe dla nas pieśni.

     Mój pokój mieścił się na samym końcu długiego korytarza wyłożonego boazerią. Kiedyś mi się to nie podobało, ale po tylu latach wreszcie przywykłam.

     Zmęczona rzuciłam się na szerokie łóżko, które mieściło się pośrodku pomieszczenia. Przyglądając się liliowej farbie na ścianie, zasnęłam.


      Obudził mnie dziwny hałas dochodzący z plecaka i dopiero po chwili zrozumiałam, że to komórka. Powoli wyjęłam aparat z torby.

- Halo? - spytałam zaspanym głosem. - Kto mówi?

- Hej, tu Martha. Masz jakieś plany na wieczór?

- Nie, a co?

- Charlotte urządza dzisiaj imprezę, może pójdziesz?

- Dobra, o której jest?

- Zaczyna się o osiemnastej. Pa!

- Pa - odpowiedziałam, chociaż wiedziałam, że przyjaciółka już się rozłączyła.

       Spojrzałam na zegarek. Siedemnasta, najwyższa pora, aby zacząć się przygotowywać.
W pośpiechu nałożyłam delikatny makijaż, bo przecież nie chciałam wyglądać jak żywa lalka Barbie i ubrałam się jakoś bardziej wyjściowo. Czarne rurki, lekko obcisły kanarkowy T-shirt i na to granatowy rozpinany sweterek powinny załatwić sprawę. Wzięłam jeszcze tylko telefon i założyłam jasnobeżowe balerinki. Byłam już chyba gotowa.

- Wychodzę!

- Nie wróć zbyt późno.

- Yhm.


        Zaraz po wejściu do domu Charlotte, zaczęłam błądzić wzrokiem po zebranych w poszukiwaniu Marthy. Jako, że nigdzie jej nie widziałam, przystanęłam z boku. Teraz mogłam przyjrzeć się bliżej mieszkaniu. Salon był dużym, prawie całkowicie oszklonym pomieszczeniem. Na środku pokoju stała szeroka kanapa i telewizor plazmowy, a pod jedyną ścianą bez okien mieścił się sporych rozmiarów stół, zastawiony wtedy najróżniejszymi przekąskami i napojami.

        Minuty mijały, a ja dalej podpierałam ścianę, więc postanowiłam trochę potańczyć.

        Wirując wśród tłumu, dostrzegałam całą paletę barw, twarze ludzi umykały mi, ale i tak widziałam ich uśmiechy. Dookoła otaczała mnie muzyka i radosny śmiech zebranych. Zewsząd dochodziły do mnie strzępy rozmów i wesołe krzyki proszące o zgłośnienie muzyki. Czułam,  że należę do tego wszystkiego, ale równocześnie byłam wolna i niezależna. To cudowne.

         Po jakimś czasie Martha łaskawie raczyła się pojawić. Chwilę rozmawialiśmy o byle
czym, ale w końcu znów zaczęłyśmy tańczyć.

         Było już dobrze po północy, kiedy powoli zbierałam się do domu. Martha zaproponowała, że mnie odprowadzi, ale podziękowałam. Przecież nie miałam pięciu lat, nikt nie musi trzymać mnie za rączkę i pilnować, żebym trafiła do domu oddalonego skąd o jakieś pół kilometra.

         Szłam właśnie wąską aleją prowadzącą przez stary las, gdy usłyszałam cichy szelest dobierający z głębi drzew. Przyspieszyłam kroku. Kątem oka dostrzegłam niewielki ruch, nie widziałam dokładnie, co to, gdyż oświetlenie było bardzo ograniczone.

         Dopiero po wyjściu z tego przeklętego miejsca, odetchnęłam z wyraźną ulgą. Jeszcze dwieście metrów i będę w swoim ciepłym, bezpiecznym pokoju.

         Nagle poczułam powiew zimnego niczym lód powietrza. To dziwne, przecież
najlichsze gałązki nie uginały się od wiatru. No, bo... Nie wiało. Szybko odwróciłam się i krzyknęłam przerażona.

- Kim jesteś?! - spytałam się wysokiego chłopaka stojącego naprzeciw.

          Mimo panujących ciemności, wyraźnie widziałam jego krucze włosy, padające niesfornie na czoło. Jego oczy... To nierealne... A jednak... One były jeszcze ciemniejsze od fryzury. Nie brązowe, ale czarne jak smoła.

- Jestem taki sam jaka ty będziesz - widząc, że nie rozumiem, dodał. - Jeśli chodzi ci o imię, to nazywam się Marcello.

- Czego ode mnie chcesz? - byłam mocno wystraszona.

- Na razie niczego, słońce - odparł słodko, równocześnie chwytając mnie za nadgarstek.

- Zostaw mnie!

          Wtedy stało się coś, czego w życiu bym nie przypuszczała. Jego paznokcie zmieniły się w coś na kształt szponów, a z pleców zaczęły wyrastać... Szkrzydła. Ale nie takie jak u aniołów przedstawianych na średniowiecznych obrazach. Nie, te były jeszcze większe i czarne.

           Niespodziewanie chłopak wzbił się w powietrze, ciągnąc mnie ze sobą. To było równocześnie przerażające, jak i niesamowite. Jednak to pierwsze uczucie wygrało.

- O co chodzi?! Czym ty jesteś?!

- Wkrótce się przekonasz, słońce - odparł, śmiejąc się szyderczo.

- Nie nazywaj mnie tak! Czy to jest sen? Zaraz się obudzę, prawda?

- Nie, to przykra rzeczywistość, sło... Przepraszam, chciałem powiedzieć kochanie.

- Puszczaj!

- Jak chcesz - powiedział i dopiero wtedy zrozumiałam, że jesteśmy bardzo wysoko.

- Nie! Nie o to mi chodziło! - krzyczałam, lecz było za późno.

             Ostatnie, co pamiętam, to spadanie i upadek. Potem była już tylko pustka.

                                                       ~~~~~~~~~~~~~~~~~~

             Mam nadzieję, że się podoba. Póki piszę na tablecie, rozdziały będą dosyć krótkie, ale to się zmieni. Jeżeli jest jakiś błąd, proszę o poinformowaniu mnie w komentarzach. Pozdrawiam, AleXandra. :-)


czwartek, 15 stycznia 2015

Prolog

             Nigdy nie zapominaj kim jesteś,  bo wtedy możesz stracić więcej niż chcesz.

    Miałeś tak kiedyś,  że obudziłeś się i nie wiedziałeś po co jeszcze żyjesz i co tu robisz? Ja tak się czułam w pierwszy ranek po zaginięciu brata. Byłam wtedy mała,  ale i tak doświadczyłam zbyt wiele. Najpierw śmierć matki, a teraz zaginięcie Krispina. Zawsze byliśmy blisko, ale potem coś się zepsuło. Wszędzie chodziliśmy razem, ale on się zmienił. Unikał mnie, nie rozmawiał ze mną. Teraz mam już szesnaście lat, czyli o cztery lata więcej niż on wtedy.

    Było słoneczne przedpołudnie, promyki słońca delikatnie pieściły moją twarz. Dzisiaj 12 sierpnia, czyli moje ósme urodziny. Już od tygodni czekałam na ten wyjątkowy dzień - Krispin miał mi pokazać tę śliczną polanę, gdzie zawsze znika na całe godziny. Bywało, że wychodził wcześnie rano, a wracał późną nocą. Ojciec był wtedy okropnie na niego zły. 

    Właśnie kończyłam się ubierać, gdy tata wszedł do mojego pokoju. 

- Cześć, tato.

- Lucia... - zaczął smutno. Dopiero wtedy spojrzałam na jego lśniącą od pojedynczych łez twarz.

- Co się stało?! 

- Krispin... On... No... - jąkał się.

-Tato, co z nim?! - byłam przerażona. 

- Nie wrócił na noc. Policja przeszukuje okolicę, ale nigdzie go nie ma, jedyne co mają to jego telefon. 

- Gdzie go znaleźli?

- Wyłowili go z rzeki, w okolicy wiru...

    Wir. To w nim utopiła się dziewczyna z sąsiedztwa. Miała siedemnaście lat i całe życie przed sobą, gdyby nie jeden głupi zakład, że da radę go przepłynąć. 

    Od tego czasu jest tam ostrzeżenie, ale jaki z niego pożytek, skoro możliwe, że mój brat na wieki zanurzył się w jego zimnych odmętach. 

- Czy on żyje? 

- Miejmy nadzieje, że tak - wyszeptał mężczyzna, tuląc mnie do swojej piersi, która po chwili była mokra od mych gorących łez. 

     Poszukiwania trwały jeszcze przez kilka ciągnących się w nieskończoność dni. Policja kazała pogodzić nam się z najgorszym, ale jak mogłabym to zrobić, wiedząc, że jeżeli Krispin żyje, to jest całkiem sam. Rodzina i przyjaciele byli dla nas, w tym jakże trudnym czasie, jedyną ostoją na morzu żalu i łez. Martha - moja najlepsza przyjaciółka - była ze mną od samego początku. Wiedziała co czuję, bo jej siostra uciekła z domu kilka lat temu.

     Nie rozumiem, co się stało. Krispin był i nagle go nie ma...

     Z rozmyślań wyrwał mnie głos donośny jak kościelne dzwony. Należał on do najwredniejszej nauczycielki na świecie - pani Acid*.

- Pytałam, czy umiesz rozwiązać to zadanie - powiedziała, wskazując na skomplikowany wzór matematyczny na tablicy.

- Ja...

- Dosyć. Jedynka do dziennika i uwaga za bujanie w obłokach w czasie lekcji. Wstań, gdy do ciebie mówię!

     Posłusznie zrobiłam, co mi kazała.

- Usiądź.

- To po co wstawałam? - mruknęłam pod nosem.

- Co powiedziałaś?

- Że nie jadłam śniadania.

      Pani profesor popatrzyła na mnie krzywo, ale nie zdążyła dodać nic innego, bo zadzwonił dzwonek, obwieszczając błogosławioną przerwę.

      Martha szybkim krokiem pokonała dzielącą nas odległość.

- Odbiło ci?! Jej się nie pyskuje!

- A ja to robię i jeszcze dobrze na tym wyjdę.

- Ciii. Tristan idzie.

      Zdziwiona spojrzałam na niską, drobną blondyneczkę stojącą obok mnie. Wiedziała, że chłopak mi się podoba, ale chyba nie chciała się bawić w swatkę?

- No i co. I tak mnie nawet nie zauważa.

- Co ty mówisz! Oczywiście, że cię dostrzega. Po prostu boi się zagadać do takiej ślicznotki.

      W sumie nie jestem aż taka brzydka. Mam długie hebanowe loki, zgrabną figurę i metr siedemdziesiąt, ale on to co innego. Kasztanowe oczy rozpuszczają pojedynczym spojrzeniem, kruczoczarne włosy silnie kontrastujące z bladą karnacją, wysportowana sylwetka i ten jego tajemniczy półuśmiech.

- Ziemia do Luci! Lekcja zaraz się zacznie.

-No tak. Zobaczymy się jurto?

-Jasne. Do zobaczenia.

-Pa.

      Jeszcze chwilę obserwowałam odchodzącą Marthę i sama wolnym krokiem ruszyłam w kierunku sali biologicznej.

                                                            ~~~~~~~~~~~~~~~~

*Acid - kwaśna

                                                             ~~~~~~~~~~~~~~~~

Wszelkie błędy, które będą na pewno, bo piszę na tablecie, proszę ,, wytykać " mi w komentarzach. Następne rozdziały postaram się zamieszczać regularnie. Tak, wiem, że założyłam tego bloga dwa miesiące temu, ale nie umiałam się do tego zabrać. Mam nadzieję, że się Wam spodoba i będziecie czytać moje opowiadanie. :-) Jak chcecie to zostawcie komentarz, każdy mnie motywuje do dalszego działania. Pozdrawiam AleXandra.